Przejdź do głównej zawartości

STAR TREK; odcinki 0-24.

 

STAR TREK


8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene'a Roddenberry'ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry'ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) od dziś przyglądamy się także na łamach Kinomisji...

Odcinek 1.: You either think or sink pierwszy pilot / odcinek 0.

The Cage

Reżyseria: Robert Butler
Scenariusz: Gene Roddenberry
Rok produkcji: 1966
Data pierwszej emisji: 04.10.1988

Obsada:
Jeffrey Hunter – Christopher Pike
Susan Oliver (gościnnie) – Vina
Leonard Nimoy – Spock
Majel Barrett – Numer Jeden
John Hoyt – Phillip Boyce
Peter Duryea – Jose Tyler
Laurel Goodwin – J. M. Colt

[caption id="attachment_6090" align="aligncenter" width="970"] Gene Roddenberry i model Enterprise'a.[/caption]

Przed Star Trekiem

Astounding Stories to pulpowy magazyn o tematyce science-fiction, wydawany w Stanach Zjednoczonych od 1930 roku. Zawarte w nim opowieści o nieziemskich istotach i futurystycznych światach pobudzają wyobraźnię rzeszy czytelników, wśród których w latach 40. znalazł się również Gene Roddeberry. To właśnie dzięki Astounding Stories ówczesny pilot linii lotniczych na poważnie zainteresował się gatunkiem. Roddenberry zawsze marzył o czymś więcej niż lataniu samolotem i od pewnego już czasu planował zrezygnować z dotychczasowej pracy. Ostateczną decyzję o zmianie kariery podjął po katastrofie pilotowanego przez siebie samolotu, po której sam wyciągał pasażerów z płonącego wraku. W 1948 roku porzucił lotnictwo, po czym znalazł zatrudnienie w zupełnie nowym medium: telewizji. Swoje pierwsze kroki stawiał na posadach scenarzysty i doradcy technicznego, nie zarabiał jednak wystarczająco dużo, żeby się utrzymać, toteż podjął się pracy policjanta. Na szczęście pierwsze sukcesy nadeszły względnie prędko i w 1956 roku mógł już całkowicie oddać się realizacji telewizyjnych pasji; warto przy okazji wspomnieć, że w tym samym roku Roddenberry po raz pierwszy miał zawodowy kontakt z science-fiction jako producent odcinka The Secret Weapon of 117 serialu Chevron Hall of Stars. Kariera Amerykanina rozwijała się bardzo konsekwentnie i po kilku latach był w stanie wyprodukować swój własny serial telewizyjny, którym był The Lieutenant (1963-1964).

Realizowane do tej pory seriale zaczęły jednak w pierwszej połowie lat 60. tracić widownię. Z tego powodu podjęto decyzję o zamknięciu The Lieutenant i stworzeniu na jego miejsce serii nastawionej na przygodę i akcję. Był to obrót spraw, jakiego Roddenberry wyczekiwał, gdyż w 1960 roku stworzył koncept serialu science-fiction, który zatytułował Star Trek. Pierwszą wersję nowego pomysłu przedstawił 11 marca 1964 roku. Zatytułowana Star Trek is... zawierała opis serialu jako „pierwszego takiego konceptu z silnymi centralnymi postaciami”, obiecując równocześnie stałą grupę postaci drugoplanowych oraz połączenie akcji, przygody i fantastyki naukowej. Roddenberry także pisał: „I podczas utrzymywania znajomej centralnej lokacji i stałej obsady, [serial] realizowany w stylu antologii eksploruje różnorodne ludzkie doświadczenia”. Następnie przechodził do naszkicowania 6 przykładowych odcinków. Na tym etapie Roddenberry porównywał swój pomysł do popularnego serialowego westernu Wagon Train (1957-1965). Akcję osadził na pokładzie statku gwiezdnego SS Yorktown, umieszczając go w ogólnie pojętej przyszłości, gdzieś między rokiem 1995 a 2995. Jednym z kluczowych konceptów miało być skupienie się na paralelnych światach. Kapitan April (porównywany do Horatio Hornblowera) miał podczas swoich wędrówek napotykać planety o rozwoju biologicznym i społecznym podobnym do Ziemi w różnych etapach ewolucji. Miało to na celu nie tylko zwrócenie uwagi na konkretne zagadnienia z naszej historii, ale również pozwolić na poczynienie oszczędności budżetowych, jako że pomysł pozwalał na wielokrotne wykorzystywanie tych samych scenografii, rekwizytów i kostiumów.

[caption id="attachment_6091" align="aligncenter" width="694"] Pierwsze ujęcie załogi i mostka w historii serii.[/caption]

Po zakończeniu prac nad The Lieutenant Roddenberry pokazał decydentom z MGM pierwszą wersję scenariusza pilotowego odcinka, lecz jego pomysł został odrzucony. Podobną decyzję podjęło CBS, preferujące wyprodukowanie bardziej familijnego Lost in Space (1965-1968), a scenariusz Roddenberry’ego uznające za zbyt intelektualny. Dopiero NBC zgodziło się dać szansę nowemu pomysłowi i zleciło Amerykaninowi napisanie trzech scenariuszy, z czego jeden miał zostać zaadaptowany jako pilot nowego serialu. Wybór padł na The Cage (przez krótki czas znany jako The Menagerie), którego pierwsza wersja pochodziła z 29 czerwca 1964 roku i została napisana na podstawie fabuły The New Cage opisanej w Star Trek is.... Po akceptacji pomysłu nastąpił czas na przygotowanie podwalin pod uniwersum Star Treka.

Gene Roddenberry zaprosił w tym celu do pomocy fizyka Harveya P. Lynna, który objął pozycję konsultanta naukowego, Pato Guzmana, który zasiadł na stanowisku kierownika artystycznego oraz Matta Jefferiesa, sprawującego pieczę nad wieloma projektami designerskimi. Wszyscy razem pracowali przez całe lato, aż we wrześniu 1964 roku stworzyli ostateczną wersję scenariusza The Cage. NBC zatwierdziło ją, udzielając tym samym pozwolenia na nakręcenie pilota.

Podstawa uniwersum Star Treka była w dość dużej mierze inspirowana filmem Freda Wilcoxa Zakazana planeta (Forbidden Planet, 1958), gdzie poznaliśmy pierwszy kosmiczny pojazd pod dowództwem ludzi. Film jest jednak intrygujący przede wszystkim dzięki atrakcyjnemu i płynnemu łączeniu klasycznych elementów eskapistycznej rozrywki z większymi ambicjami twórców. Odnaleźć w nim można tak różnorodne elementy, jak komediowe scenki z udziałem Robby'ego Robota, tajemnicze i nawiązujące do kina przygodowego poznawanie obcej planety i enigmatycznych reliktów, znalazło się także miejsce dla bestii niczym z kina grozy, implikującej dodatkowe treści poprzez nawiązania do myśli Sigmunda Freuda i psychoanalizy. Co więcej, fabuła Zakazanej planety jest oparta na Burzy Williama Szekspira. Star Trek w wielu miejscach okazuje się podobny: tutaj również pojawia się statek gwiezdny dowodzony przez ludzi, odkrywa się nieznane planety i spotyka obce istoty, następuje połączenie nastrojów tajemnicy i grozy z akcją, humorem oraz ambicjami zawarcia przesłań i komentarzy społecznych, kulturowych i innych. Idee Roddenberry’ego były pod wieloma względami rozwinięciem pomysłów z produkcji Wilcoxa i wzbogaceniem ich o kolejne wątki oraz przesłania, które ostatecznie wykroczyły daleko poza zasięg Zakazanej planety.

[caption id="attachment_6092" align="aligncenter" width="694"] Kapitan Pike i pan Spock - wtedy jeszcze nie pełniący funkcji pierwszego oficera.[/caption]

Pierwsza wędrówka

Gdy rozpoczęto proces kręcenia The Cage, w ekipie pojawiły się nowe osoby, z których przynajmniej kilka powinno zostać wymienionych w niniejszym streszczeniu genezy Star Treka: Morris Chapnick został asystentem Roddenberry’ego, a Franz Bechelin zastąpił Guzmana na pozycji kierownika artystycznego. Jefferies zaprojektował tymczasem większość elementów scenograficznych oraz jednego z głównych bohaterów serii: statek gwiezdny Enterprise, który stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych projektów w historii popkultury. Do stworzenia pierwszego odcinka zatrudniono także dwie osoby z kultowego The Outer Limits (1963-1965): Robert Justman został asystentem reżysera, a Byron Haskin został współproducentem. Oprócz nich pojawił się na planie także Fred Phillips, makijażysta, który stworzył charakterystyczne, spiczaste uszy pana Spocka – jednego z bohaterów Star Treka. Całkowity koszt produkcji The Cage wyniósł aż około 630 tys. dolarów, co czyniło z niego najdroższego pilota telewizyjnego w historii tego medium do 1966 roku.

Pierwszymi aktorami, zatrudnionymi do nowego serialu byli żona Roddenberry'ego Majel Barrett w roli pierwszej oficer – inteligentnej i skrywającej emocje kobiety-pilota, oraz znający się z Roddenberrym z The Lieutenant Leonard Nimoy w roli kosmity, wspomnianego pana Spocka. Na tym etapie Spock był jednak zdecydowanie inną postacią niż logiczny Vulkanin, który stał się później najsłynniejszym bodaj bohaterem serii. Prócz małych różnic charakteryzatorskich, Spock z pierwszego pilota nie był pozbawiony emocji, nieraz więc zdarzy mu się krzyknąć czy uśmiechnąć. Taki wybór jego charakteru był podyktowany przede wszystkim dość stoicką prezencją pierwszego kapitana statku. Największe trudności sprawiło obsadzenie właśnie tej postaci. Kapitan April, później Winter, a ostatecznie Pike, otrzymał w końcu twarz Jeffreya Huntera, uzdolnionego, choć mało charyzmatycznego aktora. Ostatnie elementy układanki uzupełnili weteran fantastyki naukowej John Hoyt, który wcielił się w doktora Phillipa Boyce’a, oraz Peter Durvea jako Jose Tyler i Lurel Goodwin jako J.M. Colt.

Załoga Enterprise'a składała się więc z samych białych (prawdopodobnie) Amerykanów i kosmity nieznanego pochodzenia, choć charakterem nieodróżniającego się zbytnio od ludzi. Jedyną innowacją było umieszczenie postaci kobiecej na wysokim stanowisku decyzyjnym. Przemieszanie rasowe, na którym tak zależało Roddenberry’emu we wciąż podzielonej na tle etnicznym Ameryce, zostało przesunięte na drugi plan i obecne w postaci rozmaitych epizodycznych postaci. Mimo tego i tak stanowiło to nowatorskie i prekursorskie podejście, pokazujące możliwość pokojowej koegzystencji różnych kultur.

Odcinek spotkał się z bardzo przychylnym odzewem ze strony NBC, zaskoczonym tak realistycznym wyglądem serialu. Niestety pilotowy odcinek został odrzucony ze względu na jego nietypowość. Uznano, że znajduje się w nim zbyt mało akcji oraz elementów przygodowych oraz że umieszczenie postaci żeńskiej na tak wysokim stanowisku jest chybionym pomysłem, który będzie trudny do zaakceptowania przez widzów. Problemy nasuwał też makijaż Spocka, postrzegany za zbyt szatański. Mimo to, potencjał tkwiący w serii był dla wszystkich oczywisty. Studio podjęło decyzję bez precedensu o zrealizowaniu drugiego pilota z całkiem nową obsadą, choć z pozostawionym Leonardem Nimoyem jako panem Spockiem, na którego usunięcie nie zgodził się Roddenberry.

[caption id="attachment_6093" align="aligncenter" width="694"] Pierwsze użycie transportera.[/caption][caption id="attachment_6094" align="aligncenter" width="694"] Pierwsza odwiedzona planeta, Talos IV.[/caption][caption id="attachment_6095" align="aligncenter" width="694"] Powierzchnia pierwszego, dziwnego, nowego świata.[/caption]

Recenzja odcinka

Załogę statku gwiezdnego Enterprise poznajemy po raz pierwszy, gdy otrzymuje wezwanie z prośbą o pomoc. Prędko okazuje się, że pochodzi ono z niedalekiej planety klasy M, czyli nadającej się do życia dla ludzi. Zanim jednak bohaterowie teleportują się na powierzchnię Talosa, poznamy bliżej zarówno członków załogi, jak i panujące między nimi relacje. Kapitan Pike jest stoickim, czującym olbrzymie brzemię odpowiedzialności człowiekiem. Jego przyjacielem jest doktor Boyle, z łatwością nawiązujący kontakty, starszy i dobroduszny lekarz. Spock, oficer naukowy, jest dość statyczną postacią, posiadającą dużą wiedzę, choć, prócz wyglądu, niewyróżniającą się niczym szczególnym. Zwraca na siebie natomiast uwagę Numer Jeden, czyli kobieta na stanowisku zastępcy kapitana; zainteresowanie wzbudza jednak bardziej łamaniem stereotypów kina lat 60. niż czymś szczególnym w swoim charakterze. Załoga nie jest ani zbyt różnorodna, ani wyrazista, brak w niej też postaci, które wchodziłyby między sobą w szczególnie intrygujące relacje lub konflikty. Poza tym, po udanych scenach otwierających odcinek, nadmierna ekspozycja trosk i wątpliwości kapitana, zaprezentowanych w niezwykle ostentacyjny sposób, wzbudza negatywne odczucia swoją sztucznością.

Tam, gdzie jednak nie domagają protagoniści, pomagają fabuła oraz nastrój. Nad wszystkim dominuje niezwykłe uczucie tajemniczości i niesamowitości. Nieco klaustrofobiczne przestrzenie statku oraz pomieszczeń w Talosiańskiej niewoli, gdzie niebawem znajdzie się kapitan, nieskończona pustka kosmosu, design stykający archaizm z ówczesnymi wyobrażeniami przyszłości, niepewność otoczenia, a do tego efekty dźwiękowe budujące odrealnione wrażenie (szczególnie praca urządzeń Enterprise’a w tle) i zapadający w pamięć motyw przewodni Alexandra Courage’a tworzą wspaniałą audiowizualną otoczkę. Po zejściu na planetę dodatkowo towarzyszy nam niski, niepokojący dźwięk, który – jak się po chwili okazuje – wydają kwiaty na Talosie. Powolne poruszanie się w niewiadomym otoczeniu, obcowanie z prawdopodobnie niebezpiecznym, nieznanym na wczesnym etapie fabuły miejscem stanowi ogromną zaletę The Cage, kojarzącą się z najlepszymi produkcjami science-fiction w historii. Dodatkowego wrażenia niesamowitości dodają sami Talosianie, w których wcielają się kobiety, lecz mówiące męskim głosem. Poczucie oniryzmu świetnie zgrywa się z fabułą odcinka, co niewątpliwie stanowi jedną z największych zalet.

The Cage pokazuje bowiem, i to w świetnym stylu, działanie telepatii oraz wpływ iluzji – dwóch głównych atrybutów enigmatycznych Talosian. Jedyną wadą jest tu pomysł na niemożliwość czytania przez nich prymitywnych, brutalnych myśli. Idea cokolwiek nielogiczna, choć wymagana ze względu na ograniczony czas trwania odcinka. Sposób funkcjonowania iluzji jest tu jednak ujęty doskonale, przedstawiony pomysłowo, a przy tym niewymagający wielkiego budżetu. Pozwala też twórcom na dodanie scen akcji, które – choć stanowiły wtedy konieczność – nie były rozwiązaniem problemów. Warto zwrócić uwagę, że pomysł halucynacji i uzależnienia od rzeczywistości wirtualnej wyprzedza o wiele lat motywy fabularne, w które będą obfitować przyszłe odcinki Star Treka oraz kino science-fiction w ogóle. W The Cage pojawia się także częsty pomysł porywania ludzi przez potężniejsze istoty w celu badania/obserwacji/wystawienia na pokaz, nieraz powracający w Star Treku, a ostatnio widziany w inspirowanym serialami z uniwersum gwiezdnej wędrówki The Orville (2017-).

[caption id="attachment_6096" align="aligncenter" width="694"] Talosianie - początkowo mieli wyglądem przypominać kraby, lecz z powodów budżetowych zmieniono ich wygląd na tańszy.[/caption][caption id="attachment_6097" align="aligncenter" width="694"] Oprócz Pike'a Talosianie uwięzili także przedstawicieli innych ras.[/caption][caption id="attachment_6098" align="aligncenter" width="694"] Dzięki telepatycznym wizjom, twórcy pokazali też inne planety poza Talosem IV.[/caption][caption id="attachment_6099" align="aligncenter" width="694"] Słynne Oriońskie kobiety - pragnienie niemal każdego mężczyzny w galaktyce.[/caption]

W pierwszym pilocie serialu o samym uniwersum dowiadujemy się jednak niewiele; ponadto trudno uznać obecne tu informacje za kanoniczne, gdyż – podobnie jak zachowanie Spocka – zostaną one zmodyfikowane w późniejszych odcinkach. Oprócz niekonsekwencji w używaniu nazwy „prędkość warp”, zmienianej na „hiperprędkość” oraz pokonywania niemożliwych odległości, na niektórych uniformach obecny jest nadruk przedstawiający Ziemię, co sugeruje, że na tym etapie serialu planowano, by Enterprise i jego załoga pochodzili z naszej planety, a nie ze Zjednoczonej Federacji Planet, wprowadzonej dopiero później. Poza tym panuje tu silne wrażenie dominacji kulturowej Ameryki, które zostanie w przyszłości (nieco) zniesione i nie powróci w tak silnej formie aż do czasów serialu Star Trek: Enterprise (2001–2005).

"Albo żyjesz życiem – z siniakami, obdartymi kolanami i całą resztą – albo […] zaczynasz umierać."

Odcinek skupia się głównie na dwóch tematach. Po pierwsze, na przykładzie Talosian obrazuje zagrożenie wirtualnych rzeczywistości. Więziona przez nich Vina w jednej ze scen mówi: „Kiedy sny stają się ważniejsze niż rzeczywistość, przestajesz podróżować, budować, tworzyć”. Ostrzeżenie szczególnie aktualne w obecnych, przesyconych Internetem, czasach. Kapitan Pike nie ma oczywiście zamiaru pogrążyć się w stagnacji i woli żyć, niż tylko biernie egzystować w wyimaginowanym świecie. Po drugie, w obliczu powyższego zagrożenia Numer Jeden wraz z kapitanem dokonują istotnego wyboru. Jeśli nie mogą żyć na wolności, to niewola, choćby najprzyjemniejsza, jest nie do zaakceptowania. Gdy nie pozostaje żadna inna możliwość ucieczki, Pike i jego pierwszy oficer decydują się poświęcić własne życia. Pierwszy odcinek propaguje więc wolność, współpracę międzyrasową oraz motywuje do działania w celu tworzenia lepszej przyszłości.

STAR TREK
Where No Man Has Gone Before
odcinek 1. / drugi pilot

Reżyseria: James Goldstone
Scenariusz: Samuel A. Peeples
Data pierwszej emisji: 22.09.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

George Takei – Hikaru Sulu
James Doohan – Montgomery Scott
Lloyd Haynes – Alden
Andrea Dromm – Smith
Gary Lockwood (gościnnie) – Gary Mitchell
Sally Kellerman (gościnnie) – Elisabeth Dehr

[caption id="attachment_6101" align="aligncenter" width="694"] Leonard Nimoy powraca jako pan Spock, główny oficer naukowy i zastępca kapitana. Po jego lewej widać słynne trójwymiarowe szachy.[/caption]

Między pilotami

Jak było wcześniej wspomniane, NBC, choć odrzuciło pierwszy pilot serialu, nie miało najmniejszej ochoty zamknąć całego projektu. Tym większa była chęć kontynuacji, że stacja wydała na Star Treka ponad 630 tys. dolarów, z których nie zwrócił się jeszcze ani cent. Zażądano więc napisania trzech nowych scenariuszy, z których jeden miał zostać wybrany do realizacji drugiego pilota. Tak też się stało.

Z trzech zaproponowanych pomysłów wszystkie miały swoje wady i zalety. The Omega Glory Roddenberry’ego cechował się pokazywaniem paralelnych światów, ponadto nie wymagał zbudowania nowych elementów scenografii, co zaoszczędziłoby studiu pieniędzy. Ostatecznie jednak uznano, że scenariusz nie jest wystarczająco dobry, by go zaadaptować jako pilotowy odcinek. Drugim pomysłem był Mudd’s Women Roddenberry’ego i Stephena Kandela. Kwestie finansowe ponownie przemawiały na korzyść scenariusza, lecz pojawia się w nim międzygalaktyczny alfons, parający się sprzedawaniem kobiet. Pomysł uznano przez to za zbyt drażliwy, toteż z niego zrezygnowano. Ostatnim zaproponowanym scenariuszem był Where No Man Has Gone Before, już na poziomie tytułu ujawniający się jako najpotężniejszy ze wszystkich trzech. Choć wymagał stworzenia nowych scenografii i efektów specjalnych, to on właśnie został wybrany jako drugi pilot. Gwoli ścisłości należy jednak dodać, że pozostałe dwa scenariusze również zostały później przeniesione na ekran telewizyjny.

Najwidoczniejszymi zmianami względem poprzedniego pilota były oczywiście zmiany aktorskie. Zaprezentowano tu przede wszystkim pierwsze dwie osoby z tzw. wielkiej trójcy Star Treka, czyli kapitana Jamesa T. Kirka (przez pomyłkę podpisanego tu jako James R. Kirk) oraz jego zastępcę i oficera naukowego pana Spocka. Spock nie był już oczywiście tą samą postacią, co poprzednio. Zmienił charakter na logiczny, niemal pozbawiony emocji, charakterystyczny dla Vulkan. Spock jest jednak Vulcaninem tylko w połowie; drugą połowę posiada jak najbardziej ludzką, stąd wytłumaczenie znalazły jego okazjonalne ujawnianie głęboko skrytych, jakże mało vulkańskich emocji, co stanowiło zalążek późniejszego eksplorowania skonfrontowanej wewnętrznie duszy zastępcy kapitana. Zmienił się także jego wygląd. Uszy Spocka stały się mniejsze, brwi mniej krzaczaste, za to bardziej podniesione, ponadto otrzymał grzywkę – od tej pory charakterystyczne uczesanie Vulcan i później także Romulan. Z klasycznych załogantów w Where No Man Has Gone Before debiutują także Hikaru Sulu oraz główny oficer techniczny Szkot Montgomery Scott.

[caption id="attachment_6100" align="aligncenter" width="694"] William Shatner jako kapitan Kirk.[/caption]

Aktorem, który okazał się najważniejszy przy dobieraniu nowej załogi, był bezsprzecznie William Shatner, odgrywający rolę kapitana Enterprise'a, Jamesa Kirka. Był on trzecim aktorem, któremu zaproponowano rolę, przed nim oferty otrzymali Jack Lord i Lloyd Bridges. Jednak to wytrenowany w szekspirowskim teatrze Kanadyjczyk, z typowymi dla swojej osoby pewnością siebie oraz nieco ironicznym uśmiechem częstokroć pojawiającym się na jego twarzy stworzył nadzwyczaj wyrazistą postać, idealnie współgrającą z niemal pozbawionym emocji Spockiem. Stworzony w ten sposób kontrast sprawił, że przyjaźń między bohaterami stała się natychmiast jedną z głównych zalet serialu. Johna Hoyta w roli pokładowego lekarza zastąpił tymczasem Paul Fix. Roddenberry nie był zadowolony z żadnego z aktorów i zdecydował, że jeśli serial zostanie wybrany do dalszej produkcji, zatrudni w tej roli DeForesta Kelleya. Oba poprzednie wybory aktorskie zostały podjęte przez reżyserów odcinków mimo sprzeciwu Roddenberry'ego.

Antyrasistowskie przesłanie Star Treka, nawołujące do zgodnej współpracy ludzkości dla stworzenia wspólnej, lepszej przyszłości również zostało rozwinięte względem poprzedniego pilota. Choć nadal wśród protagonistów brakuje postaci, które nie byłyby białe, to pojawiają się postaci drugoplanowe o innych kolorach skóry. Azjata Hikaru Sulu, choć niewiele mówi, został przedstawiony jako ważny i inteligentny bohater, którego główną siłą jest matematyka. Najbardziej jednak twórcy zadowoleni byli z postaci Aldena, w którego wcielił się Lloyd Haynes. Był to pierwszy w historii seriali telewizyjnych w USA Afroamerykanin, który otrzymał do zagrania tak istotną rolę. Choć ostatecznie uznano jego postać za nudną i mało interesującą, to precedens został ustanowiony i rozwijany w kolejnych odcinkach.

To, co jednak zdecydowało o zaakceptowaniu pilota przez NBC oraz udzieleniu zgody na stworzenie serialu, to pojedynek na pięści, pojawiający się w finalnych partiach odcinka. Tak przynajmniej twierdził Roddenberry, wg którego telewizja nie zatwierdziłaby Star Treka, gdyby był „tylko” intelektualnym podejściem do tematyki science-fiction. Po zaakceptowaniu pilota podjęto natychmiast decyzję o stworzeniu kolejnych odcinków, przez co ostatecznie wyemitowano Where No Man Has Gone Before jako trzeci z nich, gdyż uznano go za zbyt ekspozycyjny. Przed nim widzowie telewizyjni obejrzeli The Man Trap oraz Charlie X.

[caption id="attachment_6102" align="aligncenter" width="694"] Enterprise leci w nieznane...[/caption]

Recenzja odcinka

Odcinek niemal natychmiast rozpoczyna się budowaniem suspensu, tworzonym poprzez wprowadzenie dwóch związanych ze sobą tajemnic. Pierwsza scena stanowi jednak krótkie wprowadzenie głównych bohaterów serialu: kapitana Jamesa T. Kirka oraz jego zastępcy, pana Spocka. Poznajemy ich, gdy grają w trójwymiarowe szachy; podejście każdego z nich do rozgrywki pozwala w naturalny sposób przedstawić pozytywny i nieco nieprzewidywalny charakter kapitana oraz logiczny, pozbawiony emocji umysł Spocka. Choć ich introdukcja przebiega nieco sztucznie (Kirk: "Czy kiedykolwiek wspominałem, że gra pan bardzo irytująco w szachy, panie Spock?" Spock: "Irytująco? Ach tak. Jedna z waszych ziemskich emocji."), to skutecznie wprowadza w bardzo szybkim tempie kontrast między logiką a emocjami, który będzie kontynuowany przez cały odcinek. Psychiatra Dehr zarzuci niebawem Spockowi zimny, kalkujący umysł, który nie pozwala na dostrzeganie piękna, a gdy Kirk spyta Vulkanina, skąd pochodzi jego pewność, co do zachodzących wydarzeń, ten odpowie (odpowiadając równocześnie na wcześniejsze słowa psychiatry): "Ona czuje [emocje]. Ja nie. Dla mnie istnieje tylko logika." Logicznym okazuje się więc, że to Spock ma rację.

Kirk zaś przez cały odcinek udowadnia, że jest kapitanem, który ma świetny kontakt ze swoją załogą, nie ma problemów z kobietami, jest sprawiedliwy, zawsze wysłuchuje wszystkich swoich oficerów i – choć wypełniają go czasem sprzeczne emocje –  nie boi się podjąć odważnych decyzji, w tym poświęcić siebie dla dobra załogi i Enterprise’a. Został więc wykreowany na kapitana prawie idealnego; nie pozbawiono go bowiem zupełnie słabości, co jest prostym i skutecznym zabiegiem, czyniącym z niego bardzo ludzką postać.

Akcja odcinka ma miejsce 13 lat po The Cage. Główny wątek rozpoczyna się, gdy załoga wykrywa wystrzelony fragment sprzętu z zaginionego 200 lat temu statku gwiezdnego. Był to pojazd, który próbował przekroczyć granicę naszej galaktyki, czyli wykonać zadanie powtarzane obecnie przez Enterprise. Znalezisko, którym okazuje się być pokładowy komputer, jest mocno zniszczone, a zawarte w nim dane wskazują, że kapitan feralnego statku wydał rozkaz autodestrukcji. Poza tym wykazywał niepokojąco duże zainteresowanie kwestią percepcji pozazmysłowej u ludzi. Wszystko się komplikuje, gdy Enterprise napotyka nieznane promieniowanie. W wyniku zetknięcia z tajemniczą siłą dziewięć osób umiera, statek traci główny napęd, a Gary Mitchell – jeden z oficerów i bliski przyjaciel Kirka – budzi się z nowymi zdolnościami. Zdolnościami, które bez przerwy zwiększają swoją moc, wpływając równocześnie na jego psychikę. Czy jesteśmy świadkami narodzin nowego boga?

[caption id="attachment_6103" align="aligncenter" width="694"] Rozpoczyna się przemiana Gary'ego Mitchella.[/caption]

Choć pojawia się tutaj kilka zgrzytów w logice scenariusza, głównie powodowanych niemożliwością pokazania pewnych zdolności na ekranie (nie tylko z winy ograniczeń budżetowych, lecz przede wszystkim technicznych), to historia jest zbudowana wyjątkowo udanie. Stopniowanie napięcia jest wielkim plusem, a starcie sprzecznych poglądów pozwala na zwiększenie dynamizmu odcinka, a także pomaga w ustanowieniu charakterów poszczególnych postaci. Mimo że zdarzą się momenty niepotrzebnie melodramatyczne, a czasem powiedziane zostaje nam to, co oczywiste, to te drobne potknięcia są całkowicie do wybaczenia.

Where No Man Has Gone Before podobnie jak pierwszy pilot bardzo mocno skupia się na budowaniu nastroju tajemnicy i odrealnienia. Telekineza, mutacje, dywagacje na temat władzy i Boga, kosmiczne osamotnienie w połączeniu z dziwnymi dźwiękami statku, które tworzą fantastyczne tło, sprawiają, że powstał odcinek określany przez niektórych jako najbardziej psychodeliczny w historii Star Treka, a „boski” Mitchell zainspiruje kolejne pokolenia twórców i powróci w książkach oraz komiksach inspirowanych serialem, zapadając na zawsze w pamięć fanów. Pod koniec odcinka niestety jesteśmy zmuszeni obejrzeć niezbyt porywającą scenę bijatyki, lecz nawet w jej trakcie specyfika serialu daje o sobie znać, wzbogacając ją o elementy równocześnie moralizatorskie i surrealne przy użyciu bardzo tanich, acz efektywnych trików.

Oprócz nastroju, interesującej fabuły związanej z powolnym wzrostem umiejętności Mitchella i zderzenia poglądów rozemocjonowanej pani psychiatry oraz spokojnego pana Spocka, wielką zaletą są kreacje aktorskie tworzące żywe, bardzo naturalne postacie. Naturalność ta objawia się szczególnie w przypadku Shatnera, który nadaje Kirkowi wiele odruchów i mimikę, którą aktor cechuje się w życiu codziennym. Nimoy również wypada udanie, tworząc bodaj najbardziej zapadającego w pamięć bohatera w historii Star Treka; widać przy tym, że o wiele lepiej czuje się w skórze logicznego Spocka niż tego z The Cage. Pod względem aktorskim Where No Man Has Gone Before wypada zdecydowanie korzystniej od poprzednika.

Serial startuje tym samym z bardzo wysokiego poziomu. W okresie powstania Star Treka jedynie brytyjski Dr Who (1963-) mógł z nim rywalizować w kategorii najciekawszego serialu science-fiction. I choć w najbliższych latach elementy fantastyczne zagoszczą w wielu programach, jak choćby w genialnym The Prisoner (1967-1968), to nie tylko na polu kosmicznych wędrówek, lecz fantastyki jako takiej, trudno będzie stworzyć serię tak udaną jak Star Trek.

[caption id="attachment_6104" align="aligncenter" width="694"] Mitchell popisuje się telekinezą. Z tyłu pan Spock ze starym, szybko porzuconym projektem fazerów, pochodzącym z The Cage.[/caption][caption id="attachment_6105" align="aligncenter" width="694"] Rafineria na bezludnej planecie Delta Vega.[/caption][caption id="attachment_6106" align="aligncenter" width="694"] Obligatoryjne sceny akcji umieszczono w finale.[/caption]

"Więc porozmawiajmy o ludziach! O naszych słabościach!"

Prócz charakterystycznego dla serialu przesłania kooperacji narodów i braku podziałów, Where No Man Has Gone Before skupia się przede wszystkim na rosnących mocach Gary’ego Mitchella. Czy człowiek jest gotowy na następny krok w ewolucji? Zdecydowanie nie, jak udowadnia zachowanie oficera ogarniętego manią wielkości i traktującego ludzi jak robaki, które należy rozdeptać. Silne emocje, chciwość, żądza władzy, nienasycenie, wywyższanie się oraz brak współczucia okazują się głównymi przywarami człowieka, dyskwalifikującymi go wobec rosnącej nieproporcjonalnie do rozsądku mocy. Ludzie rozwijają się (i swoje wynalazki) szybciej, niż rozwijają się ich umiejętności, wyobraźnia oraz zdolności współczucia czy „zwyczajna” mądrość. Głosem rozsądku wobec postrzegającego siebie jako Boga Mitchella staje się kapitan Kirk, który stwierdza, na wypadek jeśli sami się nie domyśliliśmy, że absolutna władza psuje absolutnie oraz że bóg ponad wszystko potrzebuje współczucia. Jego słowa uzupełnia Spock, którego zimny rozsądek, choć nie pozbawiony – ponownie – współczucia (wskazówka, że jest postacią par excellence pozytywną), równoważy ślepą, bezkrytyczną wiarę w ludzką umiejętność panowania nad prymitywnymi popędami oraz pokazuje, że zbyt silne emocje mogą prowadzić do zguby.

(Wiele informacji umieszczonych w tekście pochodzi z takich źródeł, jak komentarze i materiały zawarte w wydaniach serialu na Blu-rayu czy z różnych produkcji dokumentalnych. Nieocenionym źródłem wiedzy nt. uniwersum jest również strona Memory Alpha.)






8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 2.: You represent Earth's best, then?

STAR TREK
The Corbomite Maneuver
sezon 1., odcinek 2.

Reżyseria: Jerry Sohl
Scenariusz: Joseph Sargent
Data pierwszej emisji: 10.11.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
Anthony Call – Dave Bailey
Grace Lee Whitney – Janice Rand
George Takei – Hikaru Sulu
James Doohan – Montgomery Scott
Nichelle Nichols – Uhura
Clint Howard – Balok

Pierwszym odcinkiem serialu zrealizowanym po akceptacji drugiego pilota przez NBC był The Corbomite Maneuver. Jako taki wprowadza on wiele elementów oraz postaci, które wejdą do kanonu Star Treka i mocno rozbudują jego mitologię. Przede wszystkim pojawiają się w nim aż trzy nowe postaci z głównego rdzenia załogi, w tym kompletujący „Wielką Trójcę” doktor Leonard „Bones” McCoy. W rolę tę wcielił się, zgodnie z wcześniejszym założeniem Gene'a Roddenberry'ego, DeForest Kelley, już wtedy dość szeroko kojarzony aktor, najczęściej występujący w różnorakich westernach. Częsta interpretacja relacji między protagonistami serialu głosi, iż McCoy jest personifikacją emocjonalnej strony człowieka, Spock intelektualnej, zaś kapitan Kirk musi pogodzić ze sobą dwie sprzeczne natury i podejmować słuszne decyzje oparte na obu poglądach, pokazując ostatecznie, że obie strony są w stanie egzystować w harmonii. Oczywiście, wszyscy bohaterowie posiadają własne osobowości, więc zależnie od wizji danego scenarzysty również i oni będą odnajdywać w sobie pokłady zarówno logiki, jak i emocji.

Co jest warte być może większego podkreślenia, odcinek został otwarty kultowym monologiem kapitana Kirka:

Kosmos, ostateczna granica...
Oto są podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy. Poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

Monolog ów słychać podczas czołówki i nie tylko pozostanie na stałe, lecz będzie także powracał w zmodyfikowanych formach w kolejnych serialach i filmach z uniwersum Star Treka, na stałe przenikając również do kultury masowej.

[caption id="attachment_6340" align="aligncenter" width="694"] Kosmos, ostateczna granica...[/caption][caption id="attachment_6341" align="aligncenter" width="694"] Nichelle Nichols debiutuje jako Uhura.[/caption][caption id="attachment_6338" align="aligncenter" width="694"] Hikaru Sulu jest już pilotem, przy okazji widać nowe wersje uniformów - Spock ma na sobie niebieski uniform wydziału naukowego.[/caption]

Odcinek stanowi także rozwinięcie przewodniego motywu antyrasistowskiego. Podczas omawiania Where No Man Has Gone Before wspominałem o Aldenie – pierwszej istotnej czarnoskórej postaci w amerykańskim serialu telewizyjnym. Choć usunięto go już po jednym występie, to natychmiast zastąpiono nową postacią. W The Corbomite Maneuver debiutuje bowiem Nichelle Nichols jako oficer komunikacyjna Uhura. Choć nie ma zbyt wielu kwestii do powiedzenia, stanowi niewątpliwą zaletę, m.in. także dzięki charakterystycznemu, nieco dumnemu sposobowi bycia, który sprawia, że ciężko ją zignorować. Ekipa pracująca nad Star Trekiem ponoć była zaskoczona jej przybyciem, ponieważ gdy Roddenberry ogłosił, że doda więcej kolorytu kapitańskiemu mostkowi, wszyscy sądzili, że jego komentarz dotyczy kostiumów, a nie czarnoskórej aktorki. Ostatnią z trzech debiutujących osób jest Janice Rand (Grace Lee Whitney), stanowiąca trzecioplanową postać. Mimo to, udało jej się zapisać w historii Star Treka i powracać w jego przyszłych inkarnacjach. Tymczasem jedyny wśród głównej załogi Azjata – Hikaru Sulu – przeszedł małą modyfikację. Został przeniesiony do wydziału dowodzenia jako jeden z pilotów Enterprise'a, gdzie pozostanie już na stałe. Dzięki temu może znacznie częściej pojawiać się w serialu.

Na tym zmiany się nie kończą. Zmodyfikowano też mundury i wprowadzono (choć jeszcze niekonsekwentnie) podział na kolory uniformów względem wydziałów. Warto też dodać, że część rekwizytów i scenografii również uległa zmianom, lecz nie są one na tyle istotne, by dłużej się przy nich zatrzymywać. Niemniej, należy wspomnieć, że w odcinku znajdziemy pierwszą informację dotyczącą pochodzenia załogi; gdy kapitan Kirk identyfikuje swój statek, stwierdza, że pochodzi ze Zjednoczonej Ziemi. Choć pomysł na tę państwo-planetę prędko zostanie porzucony, to sama idea Zjednoczonej Ziemi pozostanie i rozwinie się wraz z wprowadzeniem większego bytu: Zjednoczonej Federacji Planet. Dodam jeszcze na marginesie, że The Corbomite Maneuver jest pierwszym odcinkiem serialu nominowanym do nagrody Hugo w  kategorii Najlepsza Dramatyczna Prezentacja w 1967 roku.

Catchphrase!

Omawiając odcinek nie mogę pominąć milczeniem faktu, że to w nim właśnie pojawiają się aż trzy kultowe kwestie różnych członków załogi, jakie na stałe zagoszczą w tym i przyszłych serialach osadzonych w uniwersum. W dużej mierze to dzięki komentarzom oraz krótkim docinkom, czy też niesamowicie naturalnym dialogom kreującym autentyczne relacje między protagonistami, Star Trek tak mocno zapisuje się w pamięci widza, a jego postacie wydają się wprost przekraczać ekran telewizyjny, tworząc wrażenie swojej realności.

„Kim jestem, lekarzem czy konduktorem na księżycowym wahadłowcu?” pyta retorycznie McCoy po raz pierwszy używając słynnej wariacji na temat „Jestem lekarzem, a nie...”. Po chwili dodaje do siebie: „Hmm... jeśli reagowałbym za każdym razem, kiedy jakieś światełko zaczyna migać, skończyłbym mówiąc sam do siebie”.

„Częstotliwości wywoływania otwarte, sir” miłym głosem informuje po raz pierwszy Uhura. Powtarzać swoją kwestię będzie jeszcze wiele, wiele razy w ciągu kolejnych lat.

Kontynuowano również motyw logicznego podejścia Spocka do wydarzeń zachodzących wokół niego. W scenariuszu zanotowano, że Vulkanin ma ze strachem zareagować w scenie, w której pojawia się kosmita Balok. Reżyser odcinka uznał to za cokolwiek nielogiczny pomysł i zasugerował Nimoyowi, by Spock ze spokojem powiedział tylko jedno słowo: „Fascynujące”. Od tej pory tak będzie wyglądała typowa reakcja Spocka na niesamowite zdarzenia, co mocno ukierunkuje jego charakter w stronę zimnych, logicznych wypowiedzi, z którymi go kojarzymy. Te zresztą wielokrotnie pojawiają się w The Corbomite Maneuver. Na przykład w scenie, gdy jeden z załogantów ze strachem stwierdzi, że pewien statek „leci prosto na nas!”, Vulkanin ze spokojem odpowie, że nie widzi powodu do podnoszenia głosu. Tego typu słownych wymian, a nawet potyczek ze Spockiem jest tutaj więcej.

Na koniec wspomnę o kapitanie, który zachowuje podejmowanie decyzji tylko dla siebie. Na sugestię, by otworzyć ogień do statku nieznanego pochodzenia, odpowiada: „Będę o tym pamiętał panie Bailey... kiedy zapanuje tutaj demokracja.” Nie ma to jak mądra „dyktatura”.

[caption id="attachment_6342" align="aligncenter" width="694"] Bailey wpada w panikę.[/caption][caption id="attachment_6343" align="aligncenter" width="694"] Pierwszy kosmita, z jakim zetknął się kapitan Kirk - Balok.[/caption][caption id="attachment_6344" align="aligncenter" width="694"] Statek gwiezdny Baloka jest zdecydowanie większy od Enterprise'a.[/caption]

Kilka słów o odcinku

Skoro już tak dużo o The Corbomite Maneuver napisałem, to wypada dodać o czym w ogóle on jest. Reżyser odcinka zaprasza nas do niego nietypowym ujęciem mostka, widzianym z góry pod bardzo ostrym kątem. W centrum dowodzenia spostrzegamy brak kapitana – wszelkie decyzje podejmuje jego zastępca, Spock. Już na wstępie wyłaniają się jedne z głównych zalet odcinka. Są nimi krótkie wymiany zdań między załogantami. Nie tylko pogłębiają one charakterystykę postaci i formują określone relacje między nimi, lecz również słucha się ich z przyjemnością, dzięki delikatnym, acz łatwo wychwytywanym pokładom humoru i ironii w nich zawartych. Są to zdecydowanie lepsze wymiany zdań niż często suche i ekspozycyjne kwestie z obu pilotów.

Sytuacja dla samego Enterprise'a rychło staje się mało wesoła. Kosmiczna boja, która nagle pojawiła się przed statkiem gwiezdnym, wciąż blokuje dalszą podróż. Kapitan, po skończeniu rutynowych badań medycznych, rusza by wysłuchać swoich oficerów i zdecydować, jak wyjść z zastanej sytuacji. Już na starcie nakreślono dwa sprzeczne poglądy, które musiały doczekać się consensusu w dalszej części odcinka. Jeden z oficerów, Bailey, ma wyraźne problemy z powstrzymywaniem emocji. W jego opinii pojazdy nieznanego – prawdopodobnie wrogiego – pochodzenia należy zwyczajnie zniszczyć. Jest to pogląd, który nie znajduje nawet najmniejszej aprobaty w oczach kapitana i, jak się zdaje, reszty załogantów. Bailey stanowi także problem dla samego Kirka jako dowódcy, który nie potrafi pokierować podkomendnym, mającym wyraźne problemy z psychicznym ciężarem coraz bardziej napiętej sytuacji.

Ta się zaognia, gdy boja zaczyna emitować szkodliwe promieniowanie. Kirk nie ma wyboru i wydaje rozkaz jej zniszczenia. Sprowadza to atencję Baloka, przedstawiciela obcej rasy, którego statek kosmiczny jest w stanie bez najmniejszych trudności rozprawić się z Enterprisem. Balok nie ma ochoty na słuchanie wymówek; daje załodze 10 minut na pożegnanie się i ewentualne modlitwy. Czy istnieje wyjście z tej sytuacji?

Wyjście, oczywiście, zawsze istnieje. Niestety w The Corbomite Maneuver niemal nie istnieje za to stopniowanie napięcia. Choć na początku szybko zmienia się panorama wydarzeń, to po pojawieniu się Baloka intensywność oraz tajemniczość odcinka ulatnia się i tylko siłą rozpędu zmierzamy do scen, gdy Spock wspomnie o szachach, a Kirk zmieni grę na pokera. Wtedy też powróci zaintrygowanie widza, zmniejszane jednak niepotrzebnie teatralną manierą Anthony'ego Calla oraz nieprzekonywującym, mimo że interesującym w warstwie ideowej, obcym (w którego wciela się Clint Howard, ostatnio widziany w finale 1. sezonu Star Trek: Discovery).

Ostatecznym rezultatem jest odcinek pomysłowy, choć zbyt nijaki w środkowych aktach. Ponadto postać Baileya, choć istotna ze względu na przesłanie odcinka, okazuje się zbyt pretekstowa, w dodatku też niezbyt przekonująco zagrana. Trzymające w napięciu początek i zakończenie oraz przesłanie, w połączeniu z wieloma błyskotliwymi dialogami oraz brak scen akcji, pokazujący, gdzie tkwi realna siła Star Treka sprawiają jednak, że trudno uznać The Corbomite Maneuver za nieudany. Wręcz przeciwnie: znajduje się w nim wiele elementów intrygujących nie tylko dla fanów serialu, co potwierdza choćby nominacja do nagrody Hugo.

Odcinek stanowi także kolejną, trzecią już z rzędu, wariację na temat spotykania potężnego adwersarza. O ile jednak z poprzednimi należało stoczyć walkę, o tyle Balok presuponuje inne treści. Fabuła tyczy się prymarnie trekowego tematu, czyli stykania z nieznanym oraz strachem, jaki nieznane w nas wzbudza. Częstym odruchem, szczególnie w przypadku nieznanego, które określa siebie jako nasz wróg, jest agresja, pojawiająca się tutaj za sprawą Baileya. Ostatecznie jednak agresja i nienawiść są złym rozwiązaniem. Rozum i poznanie sprawiają, że nieznane przestaje takie być, dzięki czemu traci swą traumatyczną moc. Co więcej, okazuje się, że to, czego się baliśmy samo było niepewne naszych intencji i stosowało jedynie reakcję obronną. Egocentryczny i ograniczony punkt widzenia prowadzić więc może wyłącznie do zgoła negatywnych skutków. Być może też fabułę odcinka możemy odczytać na inny sposób. Jako największe z możliwych zwycięstw nad adwersarzem, gdyż nie odniesione siłą, lecz poprzez gest dobrej woli zmieniający wroga w sprzymierzeńca.

[caption id="attachment_6345" align="aligncenter" width="694"] Harry Mudd pojawia się po raz pierwszy.[/caption]

Niezrealizowany pilot, zrealizowany odcinek

STAR TREK
Mudd's Women
sezon 1., odcinek 3.

Reżyseria: Harvey Hart
Scenariusz: Stephen Kandel; na podstawie pomysłu Gene'a Roddenberry'ego.
Data pierwszej emisji: 13.10.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
Roger C. Carme (gościnnie) – Harcout Fenton Mudd
Karen Steele – Eve McHuron
Maggie Thrett – Ruth
Susan Denberg – Magda
James Doohan – Montgomery Scott
George Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
Jim Goodwin – John Farrell
Gene Dynarski – Ben
Jon Kowal – Herm
Seamon Glass – Benton
Jerry Foxworth – członek ochrony

W poprzednim spotkaniu ze Star Trekiem pisałem, że jednym z zaproponowanych pilotów była opowieść o kosmicznym alfonsie. Fabuła ta powstała w 1964 roku jako jeden z pomysłów na wtedy jeszcze znajdujący się w fazie przygotowywania projekt o nazwie Star Trek is.... Scenariusz był wtedy zatytułowany The Women, lecz prezentował w gruncie rzeczy tę samą opowieść, którą przeniesiono później na ekran telewizyjny pod tytułem Mudd's Women.

Ostateczny scenariusz 3. odcinka został napisany przez Stephena Kandela, który wymyślił postać Harry'ego Mudda, handlarza kobietami. Mudd wyewoluuje w przyszłości w ogólnie utalentowanego przemytnika i oszusta, o czym niedawno mogła przekonać się załoga statku gwiezdnego Discovery. Za czasów pierwszego serialu był on jednak kimś pomiędzy antagonistą a comic relief. Gdy Mudd był już stworzony, Roddenberry wyszedł z pomysłem na narkotyk Wenus, zmieniający osobowość zażywającej go kobiety. Co jednak ciekawsze, to kilka nowych idei, które tu wprowadzono... i do których nigdy więcej nie powrócono. W tym kontekście najlepiej zapamiętana została scena, w jakiej Mudd pyta Spocka, czy jest w części Vulkaninem (używa przy tym przymiotnika Vulcanian, a nie, jak będzie stosowane później, Vulcan). Sugeruje to, że na tym etapie powstawania serialu, fizjonomia Spocka miała być częściowo ludzka, a częściowo Vulkańska, stąd też możliwe jest rozpoznanie jego mieszanego pochodzenia na podstawie wyglądu. Ostatecznie z idei tej zrezygnowano i Spock okazał się być takiej samej aparycji, jak wszyscy Vulkanie. Nie wszystkie cechy Spocka tu wprowadzone zostały jednak wyrzucone. Określono tu bowiem różnice w anatomii Vulkan względem ludzi. McCoy określa położenie serca u Spocka na dole, w lewym boku torsu. Informacje medyczne będą uzupełniane w kolejnych odcinkach serialu. Dodam jeszcze, że to w tym odcinku sławny romantyczny magnetyzm kapitana Kirka po raz pierwszy ratuje Enterprise'a.

Skoro już jesteśmy przy Mudd's Women – wg mnie jednego z najgorszych odcinków serialu – warto przy okazji wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Otóż w dzisiejszych czasach oryginalny Star Trek jest często postrzegany poprzez pryzmat swojego bogactwa kolorów; obraz jest tu dość jasny, panele mienią się światełkami, interkomy są jasnoniebieskie, drzwi czerwone, mundury utrzymane w złotym, czerwonym i niebieskim kolorach, żywność i roślinność jest czasem zielona, czasem turkusowa, czasem różowa. Ze współczesnej perspektywy być może sprawia to nieco kiczowate i mało realistyczne wrażenie. Przoduje w tej kwestii Mudd's Women, który to jest jednym z najbardziej kolorowych odcinków w całym serialu.

Kolorów było tak wiele z prostego powodu. NBC określało siebie mianem „pierwszej kolorowej telewizji”, stąd też twórcy serialu, zainspirowani zarówno oświadczeniem telewizji, jak i faktem, że pracują nad serialem ukazującym przyszłość, pozwolili Jerry'emu Finnermanowi na większą swobodę artystyczną i zachęcili go do eksperymentowania z oświetleniem, celem kreowania różnorodnej palety barw. Bardzo dobrze współgrało to z charakterem samego odcinka, a dodać trzeba, że Star Trek sam z siebie jest nader różnorodnym, nie tylko pod względem barw, serialem. Przyszłość w latach 60. była wszak inna jest niż teraz.

[caption id="attachment_6346" align="aligncenter" width="694"] Przed połknięciem Wenus.[/caption][caption id="attachment_6347" align="aligncenter" width="694"] Po połknięciu Wenus.[/caption]

Harcout Fenton Mudd i (nie do końca) jego kobiety

Mudd's Women rozpoczyna się typowym już dla serialu nastrojem tajemnicy, obecnym podczas napotkaniu przez załogę nieznanego pochodzenia statku gwiezdnego. Gdy pojazd nie reaguje na wezwania i rozpoczyna ucieczkę, kapitan Kirk wydaje rozkaz pościgu, motywowany prymarnie faktem, iż znalezisko jest najprawdopodobniej ziemskiego pochodzenia. Pogoń zabiera obie załogi prosto w pasmo asteroid, gdzie uciekający doszczętnie niszczą swój statek. Dowódca Enterprise'a decyduje się uratować im życie, tym samym wystawiając swój pojazd na liczne uszkodzenia. Uratowanym okazuje się być Harry Mudd, kosmiczny przemytnik, oszust i alfons. Wraz z nim na pokład trafia jego „towar”: trzy kobiety, które promieniują podejrzanie hipnotyzującą urodą, sprawiającą, że wszyscy mężczyźni natychmiast tracą dla nich głowę.

O ile sceny otwierające każą oczekiwać kolejnej fabuły cechowanej tajemnicą, elementami delikatnej grozy i napotykaniem nieznanego, w rzeczywistości odcinek przechodzi w stronę silnie moralizatorskiej, acz humorystycznej opowieści o kosmicznym przemytniku. Wynika to niestety wieloma dysonansami i archaizmami, które, choć w czasach powstania serialu zrobiły z Mudda postać popularną, to obecnie wzbudzają irytację swoją nielogicznością i slapstickiem. Trudno uwierzyć, że Harry'emu, zachowującemu się w duchu miałkich komedii, ktokolwiek jest w stanie zaufać choćby przez chwilę. W zetknięciu z pragmatyczną i realistycznie budowaną załogą Enterprise'a wada ta objawia się z podwójną siłą. Po drugie, scalenie ambitnych tematów oraz dramatu z komedią sprawia, że odcinek cierpi na wyraźne wahania nastroju, przechodząc z ckliwego romantyzmu w stronę nieco absurdalnej komedii, ostatecznie nie stając się ani jednym, ani drugim. Poza tym, w jaki sposób poprawiający cechy charakteru narkotyk jest w stanie zmienić uczesanie człowieka?

Mudd's Women nie odnosi sukcesu również w przedstawianiu samych protagonistów. Wszyscy cierpią, na wzór samego odcinka, na wahania nastrojów, ani zupełnie nie poddając się narkotycznej magii kobiet, ani zupełnie nie stawiając jej oporu. Kobiety oraz Mudd również potrafią często zmieniać zdanie, przez co odcinek pod każdym niemal względem stanowi zbiór dywergencji. Na szczęście, znajomość z bohaterami oraz funkowy humor odcinka wystarczają, by go obejrzeć bez wielkich trudności i nie poczuć się zbyt znużonym. W dodatku nie odchodzi on od dobrej tradycji traktowania o tematach społecznych, przez co również zostaje w pamięci, zmuszając widza do krótkiej polemiki z twórcami. Do niej więc teraz przejdę.

[caption id="attachment_6350" align="aligncenter" width="694"] Kapitan Kirk zawsze wie, jak postępować z kobietami.[/caption][caption id="attachment_6351" align="aligncenter" width="694"] William Shatner ponoć nie był fanem uniformów, używanych w serialu. Uważał, że są zbyt ciasne.[/caption]

Krótka polemika z twórcami

Lejtmotyw odcinka jest dość prosty, niestety równocześnie mocno stereotypowy i zacofany, także w kontekście połowy lat 60., przez co spotkał się on z negatywnym odzewem ze strony niektórych środowisk kobiecych. Najwyrazistszym przykładem jest tu Eve, jedna z kobiet Mudda, która wyrwała się z nędznej egzystencji. Pochodzi ona z planety, gdzie nie mogła znaleźć sobie męża, a jej jedynym zajęciem było usługiwanie męskim członkom rodziny. Egzystencja taka napawała ją odrazą, pragnęła zmienić swoje życie, stąd też zaznajomiła się z Muddem i zaczęła zażywać narkotyk Wenus, sprawiający, że kobieta staje się „bardziej kobieca”. Jednak jakie życie wybiera następnie? Na innej, niemal bezludnej planecie, pragnie zostać partnerką pozbawionego ogłady górnika, któremu będzie usługiwać jako dobra żona. Żadnej szczególnej ambicji, żadnych prób wyrwania się ze stereotypowego i coraz bardziej archaicznego modelu biernej kobiety.

W tym kontekście większym „feministą” okazuje się być kapitan Kirk, który za pomocą sztuczki przekonuje Eve, że jest kobietą piękną; że jedyne, czego jej potrzeba, to wiary w samą siebie. Kiedy jej nabierze, będzie mogła sięgnąć po swoje marzenia. Inna sprawa, że jej marzeniem jest bierne bycie przy dość prostackim mężczyźnie, który jest wyraźnie dominującą stroną w związku.

Pozostałe dwie kobiety są zaprezentowane jako postacie negatywne, wykorzystujące narkotyk, by wyzyskiwać mężczyzn; mają jednak niezaprzeczalnie większe ambicje i większą wyobraźnię niż prezentowana jako postać pozytywna Eve. Przedstawienie kobiet ambitnych jako zepsutych femme fatale jawi się tu jako ostrzeżenie i/lub przesłanie informujące o szkodliwości takiej postawy. Dzisiaj bardziej jesteśmy w stanie zrozumieć je jako osoby próbujące wydostać się poza sztywne ramy narzucone przez społeczeństwo, choćby poprzez oszustwo, będące dla nich ostatnią deską ratunku.

W związku z powyższym, niepowetowaną stratą jest wycięcie scen, w których Mudd próbuje przekonać Uhurę do zażycia poprawiającego kobiecość narkotyku. Oficer odmawia jego przyjęcia, a podane przez nią powody, według osób, które przeczytały oryginalny scenariusz, doskonale uzupełniłyby temat odcinka oraz pokazałyby inny typ postaci kobiecej: pewnej siebie, na wysokim stanowisku, ambitnej, dodatkowo czarnoskórej, co byłoby odważnym krokiem w latach 60. Scena została wycięta, gdyż uznano ją za posiadającą zbyt wiele słów, przez co, według decydentów, znużyłaby widza.

Oczywiście w odcinku jest także zawarty drugi komentarz. Wyłania się z koncepcji narkotyku i udowadnia, że prawdziwe piękno pochodzi z wewnątrz, a nie ze sztucznego upiększania swojego ciała. W ten sposób tworzymy oszustwo, nieprawdziwy wizerunek własnej osoby, która, choć piękna na zewnątrz, pozostaje jedynie atrakcyjnym na powierzchni kłamstwem.

Na tym zakończymy nasze kosmiczne wojaże. Nie na długo jednak, gdyż w następnym odcinku przydarzy się pierwsza z licznych awarii transporterów!





 


8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 3.: Can half a man live?

STAR TREK
The Enemy Within
sezon 1., odcinek 4.

Reżyseria: Leo Penn
Scenariusz: Richard Matheson
Data pierwszej emisji: 06.10.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
Grace Lee Whitney – Janice Rand
George Takei – Hikaru Sulu
James Doohan – Montgomery Scott
Edward Madden – Fisher
Garland Thompson – Wilson
Jim Goodwin – John Farrel

Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku kosmicznego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy, poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

Zwyczajna misja badawcza na nowo napotkanej planecie. Nieznane gatunki zwierząt. Wypadek. Jeden z naukowców zostaje ranny, a jego mundur pokryty żółtym osadem. Teleportacja. Osad wytwarza silne promieniowanie magnetyczne. Transporter zostaje uszkodzony. Kapitan James T. Kirk zostaje przeniesiony na pokład. Materializuje się jako dwie osoby. Jedna z nich jest zbiorem spokoju, dobroci i opanowania. Druga – wściekłym, złym i prymitywnym brutalem. Obie chcą zachować kontrolę nad statkiem, obie nie mogą istnieć bez swojej drugiej połówki, obie będą musiały odnaleźć drogę do wspólnej komunikacji. Hikaru Sulu i kilku innych załogantów nie mogą wrócić z planety. Temperatura wokół nich spada. Wkrótce przekroczy -170 stopni Celsjusza.

[caption id="attachment_6585" align="aligncenter" width="694"] Kirk, Sulu i obca forma życia.[/caption][caption id="attachment_6587" align="aligncenter" width="694"] Panel transportera tuż przed pierwszą awarią.[/caption][caption id="attachment_6590" align="aligncenter" width="694"] Pierwsza wizyta w maszynowni.[/caption]

Jak wyraźnie widać na podstawie zarysu fabuły The Enemy Within, kolejny odcinek Star Treka prezentuje nieco inne spojrzenie na serial. Po spotkaniach z potężnymi istotami i humorystycznym starciu z przemytnikiem Muddem jesteśmy świadkami wariacji na temat dwóch natur człowieka. Fabuła Richarda Mathesona jest oczywistą trawestacją Dra Jekylla i pana Hyde’a Roberta Stevensona. Prymitywny Kirk-Hyde rozpija się, jest agresywny, napastuje seksualnie Janice Rand, obce jest mu rozróżnienie dobra i zła. Kirkowa wersja Jekylla jednak również jest wybrakowana. Pozbawiony swej brutalnej strony stopniowo traci wszystkie zdolności przywódcze, zaczyna w siebie wątpić, powoli zanika jego umiejętność podejmowania decyzji.

Podjęty temat jest poprowadzony przez reżysera z wyczuciem, dzięki czemu napięcie jest dawkowane w zadowalającym stopniu. Większość czasu przebywamy z dobrym Kirkiem, który z pomocą swoich najbliższych przyjaciół próbuje zapanować nad sytuacją. Na złego zwracamy uwagę w krótszych i rzadziej pojawiających się scenach, co jest korzystne dla odcinka, ponieważ negatywna część kapitana jest dość jednowymiarową manifestacją jego cech charakteru. Istotna w kontekście odmiennych osobowości człowieka jest scena, w której dobra strona Kirka radzi się Spocka i McCoya, co do podjęcia kolejnych kroków. Spock oferuje odpowiedź logiczną, McCoy bardziej ludzką, ostrożniejszą. Scena ta doskonale unaocznia widzowi motyw metafory dwóch stron ludzkiej osobowości w warstwie relacji między trzema bohaterami. Niezdolny w tym odcinku do podejmowania decyzji Kirk ma naprawdę twardy orzech do zgryzienia, gdy próbuje wybrać między logiką a emocjami, nie mówiąc już o ich sprawnym scaleniu.

Niestety, dodatkowi scenarzyści bez wiedzy Mathesona dodali do odcinka jeszcze jeden wątek, który nie dość, że zaburza nastrój całości poprzez wprowadzenie niepotrzebnego w tym przypadku humoru, to na dodatek cechuje się wątpliwą logiką. Z powodu awarii transportera Hikaru Sulu wraz z kilkoma załogantami nie mogą zostać przeniesieni na pokład Enterprise’a, a powierzchnia planety, na której przebywają, niedługo osiągnie temperaturę zabójczą dla człowieka. Doza humoru wprowadzana ironicznymi komentarzami Sulu byłaby zapewne wielką zaletą w wielu innych odcinkach, tutaj niestety jedynie osłabia poważny charakter głównego wątku fabularnego. W dodatku – kto wpadł na pomysł by najnowocześniejszy statek gwiezdny wysłany z pięcioletnią misją badania nieznanych planet posiadał tylko jeden środek transportu? Logicznym jest, że jeśli nie byłby wyposażony w kilka transporterów, to przynajmniej w kilka wahadłowców, które służyłyby w razie nieprzewidzianych awarii. Te jednak zostaną dodane dopiero w przyszłości.

[caption id="attachment_6586" align="aligncenter" width="694"] (Nie)sławna kapitańska tunika.[/caption][caption id="attachment_6589" align="aligncenter" width="694"] Wielka trójca nie jest w stanie poprawnie funkcjonować z wybrakowanym Kirkiem.[/caption][caption id="attachment_6591" align="aligncenter" width="694"] Pierwszy vulkański ucisk nerwów.[/caption]

Aktorsko odcinek jest popisem umiejętności Shatnera, który otrzymał podwójną okazję do pokazania emocji, jakie zwykle nie drzemią w Kirku. Pozostali aktorzy zdecydowanie znajdują się w jego cieniu, choć Nimoy, Kelley, Takei i Whitney także będą mieli swoje pięć minut. To właśnie w The Enemy Within McCoy powie po raz pierwszy „On nie żyje, Jim” (popularny catchphrase McCoya, który przeniknął do kultury masowej; używany czasem w języku codziennym, gdy coś się zepsuło lub zginęło). Obecna jest również scena, w której ponownie pojawia się zaakcentowanie dualizmu natury Spocka, oraz stwierdzenie, że jego połowy – ludzka i vulkańska – znajdują się w permanentnym stanie walki, co powoduje w nim wewnętrzne, wciąż skrywane rozdarcie. Podkreślono w ten sposób, że każdy nosi w sobie więcej niż jedną tożsamość i tylko własny rozum oraz inteligencja są w stanie nad nimi zapanować.

Na tym atrakcje się nie kończą. W odcinku po raz pierwszy odwiedzimy także maszynownię Enterprise’a – od tej pory miejsce, gdzie często spotkamy Scotty’ego, a poza tym jedno z najbardziej ikonicznych miejsc na każdym statku gwiezdnym w przyszłych serialach i filmach z uniwersum Star Treka. Debiutuje tutaj też (nie)sławna tunika kapitana. Początkowo wprowadzona, by odróżnić obie wersje Kirka, spodobała się twórcom i Shatnerowi na tyle, że nieraz powróciła jako kapitański strój. Shatnerowi szczególnie przypadła do gustu, jako że narzekał on na zbyt ciasne tradycyjne uniformy, stąd luźniejsza tunika była dla niego znacznie wygodniejsza. Ponadto The Enemy Within to także pierwszy raz, gdy mamy do czynienia z awarią transportera. Okażą się one bardzo częste, w przyszłości jeszcze wiele, wiele razy przysporzą niejednej załodze kłopotów. Nie można również zapomnieć o vulkańskim ucisku nerwowym. W jednej ze scen Spock miał obezwładnić przeciwnika uderzeniem w głowę. Leonard Nimoy nie zgodził się, by tak logiczna i stroniąca od przemocy osoba jak zastępca kapitana zniżyła się do prymitywnego, fizycznego rozwiązania. Wymyślił więc, że Spock naciśnie odpowiednie nerwy na karku człowieka, który w ten sposób straci na pewien czas przytomność. Pomysł spodobał się reżyserowi i stał się kolejną klasyczną już cechą wyróżniającą pół-Vulkanina na tle innych postaci.

Wszystko to sprawia, że jest to odcinek zajmujący, ciekawie wprowadza klasyczne motywy fabularne Star Treka. Ponadto zawiera, choć nieco oczywisty, to wciąż akuratny przekaz. Na jego niekorzyść przemawiają jedynie niepotrzebne wątki na drugim planie fabularnym oraz kuriozalna kwestia Spocka na zakończenie, o której będzie za moment.

[caption id="attachment_6588" align="aligncenter" width="694"] Zły Kirk atakuje Janice Rand.[/caption]

Ciekawostka

Grace Lee Whitney nie mogła wydobyć z siebie odpowiedniej reakcji na próbę gwałtu dokonaną przez złą wersję kapitana Kirka. Shatner znalazł proste rozwiązanie jej problemu: uderzył ją w twarz, by wywołać naturalną reakcję aktorki.

Spock i McCoy wyjaśniają o czym jest odcinek

Spock mówi: „I czym jest to, co sprawia, że dana osoba jest wyjątkowym liderem? Widzimy tutaj indykacje, że to jej negatywna strona daje jej siłę, że jej zła strona, jeśli wolisz, odpowiednio kontrolowana i zdyscyplinowana jest nieoceniona dla tej siły”.

McCoy dodaje: „Wszyscy mamy naszą mroczną stronę. Potrzebujemy jej! To połowa tego, czym jesteśmy. Nie jest ona tak naprawdę brzydka. Jest ludzka”.

Kuriozalna kwestia Spocka na zakończenie (Turn on SPOILER ALERT, Mr. Sulu!)

Na zakończenie odcinka Spock pyta Janice Rand: „Impostor miał pewne interesujące wartości, nieprawdaż podoficer?”.

Oddajmy głos Grace Lee Whitney (aktorce odgrywającej rolę Janice Rand): „Nie mogę sobie wyobrazić bardziej okrutnego i nieczułego komentarza, jaki człowiek (czy Vulkanin) mógłby powiedzieć kobiecie, którą przed chwilą napastowano seksualnie! Wciąż jednak istnieją mężczyźni, którzy naprawdę myślą, że kobiety chcą być zgwałcone. […] Pan Spock sugeruje, że podoficer Rand cieszyła się z powodu gwałtu i uważała złego Kirka za atrakcyjnego!”.



Choć piąty, to pierwszy

STAR TREK
The Man Trap
sezon 1., odcinek 5.

Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz:
George Clayton Johnson
Data pierwszej emisji: 08.09.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
Jeanne Bal – Nancy Crater (wersja 1. i 2.)
Alfred Ryder (gościnnie) – Robert Crater
Grace Lee Whitney – Janice Rand
George Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
Bruce Watson – Green
Michael Zaslow – Darnell
Vince Howard – załogant
Francine Pyne – Nancy Crater (wersja 3.)

[caption id="attachment_6594" align="aligncenter" width="694"] Pierwsze ujęcie mostka Enterprise'a pokazane w telewizji.[/caption][caption id="attachment_6598" align="aligncenter" width="694"] Pierwsza nieznana planeta pokazana widzom Star Treka.[/caption]

The Man Trap jest pierwszym wyemitowanym w telewizji odcinkiem w historii Star Treka. To czyni go również pierwszym Star Trekiem w ogóle zaprezentowanym szerokiej widowni, nie licząc pokazu Where No Man Has Gone Before, wyświetlonego na konwencie miłośników fantastyki naukowej 4 września 1966 roku, cztery dni przed premierą serialu w telewizji (wtedy też pokazano czarno-białą kopię The Cage). Pierwszymi postaciami z głównego rdzenia załogi, jakie zobaczyli widzowie w otwierającym odcinek ujęciu, byli Spock i Uhura.

Dlaczego ten właśnie odcinek, a nie inne z już zrealizowanych, wybrano na początek? Where No Man Has Gone Before został uznany za zbyt ekspozycyjny, jak na pierwsze spotkanie z serialem. The Corbomite Maneuver nie posiada scen akcji i niemal w całości rozgrywa się na pokładzie statku Enterprise, co zdyskwalifikowało go w oczach stacji. Charlie X nie dość, że także rozgrywał się tylko na pokładzie, to na dodatek dotyczył problemów nastolatków. Mudd's Women wciąż unikano z powodu pokazania międzygwiezdnego alfonsa. Ostatecznie naprzeciw siebie stanęły do rywalizacji dwa odcinki: The Naked Time oraz The Man Trap. Wybrano ten drugi, gdyż:

- posiada potwora, który wzbudzi u widzów dreszcz emocji, a być może i strachu;
- nie ma skomplikowanej fabuły;
- pokazane są w nim „dziwne, nowe światy”.

Ciekawostką jest fakt, że w mniemaniu samych twórców i aktorów, The Man Trap był najgorszym z dostępnych wtedy odcinków.

[caption id="attachment_6595" align="aligncenter" width="694"] Nancy #1[/caption][caption id="attachment_6596" align="aligncenter" width="694"] Nancy #2[/caption][caption id="attachment_6597" align="aligncenter" width="694"] Nancy #3[/caption]

Recenzja

W piątym już odcinku Star Treka serial wykonuje kolejną woltę i kieruje się w stronę bardziej typowego kina science-fiction, z wyraźnym, potwornym antagonistą, kryminalną u rdzenia zagadką oraz przedstawieniem codziennego życia załogi Enterprise'a. Pod wieloma względami The Man Trap stanowi więc niepowtarzalną okazję do poznania serii z nieco innej, bardziej zachowawczej niż zwykle, perspektywy.

Scenariusz zabiera nas początkowo w kolejną „rutynową” misję. Kirk, McCoy i członek ochrony (słynni redshirts, których zwykle spotyka nader nieprzyjemny los) teleportują się na placówkę badawczą, gdzie mieszkają tylko dwie osoby: profesor Crater i jego żona, dawna miłość McCoy'a, Nancy. Celem wizyty jest sprawdzenie stanu zdrowia naukowców i uzupełnienie ich zapasów. Gdy jednak pojawia się pani Crater, dochodzi do nader dziwnego zdarzenia. Każdy z członków załogi widzi inną wersję jej osoby: młodą Nancy, Nancy w średnim wieku oraz blondwłosą dziewczynę. Na tym bynajmniej tajemnicze zdarzenia się nie kończą. Nie mija bowiem wiele czasu, nim profesor Crater próbuje przegnać Kirka z planety, żądając przy tym uzupełnienia zapasów solnych tabletek. Odlot nie wchodzi jednak w rachubę, szczególnie, że członek ochrony ginie w zagadkowych okolicznościach. Jedynym świadkiem zgonu jest Nancy, podejrzewaną przyczyną śmierci jest zatrucie, a niewyjaśnionym elementem układanki – zagadkowe plamy na twarzy zmarłego.

Choć na taki się zapowiada, to główny wątek fabularny odcinka nie jest wielce zajmujący. Na szczęście został on świetnie wykorzystany do stworzenia obudowy w postaci licznych scen w różnych miejscach Enterprise'a, pozwalających obejrzeć nam działanie statku gwiezdnego w odmiennym niż zwykle świetle. W jednej z sekwencji scen, zmiennokształtny (jak pewnie czytelnik zdążył się już domyśleć) intruz, kluczy po pokładach statku, pozwalając nam zwiedzić jego wnętrza. Na każdym korytarzu członkowie załogi pracują pochyleni nad różnymi przyrządami, schodzą z drabin w ubraniach ochronnych, komentują przedstawicielki płci pięknej, słowem – otrzymujemy krajobraz statku tętniącego życiem w każdym miejscu. Nawet gdy kapitan idzie korytarzem, załoganci przechodzą obok niego lub wykonują różnorakie czynności. Wielka szkoda, że - nie licząc odcinka Charlie X - podobne sceny są rzadkością w serialu. Dodają one kolorytu, budują ogólny nastrój realizmu i sprawiają, że czujemy, iż ponad czterysta osób na pokładzie naprawdę coś robi, a nie stanowi tylko bezimienny tłum. Według mnie te sceny, bardziej niż jakiekolwiek inne, są najlepszym wytłumaczeniem wybrania odcinka na pierwsze spotkanie z serialem.

[caption id="attachment_6599" align="aligncenter" width="694"] Co prawda redshirts jeszcze nie mają czerwonych uniformów, ale już giną.[/caption][caption id="attachment_6600" align="aligncenter" width="694"] Uhurze nie udało się wciągnąć Spocka w pogawędkę.[/caption][caption id="attachment_6601" align="aligncenter" width="694"] Życie na pokładzie Enterprise'a #1[/caption]

Kolejną ogromną zaletą jest fakt, że każdy z głównego rdzenia postaci ma tutaj swoje 5 minut. Oczywiście jak zawsze najwięcej ekranowego czasu otrzymują Kirk, Spock i McCoy, lecz tym razem zobaczymy m.in. jak Uhura wdaje się w dialog ze Spockiem, w którym spróbuje nawiązać przygodną konwersację, co kończy się porażką wobec logicznego umysłu Vulkanina. Nawet gdy oficer komunikacyjna przekazuje informacje kapitanowi, robi to podczas zbliżenia na jej twarz, co jest dość rzadkim sposobem pokazywania jej osoby w serialu. Pojawia się również scena, gdy Janice Rand przechodzi przez kolejne pokłady z obiadem, wywołując komentarze męskiej części załogi. Spotkamy także pana Sulu, który ze smakiem spożywa swój posiłek w otoczeniu pozaziemskiej flory. Tego typu sceny również niemal całkowicie znikną w przyszłości, co, ponownie, stanowi niepowetowaną stratę.

Warto także zwrócić uwagę na reakcje kapitana Kirka na zmarłego oficera. Kirk jest naprawdę zdenerwowany i zdeterminowany, by odnaleźć przyczynę śmierci, ze złością reaguje na jakiekolwiek, choćby najmniejsze nawet, odejście przez kogokolwiek od wyznaczonego zadania, co powoduje w odcinku małe spięcie na linii Kirk - McCoy. Pokazuje to, że kapitan naprawdę przejmuje się każdym członkiem swojej załogi, co jest szczególnie istotne w kontekście wszystkich innych zgonów, jakie będą miały miejsce w przyszłości. Oczywiście, musimy czekać do czasów serialu Star Trek: Deep Space Nine, nim obejrzymy odcinek w całości niemal poświęcony reakcjom na śmierci ludzi służących swemu dowódcy – w tym przypadku będzie nim Benjamin Sisko – lecz The Man Trap w krótkich, lecz efektywnych scenach, potrafi uchwycić całkiem sporą paletę emocji kapitana.

Główna oś fabularna oscyluje wokół tajemniczych śmierci oraz zmiennokształtnego intruza, którego zabójcze skłonności oraz umiejętności wykraczające poza ludzkie, czynią z niego potężnego adwersarza, zachowującego się jednak nieco nielogicznie. Nie wykorzystuje w pełni swych sporych zdolności nawet wtedy, gdy ma ku temu sposobność. Intrygujący jest za to jego wygląd, który zaprezentowany zostanie nam w finale odcinka. Pomieszanie potworności ze smutkiem doskonale uzupełnia lejtmotyw The Man Trap. Niestety, w finale rażą nieco nad-ekspresyjne zachowania aktorów, które momentami ocierają się o granicę niezamierzonej śmieszności.

[caption id="attachment_6602" align="aligncenter" width="694"] Życie na pokładzie Enterprise'a #2[/caption][caption id="attachment_6603" align="aligncenter" width="694"] "He's dead, Jim."[/caption][caption id="attachment_6604" align="aligncenter" width="694"] Potwór.[/caption]

Ostatecznym wynikiem jest fantastyczny odcinek w klasycznym stylu, który bazuje na wątkach kryminalnym i grozy, stanowiąc intrygujące, nawet mimo kilku potknięć, spotkanie z załogą badającą nieznane światy i kreatury. Pod wieloma względami jest to także odcinek wyjątkowy na tle innych zrealizowanych w oryginalnym serialu. Ponadto...

...w The Man Trap...

… dowiadujemy się, że Vulcan nie posiada księżyców.

Problemy, problemy...

McCoy musi w The Man Trap zmierzyć się z odwiecznym problemem: czy jesteś w stanie walczyć przeciw czemuś, co wygląda jak miłość twojego życia? Bones nie ma łatwo, gdyż w jego przypadku wybór jest brutalnie prosty: albo zginie Kirk, albo wyglądający jak Nancy stwór. Tym samym na jaw wychodzi, że czasami stare uczucia trzeba pozostawić za sobą, by móc normalnie żyć. W przeciwnym wypadku zniszczą nie tylko nas samych, lecz mogą też zagrozić ludziom wokół nas. McCoyowi udaje się podjąć właściwą decyzję, w przeciwieństwie do profesora Cratera, którego niemożliwość pogodzenia się ze śmiercią ukochanej sprawia, że zatraca się w złudzeniu, które ostatecznie pozbawia go życia.

Odcinek stawia też inne pytanie: czy można zabić ostatniego przedstawiciela swojego gatunku? Szczególnie jeśli jest to gatunek inteligentny? Ten wątek zostaje poprowadzony gorzej od wzmiankowanego wyżej. Po pierwsze, inteligencja stwora nie sprawia, że potrafi on pohamować swój głód i wejść na drogę negocjacji, czy spróbować innego pokojowego rozwiązania, co sprowadza na niego wrogość innych. Scenariusz nie udziela pokojowego wyjścia nikomu ze zgromadzonych na pokładzie, niezależnie od ich intencji. Jest to nielogiczność fabularna, gdyż momentami istota wykazuje się dużą pomysłowością i oratorskimi zdolnościami, które zawsze prędzej czy później zanikają i kreatura ponownie zwraca się w stronę prymitywizmu i zabijania w poszukiwaniu pożywienia.




8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 4.: We have taken aboard an unusual passenger

STAR TREK
The Naked Time
sezon 1., odcinek 6.

Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: John D. F. Black
Data pierwszej emisji: 29.09.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
George Takei – Hikaru Sulu
Steward Moss – Joe Tomolen
Majel Barrett – Christine Chapel
Bruce Hyde – Kevin Riley
Nichelle Nichols – Uhura
Grace Lee Whitney – Janice Rand

Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku kosmicznego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy, poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

[caption id="attachment_7144" align="aligncenter" width="694"] Futurystyczne stroje kosmonautów pozostawiają nieco do życzenia pod względem logiki[/caption][caption id="attachment_7135" align="aligncenter" width="694"] Pan Sulu atakuje![/caption][caption id="attachment_7136" align="aligncenter" width="694"] Hmm...[/caption]

Dzisiaj zaczniemy od recenzji

Psi 2000 – mroźna planeta, która niebawem przestanie istnieć, wzbudziła zainteresowanie naukowe Zjednoczonej Federacji Planet. W celu rejestracji rzadkiego fenomenu kosmicznego wysłano statek gwiezdny Enterprise pod dowództwem kapitana Jamesa T. Kirka. Przed dezintegracją Psi 2000 musi on także odebrać z powierzchni planety przebywającą tam ekipę naukową. Misja przybiera zgoła nieoczekiwanego obrotu spraw, gdy Spock i inny załogant odnajdują martwe ciała badaczy. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że przed śmiercią zachowywali się zupełnie irracjonalnie, jakby wszystkich dotknęło jakieś niewytłumaczalne szaleństwo...

The Naked Time wprowadza do serialu kolejny klasyczny schemat fabularny, będący pod pewnymi względami rozwinięciem pomysłu z The Enemy Within. Polega on na tym, iż jeden lub wielu członków załogi zaczyna popadać w obłęd, który sprawia, że na powierzchnię wypływają poddane represji emocje i marzenia. Jak łatwo się domyśleć, cokolwiek spowodowało śmierć naukowców, zagraża teraz Enterprise'owi, toteż Kirk i jego towarzysze pokażą się tu z innej niż zwykle strony. Niebezpieczeństwo jakiemu stawiają czoła jest jednak podwójne: statek gwiezdny znajduje się bowiem na orbicie umierającej planety, której pole magnetyczne może okazać się niszczycielskie, jeśli wszyscy oficerowie nie będą pracować na maksimum swoich umiejętności.

Choć emocjonalne rozstrojenie wkrada się w szeregi kosmicznych podróżników powoli, to twórcom udaje się zbudować udany nastrój groteski dość wcześnie. Jednakże w pełni objawi się on w późniejszych partiach, gdy Sulu będzie biegał po korytarzach Enterprise'a wymachując szpadą, gdy głos fałszującego Irlandczyka będzie nieprzerwanie rozbrzmiewał przez interkom, gdy co chwila ktoś będzie wybuchał panicznym śmiechem, a na ścianach wypisane będą hasła „kochaj ludzkość” czy „żałuj za grzechy”. Odcinek angażuje widza, wprowadzając go w spiralę absurdu i choć nigdy nie zdominuje ona historii w pełni, to nie ma wielu epizodów w historii Star Treka, które zbliżyłyby się do poziomu groteski z The Naked Time. Szkoda tylko, że przegapiono szansę, by lepiej zgłębić psychologiczne zakamarki umysłów Uhury oraz McCoya, którzy w niewyjaśniony sposób zachowali stabilność psychiczną przez cały odcinek.

[caption id="attachment_7137" align="aligncenter" width="694"] Kirk walczy z samotnością[/caption][caption id="attachment_7138" align="aligncenter" width="694"] Emocje Spocka wychodzą na powierzchnię[/caption][caption id="attachment_7139" align="aligncenter" width="694"] Uhurze żaden wirus nie straszny[/caption]

Zajrzymy za to odrobinę w dusze Kirka i Spocka. Kapitan, jak się okazuje, cierpi skrycie z powodu wymogów, które narzuca mu jego funkcja. Piastując tak istotne stanowisko nie może sobie pozwolić na związanie się z drugą osobą, przez co musi pozostać wiecznie samotny. Uczucie straty miłosnej strony życia wynurzyło się oczywiście dzięki działaniu kosmicznego wirusa. Wpłynął on także na Spocka, okazującego się być więźniem vulkańskiego wychowania. Nigdy nie wolno mu zdradzić żadnej emocji, nigdy nie wolno mu było powiedzieć swojej matce, że ją kocha. Obaj będą musieli przezwyciężyć bolesne traumy, co oczywiście uczynią, dzięki wzajemnej pomocy. Tym samym w The Naked Time, bardziej niż w wielu innych odcinkach, akcentuje się wielką przyjaźń między Kirkiem i Spockiem, co wiąże się z chwilowym odsunięciem McCoya na dalszy plan.

Jest to również odcinek, który robi przyzwoity użytek z pozostałych członków załogi. Choć pozostają wiecznie na drugim planie, to Uhura, Sulu i Scott przeżywają chwile, z których zapamiętamy ich na długi czas. Ponadto wszystkie postacie prezentują tu sporą gamę emocji, nie pozostając tylko bezbarwnym tłem dla rozgrywającej się akcji. Na uwagę zasługuje też dodanie kilku scen na korytarzach Enterprise'a oraz w stołówce, pomagających utrzymać wrażenie tętniącego życiem statku, które wprowadził wcześniej odcinek The Man Trap. Nie można przy tym pominąć kolejnego debiutu wśród załogi. Siostra Christine Chapel pojawia się tutaj po raz pierwszy, pomagając McCoyowi w ambulatorium. Zarażona wirusem, zatraca się w miłości do Spocka, uczuciu, które niezbyt udanie będzie skrywać w przyszłych odcinkach. W postać wcieliła się Majel Barret, żona Gene'a Roddenberry'ego. Wcześniej aktorka pojawiła się w roli pierwszego oficera Enterprise'a pod dowództwem kapitana Pike'a w The Cage. Chapel co prawda nigdy nie wejdzie do głównego kanonu postaci serialu, lecz zapisze się w historii Star Treka, nawet mocniej niż Janice Rand.

Wynik, jakim jest The Naked Time, to jeden z ciekawszych epizodów Star Treka, choć zdecydowanie nie wykorzystujący w pełni tkwiącego w pomyśle wyjściowym potencjału. Nie udało mu się również dokonać zbyt istotnych komentarzy jakiejkolwiek natury, zdołał on za to, w przyjemnie absurdalnym anturażu, zawrzeć fantastykę i humor, jednocześnie dodając odrobinę głębi postaciom Kirka i Spocka oraz kilku dodatkowych informacji na temat fizjonomii Vulkan.

[caption id="attachment_7140" align="aligncenter" width="694"] Siostra Chapel wyznaje Spockowi miłość[/caption][caption id="attachment_7141" align="aligncenter" width="694"] Stołówka Enterprise'a[/caption][caption id="attachment_7142" align="aligncenter" width="694"] W pokoju rekreacyjnym[/caption]

Behind the scenes

Odcinek kończy się zaskakującym efektem ubocznym ucieczki Enterprise'a przed zniszczeniem. Umykając przed destrukcyjnym działaniem konającej planety Kirk, Spock i reszta załogi wykonują nowatorski manewr o nieprzewidzianych skutkach: cofnięciu w czasie o trzy dni. Pierwotnie miało to najprawdopodobniej prowadzić bezpośrednio do wydarzeń z odcinka Tomorrow is Yesterday, w którym dochodzi do podróży temporalnej w celu naprawienia niepożądanych zmian w kontinuum czasowym. Ostatecznie jednak z pomysłu zrezygnowano i odcinek kończy się sugestią Spocka, aby niespodziewany rezultat wykorzystać w badaniach historycznych, na co Kirk odpowiada, że być może kiedyś tak zrobią. Tym samym The Naked Time nie jest bezpośrednio związany fabularnie z żadnym innym epizodem; warto jednak pamiętać, iż to w nim właśnie mamy do czynienia z pierwszą podróżą w czasie w historii serialu, otwierającą drzwi do wszystkich późniejszych.

Nie wiadomo do końca, kto finalnie zadecydował o powyższych zmianach w fabule, wiadomo jednak, że Gene Roddenberry zmodyfikował scenariusz Blacka bez poinformowania scenarzysty o dokonanych poprawkach, czym rozwścieczył autora oryginału. Mimo to Black uznaje ten odcinek za swój ulubiony. Tak samo zresztą ocenia go George Takei, odtwórca roli Hikaru Sulu, który mocno trenował, by jego sceny szermiercze wypadły udanie. Specjalnie do nich ćwiczył mięśnie klatki piersiowej i brzucha, by dobrze wypaść nago od pasa w górę.

Kolejną ciekawostką jest fakt, że oryginalnie w odcinku nie miało być sceny, w której Spock wybucha płaczem. Zamiast niej obecny był kolejny humorystyczny moment, w którym jeden z oszalałych załogantów maluje Spockowi wąsy. Leonard Nimoy, odtwórca roli Spocka, domagał się jednak głębszej emocjonalnie sceny dla swojej postaci. Sam wpadł na pomysł, by zestawić dwie połowy (ludzką i vulkańską) Spocka, tak by lepiej zaprezentować wewnętrzne troski permanentnie dręczące półkosmitę. Jako że produkcja odcinka przeciągnęła się w czasie, Nimoy zagrał tę scenę według własnego pomysłu, bez scenariusza.

Na koniec warto wspomnieć, że odcinek został nominowany do nagrody Hugo w 1967 roku w kategorii Najlepsza Dramatyczna Prezentacja.



STAR TREK
Charlie X
odcinek 7., sezon 1.

Reżyseria: Lawrence Dobkin
Scenariusz: D. C. Fontana na podstawie pomysłu Gene'a Roddenberry'ego
Data pierwszej emisji: 15.09.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Robert Walker (gościnnie) – Charles Evans
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Grace Lee Whitney – Janice Rand
Nichelle Nichols – Uhura
Charles J. Stewart – kapitan Ramart
Dallas Mitchell – Tom Nellis
Patricia McNulty – Tina Lawton
a także Abraham Sofaer jako Thasianin

[caption id="attachment_7145" align="aligncenter" width="694"] Charlie przejmuje kontrolę[/caption]

Tragedia dorastania

„Dzień, w którym Charlie został bogiem” – tak brzmiało zapisane przez Gene'a Roddenberry'ego zdanie, mające na celu opisanie pomysłu na nowy odcinek Star Treka. Z tego jednego zdania powstał tekst D. C. Fontany, jednej z czołowych scenarzystek serii, podpisany tytułem Charlie X i prezentujący kolejny fabularny pomysł na serial, choć tym razem oparty częściowo o ten znany z Where No Man Has Gone Before.

Nie można chyba wyobrazić sobie mniej skomplikowanej misji dla kapitana Kirka i jego załogi niż odeskortowanie siedemnastoletniego chłopca na ziemską kolonię. Nawet fakt, że chłopak samotnie przeżył 14 lat na bezludnej planecie nie powinien nastręczać wielu trudności, wszak nie można zarzucić oficerom Gwiezdnej Floty braku umiejętności wychowawczych. Pierwsze kontakty z ludźmi i tak jednak wprawiają chłopaka w skonfundowanie. Nie wie, jak się zachować, buzują w nim hormony, zakochuje się w podoficer Rand, nienawidzi, gdy ktoś nie traktuje go poważnie, chce wszystkiego natychmiast i nie uznaje „nie” za odpowiedź. Byłby typowym nastolatkiem, któremu zabrakło dobrego wychowania, gdyby nie jeden fakt: jego myśli stają się rzeczywistością, a jego kontrola nad nadnaturalnymi zdolnościami wciąż rośnie. Enterprise szybko staje się więc zdany na łaskę bądź niełaskę kapryśnego nastolatka.

Wykorzystany tu pomysł wyjściowy – zetknięcie z istotą bądź przekształconym człowiekiem, posiadającym niemal nieograniczone możliwości – jest jednym z najczęściej wykorzystywanych w historii Star Treka, szczególnie obecny w dwóch pierwszych serialach. Tutaj została ona wzbogacona motywem dorastania, który był wyjątkowo atrakcyjny dla młodszej części widowni serialu. Charles Evans przeżywa tu swoją pierwszą miłość, swoje pierwsze zawody oraz rozczarowania. Kirk w tym kontekście staje się substytutem figury ojcowskiej, lecz posiadane przez nastolatka zdolności sprawiają, że brak mu cierpliwości, jak i chęci poddania się czysto ludzkim ograniczeniom, więc wszelkie autorytety stopniowo tracą dla niego na wartości. Tym bardziej, że brak mu podstawowego wychowania, co pozbawiło go szacunku i zrozumienia dla ludzkiego życia.

[caption id="attachment_7147" align="aligncenter" width="694"] Charlie spacerując po statku spotyka wielu zajętych pracą załogantów[/caption][caption id="attachment_7148" align="aligncenter" width="694"] Spock grający na lirze[/caption][caption id="attachment_7149" align="aligncenter" width="694"] Spock i Uhura w duecie[/caption]

Odcinek doskonale wprowadza nastrój zagrożenia, udanie stopniując napięcie. Na początku poznajemy ciekawego świata chłopaka, jednak dziwne zachowanie kapitana, który przekazuje go Enterprise'owi, każe nam oczekiwać czegoś więcej. Podejrzenia zaczynają się rozmywać, gdy Charlie X przeobraża się w humorystyczną opowieść o próbie odnalezienia swojego miejsca w życiu, uzupełnioną klasycznymi przekomarzankami Spocka i McCoya. Wtedy też mamy kolejną okazję podziwiać załogę statku przy pracy. W różnych miejscach Enterprise'a każdy wykonuje jakieś zadanie czy kontynuuje naprawy. Życiem tętni także pokój do rekreacji. Załoganci prowadzą liczne konwersacje, Spock gra na lirze, Uhura śpiewa (dzięki czemu Nichelle Nichols może się pochwalić w tym odcinku swymi umiejętnościami wokalnymi). Tego typu sceny, choć marginalnie istotne w kontekście fabuły epizodu, są bardzo cenne w kontekście całości serialu, budując jego atmosferę oraz formując relacje między członkami załogi. Szczególnie zapada w pamięć chwila, w której Uhura śpiewa, a Spock akompaniuje jej na lirze. Jest to równocześnie scena pokazująca obecną wtedy jeszcze pewną niekonsekwencję w charakterze Vulkanina. Wyraźnie widać w niej jego początkowe poirytowanie, gdy Uhura przyłącza się do jego gry, oraz późniejsze zadowolenie, gdy okazuje się, że tworzą zgrany muzycznie duet.

Na wielką pochwałę zasługuje również Robert Walker, który wcielił się w postać Charliego. Stworzył świetną kreację aktorską, pokazując postać na zmianę zagubioną, śmieszną, irytującą, skrajnie niebezpieczną i wzbudzającą uczucie smutku. W kontekście tego ostatniego wypada też pochwalić zakończenie odcinka, pozbawione finalnego dialogu, który zwykle w humorystyczny sposób puentuje wydarzenia danego epizodu, czasem niestety osłabiając jego wydźwięk. Charlie X jest jednym z przykładów pominięcia tego swoistego epilogu, co wyszło tylko z korzyścią dla odcinka, kończącego się na raczej ponurą nutę.

Niestety, nie można w pełni pochwalić rozwiązania głównej osi fabularnej. Zmagania z potężnym nastolatkiem kończą się poprzez skorzystanie z deus ex machina, które nie tylko wymusza przywrócenie status quo do serialu, lecz odsuwa też moralnie ambiwalentne kwestie, jakie musiałaby rozważyć załoga Enterprise'a, gdyby rywalizacja z Charliem nie napotkała zaprezentowanego w odcinku finału. Z drugiej jednak strony można stwierdzić, że moralnie ambiwalentne kwestie zetknięcia się z tak mocarną istotą zostały już poruszone w Where No Man Has Gone Before.

[caption id="attachment_7150" align="aligncenter" width="694"] Charlie nie chce opuścić statku[/caption][caption id="attachment_7151" align="aligncenter" width="694"] Ofiara Charliego[/caption][caption id="attachment_7153" align="aligncenter" width="694"] Kapitan Kirk (bo dzisiaj było z nim mało kadrów)[/caption]

Na koniec umieszczę jeszcze jedną pochwałę dla autorki scenariusza, która wykazała się pomysłowością w prezentowaniu umiejętności Evansa, pozwalając zaprezentować je w intrygujący, a przy tym nie wymagający wielkich nakładów finansowych sposób. Jednym z lepiej rozpoznawalnych momentów jest ten, w którym Charlie pozbawia jedną z załogantek twarzy, co świetnie wiąże się z nieco surrealnym wrażeniem, jakie częstokroć utrzymuje się pod wierzchnią warstwą Star Treka.

„He's a boy in a man's body, trying to be an adult with the adolescence in him getting in the way."

Sądzę, że powyższa recenzja jasno wskazała, o czym traktuje niniejszy odcinek. Problemy z dorastaniem, konieczność uświadomienia sobie, że „w galaktyce istnieje milion rzeczy, które możesz mieć i milion, których nie możesz” okazuje się często wyjątkowo trudna, lecz bez niej nie jesteśmy w stanie prowadzić normalnego życia i koegzystować w społeczeństwie. Co więcej, zbytnia chciwość, naiwność i pośpiech prowadzą tylko do cierpienia. Charlie X wygrywa motyw dziecięcego marzenia, które sugeruje, że moc pozwalająca na spełnianie zachcianek może uszczęśliwić jej właściciela. Pojawia się jednak niemożliwy do uniknięcia impas, który pokazuje, że nawet taka moc nie potrafi zapewnić radości. Niezależnie od tego, co potrafimy zrobić, nie da się sprawić, by ludzie czy sam wszechświat zawsze reagowali tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Pozostaje jedynie nauczenie się tej niełatwej prawdy i spędzenie życia w zgodzie z nią.

Spock a dojrzewanie

Przed zamknięciem dzisiejszego rozdziału Pocztówek z ostatecznej granicy, chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Otóż Spock, jako osoba rozdarta między dwoma światami, nie będąca w pełni ani Ziemianinem, ani Vulkaninem, wciąż szuka swojego miejsca we wszechświecie i uczy się zasad panujących w obu kulturach. Sam musi domyślać się, kiedy sytuacja wymaga zimnej logiki, a kiedy ludzkiego odruchu. Co więcej, uczy się zachowania innych, by wiedzieć, co postępowanie danej osoby oznacza w danym kontekście oraz by samemu zachować się odpowiednio i uniknąć popełnienia faux pas, wynikającego z niewiedzy i nieznajomości światów wokół siebie. Łatwo więc przewidzieć, że młodzi widzowie Star Treka, dopiero uczący się przebywania w życiu, w osobie Spocka mogli dojrzeć analogię wobec siebie samych, i to może nawet bardziej niż w przypadku postaci Charliego. Poświadczył to zresztą w jednym z wywiadów wcielający się w Spocka Leonard Nimoy. Młodzi ludzie prędko zaczęli identyfikować się ze Spockiem, a odcinki takie jak The Balance of Terror czy The Naked Time tylko dodały do rozdarcia i statusu outsidera pół-Vulkanina. Taki wizerunek, niezmienny już do końca jego obecności w seriach i filmach z uniwersum Star Treka, ugruntował jego pozycję jako jednego z najsłynniejszych i najbardziej kultowych bohaterów fikcyjnych w historii popkultury.




8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 5.: Leave any bigotry in your quarters. There's no room for it on the bridge.

STAR TREK
Balance of Terror
sezon 1, odcinek 8

Reżyseria: Vincent McEveety
Scenariusz: Paul Schneider; inspirowany filmem Podwodny wróg (The Enemy Below, Dick Powell, 1957).
Data pierwszej emisji: 15.12.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Mark Lenard – Romulański dowódca
Paul Comi – Stiles
Lawrence Montaine – Decius
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Goerge Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
Barbara Baldavin – Angela Martine
Grace Lee Whitney – Janice Rand
Stephen Mines – Robert Tomlinson
Garry Walberg – Hansen

Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy, poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.



[caption id="attachment_7555" align="aligncenter" width="1024"] Strefa Neutralna zostaje po raz pierwszy przywołana w Star Treku.[/caption][caption id="attachment_7556" align="aligncenter" width="1024"] Uhura wykrywa sygnał wrogiego statku.[/caption]

Nowe ze starego

Do tej pory Star Trek przedstawiał zetknięcia załogi z różnorakimi zagrożeniami, które nie miały ze sobą żadnego związku. Przy tworzeniu ósmego odcinka twórcy zaczęli się jednak zastanawiać, czy nie byłoby dobrym pomysłem wprowadzenie postaci bądź rasy, która stałaby się przeciwnikiem dla Kirka i jego podwładnych na czas dłuższy niż jednoodcinkowe spotkanie. Stworzenie wyrazistych antagonistów miało nie tylko na celu rozbudowanie uniwersum, lecz także pozytywnie wpłynąć na zainteresowanie widzów, w których chciano rozbudzić pragnienie kontynuowania oglądania  serialu. Antagoniści w zamyśle mieli być nie tylko potężni, lecz też stanowić postaci pełnowartościowe, niepozbawione cech pozytywnych, co miało ustrzec je przed niepożądaną karykaturalnością. Widz miał uwierzyć, że są to osoby, które naprawdę mogą równać się zmysłem strategicznym z kapitanem Kirkiem, inteligencją z załogą Enterprise'a oraz poziomem technologicznym z Federacją Zjednoczonych Planet. Tak też Paul Schneider podczas pisania scenariusza do Balance of Terror wpadł na pomysł stworzenia Romulan – dalekich krewnych Vulkan, którzy zamiast logiki, obrali za drogę życia militaryzm. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Od tej pory Romulanie będą jednymi z dwóch głównych przeciwników Zjednoczonej Federacji Planet, z którymi zetkną się wszystkie załogi z serialów Star Treka (za wyjątkiem – przynajmniej na razie – załogi Discovery). Inspiracją scenarzysty było, na co wyraźnie wskazuje nazwa, Imperium Romańskie, którym zafascynowany był syn scenarzysty. Schneider zadał sobie pytanie: co by było, gdyby Romanie rozwijali się niezmiennie w oparciu o te same zasady, z jakimi ich kojarzymy, aż do czasów kosmicznych podbojów? Sekretne Imperium Romulańskie jest jego odpowiedzią na to pytanie.

Aby dodatkowo wzmocnić antagonizmy między załogami i rasami, Schneider wprowadził do scenariusza dialogi jednoznacznie wskazujące, że Romulanie są wrogami Federacji już od ponad stu lat. Wtedy też miała miejsce wyniszczająca wojna między dwoma mocarstwami. Jej wynikiem było m.in. ustanowienie w kosmosie tzw. Strefy Neutralnej. Strona, która wkroczy na jej terytorium będzie ryzykowała ponownym wybuchem zbrojnego konfliktu. Ten prosty zabieg fabularny nie tylko sprawił, że widz czuje, że walka toczy się o naprawdę wysoką stawkę, lecz również uzupełnia historię całego uniwersum Star Treka.

Inspiracje Schneidera nie skończyły się jednak na Romańskim imperium. Scenariusz odcinka jest bowiem swoistym remakem filmu Podwodny wróg (1957, Dick Powell). Ta klasyczna produkcja opowiada o starciu statku z łodzią podwodną. Choć fabuła uległa w Balance of Terror oczywistym modyfikacjom, to zależności między pojazdami i ich dowódcami pozostały niemal te same. Enterprise zajął miejsce statku, a romulański pojazd łodzi podwodnej. Prawdopodobnie Schneider przy przygotowywaniu taktycznej rywalizacji dwóch dowódców inspirował się również filmem Dramat w głębinach (Robert Wise, 1958); kilka strategicznych rozwiązań użytych przez romulańskiego dowódcę wydaje się bowiem pochodzić z produkcji Wise'a.

[caption id="attachment_7557" align="aligncenter" width="1024"] Kapitan Kirk prowadzi ceremonię ślubną na pokładzie Enterprise'a.[/caption][caption id="attachment_7558" align="aligncenter" width="1024"] Emocje sięgają zenitu, Stiles podejrzewa o atak Romulan.[/caption][caption id="attachment_7559" align="aligncenter" width="1024"] Korzystając z informacji Uhury Spock jest w stanie nawiązać kontakt z agresorem.[/caption]

Danger and I are old companions.

Balance of Terror, jeden z najsłynniejszych odcinków w historii Star Treka, rozpoczyna się scenami ceremonii ślubnej, nastrój radości zostaje jednak nagle przerwany sygnałem czerwonego alarmu. Jak się okazuje doszło do zniszczeń placówek Federacji monitorujących Strefę Neutralną. Do zbadania sprawy został oddelegowany Enterprise. Jako że misja jest bardzo delikatnej natury, wszelkie istotne decyzje kapitan Kirk musi podejmować samodzielnie bez konsultacji z Gwiezdną Flotą w obawie przed możliwością przechwycenia sygnałów komunikacyjnych przez wroga; ponadto w przypadku wykrycia przez Romulan nie może liczyć na żadną pomoc. W trakcie prowadzenia obserwacji bardzo szybko dochodzi do tragicznych wydarzeń. Załoga staje się niemymi świadkami destrukcji jednej z baz federacyjnych. Co gorsza, zniszczenie ma miejsce podczas rozmowy wideo z jej dowódcą, ginącym na oczach bezsilnych oficerów. Badania prowadzone przez Spocka i spostrzeżenia pozostałych załogantów prowadzą do jednego wniosku: Romulanie posiadają niewidzialny dla oczu i niewykrywalny przez radary statek gwiezdny. Sytuacja drastycznie się pogarsza, gdy następuje pierwszy w historii kontakt wzrokowy między dwiema stronami i okazuje się, że Romulanie wyglądają tak samo, jak Vulkanie, dzieląc prawdopodobnie tych samych przodków. Jeden z załogantów, Stiles, którego wielu członków rodziny zginęło przed stu laty w wojnie z Imperium Romulańskim, zaczyna podejrzewać, że Spock jest romulańskim szpiegiem. Jego podejrzenia są tym bardziej niebezpieczne, że wydarzenia wokół zaczynają faktycznie sugerować obecność sabotażysty na pokładzie.

Balance of Terror jest doskonałym przykładem tego, jak zajmujące emocjonalnie mogą być historie nie pochłaniające wielkiego budżetu. W odcinku równocześnie prowadzone są trzy wątki. Głównym jest starcie dwóch statków i dowodzących nimi genialnych strategów: Kirka oraz romulańskiego dowódcy, do którego nabierzemy w trakcie oglądania wiele szacunku, ale którego imienia nigdy nie poznamy. Dwa kolejne wiążą się z wydarzeniami na obu pojazdach. Na Enterprise podejrzenia Stilesa i jego rosnąca ksenofobia, której tak nienawidzi Kirk, stają się przyczyną rosnących napięcia i kłopotów. Tymczasem na statku Romulan, autorytet dowódcy jest wciąż podważany przez młodego, ambitnego i pochodzącego z wpływowej kasty oficera, którego gniew i brak cierpliwości w sposób nieunikniony prowadzą do problemów.

Umieszczenie tych trzech wątków było genialnym posunięciem ze strony Schneidera. Główna oś fabularna trzyma w napięciu poprzez ukazanie wyrównanego pojedynku wielkich umysłów, jednak, zgodnie z ideą Star Treka, odcinek traktuje także o określonej kwestii społecznej. Stąd na pokładzie Enterprise'a pojawia się Stiles, człowiek nienawidzący za dawne zbrodnie, nie potrafiący przebaczyć przeszłym wrogom i noszący w sobie kiełkujące ziarno rasizmu. Wprowadza przez to dysonans w harmonijnym funkcjonowaniu załogi. By zachować równowagę sił, tak by główna oś nadal trzymała w napięciu, Schneider umieszcza podobnej natury spięcia wśród załogi romulańskiej, w ten sposób dając równe szanse obu stronom, a widzowi – teoretycznie przynajmniej – odbiera możliwość łatwego przewidywania wyniku kosmicznego starcia.

[caption id="attachment_7560" align="aligncenter" width="1024"] Romulanie![/caption][caption id="attachment_7561" align="aligncenter" width="1024"] Romulański dowódca na ekranie monitora Enterprise'a.[/caption][caption id="attachment_7562" align="aligncenter" width="1024"] Romulański statek gwiezdny.[/caption]

W tym kontekście nie dziwi, że scenarzyście w sukurs przyszły inspiracje kinem, traktującym o starciach z łodziami podwodnymi. Poprzez skupienie się na zagadnieniach strategicznych oraz ciągłych próbach zmuszenia przeciwnika do popełnienia taktycznego potknięcia widz nie tylko nie odczuwa braku spektakularnych scen akcji w przestrzeni kosmicznej, ale też w ogóle ich nie oczekuje. Uzupełniany wątkiem Stilesa, scenami narad Kirka z głównymi oficerami oraz niespodziewaną sugestią Spocka, by rozpocząć otwarty konflikt z romulańskim wrogiem, odcinek posiada wystarczająco wiele interesujących scen, by skupić uwagę każdego widza, dowodząc, że rozbuchane kosmiczne strzelaniny realizowane w kluczu kina akcji nie są Star Trekowi niezbędne. Warto przy okazji dodać, że – na przykładzie romulańskiego dowódcy – jest pokazane, że osoby z drugiej strony barykady, co należy odczytywać jako analogię do Żelaznej Kurtyny, są takimi samymi ludźmi jak my. I jeśli tylko warunki polityczne byłyby odmienne, nic nie stałoby na przeszkodzie, by Kirk i Romulanin zostali przyjaciółmi.

Niestety, nie obyło się bez kilku drobnych niedociągnięć. Przede wszystkim, by dać podejrzeniom Stilesa więcej furii, zmuszono Spocka do pomyłki podczas reperacji uszkodzonych systemów. Wygląda ona jednak nieprawdopodobnie, tym bardziej, że oczekujemy, iż Vulkanin jako przedstawiciel swojej rasy podstawowych błędów popełniać nie będzie. Na tym etapie istnienia Star Treka jego postać wciąż była jednak dla wielu dość tajemnicza i być może oczekiwano, że widz faktycznie zwątpi w lojalność Spocka, co tylko wzmocni suspens. Jeśli takie było zamierzenie, to zostało ono unicestwione poprzez kolejność emisji odcinków przez telewizję. Balance of Terror wyemitowano dopiero jako 14. odcinek serialu, a już przedtem widzowie obejrzeli podwójną historię The Menagerie, w której lojalność kosmicznego członka załogi Enterprise’a również była poddawana w wątpliwość. O wiele lepszym pomysłem niż zastosowany byłoby zachowanie w odcinku wyciętych scen, które sugerują obecność szpiega na pokładzie i powstrzymanie się przed wprowadzaniem pomyłki Spocka.

Odcinek ucierpiał również nieco z powodu krótkiego czasu trwania. Niespełna 50 minut pozostawia spory niedosyt. Pod koniec dominuje wrażenie, jakby twórcy trochę pospieszali wydarzenia z powodu ograniczonego czasu emisji. Nazbyt proste oraz naiwne rozwiązanie kwestii Stilesa i brak dłuższego starcia z Romulanami szczególnie dają się we znaki. Można powiedzieć, że pod pewnymi względami zadośćuczyniono za ten drugi brak filmem Star Trek II: Gniew Khana (Star Trek II: The Wrath of Khan, Nicholas Meyer, 1982), ale to już zupełnie inna historia.

Na koniec wypada jeszcze pochwalić aktorów. W Balance of Terror ograniczali się oni w kwestii nadmiernej ekspresji, przez co każda postać, prócz oczywiście Stilesa, jest bardzo zrównoważona i zdeterminowana. Wyróżnia się Mark Lenard w roli romulańskiego dowódcy, który stworzył bardzo dobrą kreację, nadającą wrogowi Kirka cech sfrustrowanego geniusza, rozdartego między narodową lojalnością a własnym sumieniem. Dzięki tej roli Lenard stanie się w przyszłości jednym z lepiej rozpoznawalnych aktorów drugiego planu w historii Star Treka, to jednak także jest historia na inną okazję...



STAR TREK
What Are Little Girls Made Of?
sezon 1, odcinek 9

Reżyseria: James Goldstone
Scenariusz: Robert Bloch
Data pierwszej emisji: 20.10.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Michael Strong (gościnnie) – Roger Korby
Majel Barrett – Christine Chapel
Sherry Jackson – Andrea
Ted Cassidy – Ruk
Nichelle Nichols – Uhura
Harry Basch – Brown
Vince Deadrick – Mathews
Budd Albright – Rayburn



[caption id="attachment_7567" align="aligncenter" width="694"] Niebezpieczne zejście do wnętrza planety.[/caption][caption id="attachment_7568" align="aligncenter" width="694"] Ruk jest gotów do zaatakowania.[/caption]

You think I could love a machine?

Przy okazji pierwszego spotkania ze Star Trekiem pisałem, że serial był wyraźnie inspirowany klasykiem fantastyki naukowej w reżyserii Freda Wilcoxa pod tytułem Zakazana planeta (Forbidden Planet, 1956). Podobieństwa między dwoma tytułami do tej pory dotyczyły jednak tylko ramy fabularnej, gdzie ludzie latają własnym statkiem gwiezdnym i odwiedzają obce planety, co otwiera furtkę do dywagacji na temat różnych aspektów człowieczeństwa. Inaczej jest w przypadku epizodu What are Little Girls Made of?. Tym razem podobieństw między dwiema produkcjami jest znacznie więcej. W obu fabułach załoga statku gwiezdnego spotyka wybitnego naukowca, przebywającego na opuszczonej planecie, gdzie odnalazł pozostałości po niegdyś zamieszkującej tam zaawansowanej technologicznie rasie. Obaj naukowcy są przekonani, że czynią dobro, podczas gdy w rzeczywistości ich działania wynikają śmiercią i cierpieniem innych. Ponadto rozkazy/pragnienia obu badaczy zostają opacznie odczytanie przez obrońcę tajemnicy planety, co wynika tragicznymi wydarzeniami. W dodatku główna placówka badawcza, która zostaje zaprezentowana w What are Little Girls Made of?, także znajduje się pod ziemią, a zastosowana paleta kolorów zdaje się nawiązywać do produkcji Wilcoxa. Kolejną analogią między Zakazaną planetą a omawianym odcinkiem jest fakt, że obaj naukowcy zajmują się tworzeniem mechanicznych form życia. O ile jednak Morbius u Wilcoxa swojego robota zrobił „mimochodem”, gdyż był mu potrzebną pomocą w pracy, o tyle umysł Rogera Korby'ego ze Star Treka jest prymarnie zawładnięty myślą tworzenia kolejnych androidów, jawiących mu się jako osiągnięcie nieśmiertelności.

Fabuła What are Little Girls Made of? kojarzy się także z piątym odcinkiem serialu, zatytułowanym The Man Trap, z powodu wprowadzenia postaci samotnego naukowca, przebywającego w ruinach niegdyś prężnie rozwijającej się cywilizacji i stykającego się z groźną istotą, którą wydaje mu się, że kontroluje. Omawiany epizod wypada jednak znacznie mniej zajmująco od swojego poprzednika. Choć Robert Bloch niewątpliwie należy do uznanych autorów science fiction, to tym razem dostarczył scenariusz naznaczony wieloma niedoróbkami. Tekst musiał być przez to wielokrotnie poprawiany, co z pewnością nie wpłynęło pozytywnie na finalny kształt. O wyreżyserowanie odcinka poproszono tymczasem Jamesa Goldstone'a, którego praca nad Where No Man Has Gone Before zyskała mu uznanie w oczach Roddenberry'ego i innych decydentów. Niestety, praca nad odcinkiem była odzwierciedleniem problemów ze scenariuszem. Ciągłe zmiany w fabule i inne trudności sprawiły, że okres zdjęciowy znacznie się przedłużył, przez co zniechęcony realizacyjnym chaosem reżyser już nigdy do Star Treka nie powrócił.

Epizod naznaczony jest więc kilkoma istotnymi wadami, jednak najsilniej doskwiera widzowi jego aktorska monotonia. Rozbita jest tutaj bowiem całkowicie triada Kirk-Spock-McCoy. Poczciwy doktor w ogóle nie pojawia się w odcinku, a pierwszego oficera spotykamy tylko w kilku krótkich scenach. Z głównego rdzenia załogi pojawia się oprócz niego tylko Uhura, lecz jest to zdecydowanie zbyt krótki udział, by wzbogacić odcinek. Interesujące jest natomiast to, iż jest to jedyny raz w całym serialu, gdzie na niemal pierwszoplanową pozycję wysuwa się Christine Chapel. Podobnie jak McCoy w The Man Trap, tak i ona na odludnej planecie spotyka swoją dawną, lecz wciąż tlącą się miłość, przez co jej lojalność zostaje podzielona na dwie osoby: Kirka i Korby'ego. Majel Barrett kreuje jednak postać mało wyrazistą. Chapel ogranicza się do monotonnego smutku i permanentnego przebywania na skraju załamania, przerywanych przeskokami w stronę miłosnych egzaltacji. Nie pomagają zainteresować widza – szczególnie widza współczesnego – również androidy. Roznegliżowana i wyraźnie mająca skupić na sobie uwagę męskiej części widowni żeńska wersja sztucznej inteligencji, imieniem Andrea, w którą wciela się Sherry Jackson, zwykle z marnym skutkiem stara się nie pokazywać żadnych emocji. Postacią doktora Korby'ego tymczasem próbowano stworzyć przeciwwagę dla kapitana Kirka, lecz nieco teatralna, przesadna gra Stronga w połączeniu z ekspozycyjnymi kwestiami, które zbyt często informują nas o jego zamiarach, nie stanowią wielkiej zalety odcinka. Listę aktorów zamyka Ted Cassidy jako Ruk, który skupia wzrok oglądającego praktycznie tylko dzięki swojej potężnej posturze, niskiemu głosowi i makijażowi, kojarzącym się z monstrum dra Frankensteina z filmów Jamesa Whale'a. Choć twórcy ostatecznie nie wykorzystają go w jakikolwiek interesujący sposób, to on właśnie pozostanie w naszej pamięci najdłużej po wyłączeniu telewizora.

[caption id="attachment_7569" align="aligncenter" width="694"] Dr Korby wyjaśnia swój plan na nieśmiertelność.[/caption][caption id="attachment_7570" align="aligncenter" width="694"] Dr Korby przedstawia Anreę, zwyczajnego androida.[/caption][caption id="attachment_7571" align="aligncenter" width="694"] Kirk i Kirk-android.[/caption][caption id="attachment_7572" align="aligncenter" width="694"] Android czy nie, Kirk podbija serce kolejnej kobiety.[/caption]

Kolejne poprawki scenariusza sprawiły również, że sama fabuła momentami traci na logice. Nagłe „oświecenie” Ruka, jak zagwarantować swoje przetrwanie, z jego niespodziewanym emocjonalnym wybuchem wypada dość żenująco i nadto spodziewanie. O wiele jednak gorszym pomysłem jest zakochanie się Andrei w Kirku. Dziewczyna-android niespodziewanie odnajduje w sobie ludzkie emocje, co wiąże się oczywiście z przesłaniem odcinka, lecz na ekranie wypada zupełnie nieprzekonująco. Jedynym wyjaśnieniem może być zbyt udane stworzenie mechanicznych form życia (motyw powtarzający się w Star Treku), które pragną czegoś więcej niż służenia biologicznym władcom. Dlaczego jednak jedni buntują się przeciw swym stwórcom (Ruk), inni pozostają lojalni (android-Kirk), a jeszcze inni zakochują się w ludziach (Andrea) – nie wiadomo. Możemy się tylko domyślać, iż związane jest to z ich zróżnicowaniem na podobieństwo ludzi, lecz jest to jedynie fanowskie uzupełnianie luk w scenariuszu.

Wątek żeńskiego androida posiada niestety jeszcze więcej przywar. Nie mogąc sobie poradzić z miłosnymi uniesieniami zaczyna siać w swoim oprogramowaniu zniszczenie, stając się z miejsca stereotypową kobietą (lat 60.). Ponadto zastanawia, dlaczego Korby, który zarzeka się, że Andrea jest dla niego tylko maszyną, rzeczą, wobec której nie posiada żadnych uczuć ani żadnego poza naukowym zainteresowaniem, została przez niego ubrana w tak skąpy i nacechowany erotycznym podtekstem strój, podczas gdy wszyscy pozostali mieszkańcy podziemnej jaskini są ubrani w stroje przypominające robocze kombinezony? Oczywiście odpowiedź na to pytanie znajduje się w przedmiotowym traktowaniu kobiet przez studio, które widząc atrakcyjną aktorkę prędko ubrało ją w ponętny kostium zupełnie nie przejmując się fabułą odcinka.

Przesłanie What are Little Girls Made of? można rozbić na dwie obawy. Po pierwsze obecna jest tutaj wyraźna przestroga przed zbytnim zaawansowaniem sztucznej inteligencji. Jeśli komputery, a w przyszłości androidy lub roboty, staną się zbyt podobne do ludzi, rozwiną w sobie ambicje i chęci zniszczenia swoich kreatorów. Odcinek nie udziela jednak jasnej odpowiedzi, czy całkiem zaprzestać prac w kierunku stworzenia sztucznej inteligencji, czy raczej czynić to ostrożnie, tak by nasze „monstrum Frankensteina” (vide Ruk) nie wymknęło się nam spod kontroli.

TURN ON SPOILER ALERT MISTER SULU!

Po drugie, w klasycznym stylu kina science fiction z poprzednich dekad, spotykamy „szalonego naukowca”, którego wielkie ambicje i szczere intencje zgubiły się w pragnieniu dokończenia eksperymentu, odrywającego go ostatecznie od rzeczywistości. Moralne kwestie nie zostają jednak odpowiednio wykorzystane. Wątek Korby'ego ostatecznie zostanie zrzucony na karb oprogramowania, jako że naukowiec okaże się na koniec androidem, stworzonym przez umierającego stwórcę na własne podobieństwo. Jako taki będzie tylko niewolnikiem algorytmów, które każą mu za wszelką cenę przetrwać i dokończyć eksperyment rozpoczęty przez prawdziwego Korby'ego. Wtedy też jego nikłe przejmowanie się ludzkim życiem znajduje wygodne usprawiedliwienie, a jego zachowanie bezpośrednio odnosi nas do obaw poruszonych w poprzednim akapicie.

TURN OFF SPOILER ALERT!

Wbrew powyższym zarzutom odcinek nie jest jednak zupełnie pozbawiony zalet. Zmagania Kirka z Rukiem oraz jego pierwsze w historii „przegadanie komputera” ukazują kapitana jako sprytnego, inteligentnego, a co ważniejsze nieugiętego przywódcę. Nieco może tylko doskwierać nikłe przejęcie się śmiercią dwóch członków ochrony. Ogólna fabuła, jeśli pominąć drażniące szczegóły, również przedstawia dość ciekawą opowieść, w której przechodzimy od miłosnego zauroczenia, poprzez zniewolenie oraz próby ucieczki, aż do słodko-gorzkiego finału. What are Little Girls Made of? stanowiłby udaną podróż przez bogate spektrum emocji i pomysłów, gdyby dopracować scenariusz i urozmaicić występujące postaci, które zdecydowanie mocniej skupiają na sobie uwagę występując w kontraście do siebie nawzajem niż osobno.




8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2019 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 6.: Where there is no emotion, there is no motive for violence.

Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku kosmicznego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy, poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

STAR TREK
Dagger of the Mind
sezon 1., odcinek 10.

Reżyseria: Vincent McEveety
Scenariusz: S. Bar-David
Data pierwszej emisji: 03.10.1966

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

James Gregory (gościnnie) – Tristan Adams
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Morgan Woodward – Simon Van Gelder
Marianna Hill – Helen Noel
Nichelle Nichols – Uhura
Susanne Wasson – Lethe
John Arndt – pierwszy załogant
Larry Anthony – obsługujący transporter
Ed McCready – osadzony
Eli Behar – terapeuta

W otchłani szaleństwa

Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,
Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
Ciągle cię widzę. Fatalne widziadło!
Nie jestżeś ty dla zmysłu dotykania,
Tylko dla zmysłu widzenia dostępny?
Jestżeś sztyletem tylko wyobraźni?
Rozpalonego tylko mózgu tworem?
1

[caption id="attachment_8160" align="aligncenter" width="694"] Kapitan Kirk poucza załoganta w pomieszczeniu z transporterem.[/caption][caption id="attachment_8161" align="aligncenter" width="694"] Simon Van Gelder wkrada się na pokład.[/caption][caption id="attachment_8162" align="aligncenter" width="694"] Van Gelder próbuje przejąć kontrolę nad mostkiem.[/caption]

Jak fani Star Treka zapewne wiedzą, autorem, którego dzieła najczęściej są przywoływane w serialach i filmach osadzonych w uniwersum jest William Szekspir. Także tytuł omawianego odcinka został zaczerpnięty z twórczości angielskiego giganta i pochodzi z cytowanego wyżej fragmentu Makbeta, a dokładniej ze sceny, gdy tytułowa postać przygotowując się do zabójstwa spostrzega nagle sztylet. Gdy próbuje go chwycić, okazuje się, że jest on tylko wytworem jej wyobraźni. Przy okazji warto też wspomnieć, iż scenarzysta wybrał dla żeńskich postaci nazwiska, nawiązujące do ich fabularnych perypetii. Atrakcyjna psychoterapeutka Helen Noel nawiązała kiedyś romans z kapitanem Kirkiem podczas świątecznego przyjęcia, stąd jej nazwisko z francuskiego oznacza „Święta Bożego Narodzenia”. Tymczasem postać Lethe – kobiety, której usunięto wspomnienia – posiada imię znaczące Rzeka Zapomnienia i pochodzące z greckiej mitologii.

Ale przejdźmy do samego odcinka. Dagger of the Mind podejmuje się tematu resocjalizacji kryminalistów oraz kwestii moralności ingerowania w ludzką psychikę. Czyni to poprzez wykorzystanie jednego z najczęstszych fabularnych motywów serialu: spotkania z uznanym autorytetem w określonej dziedzinie, który stracił kontrolę nad swoimi poczynaniami (skojarzenia z The Man Trap czy What Are Little Girls Made Of? są tu jak najbardziej na miejscu). Jednakże poza wyjściowym pomysłem, odcinek prezentuje odmienną opowieść od dotychczasowych.

Akcja została tu rozpisana na dwie lokacje: pierwszą jest kolonia karna, drugą pokład Enterprise'a. Załogę spotykamy, gdy za pomocą transportera przekazują kolonii zapasy i odbierają materiały do przekazania dalej. Okazuje się jednak, że w jednym z teleportowanych do statku gwiezdnego pudeł skrył się potencjalnie groźny mężczyzna. Prędko obezwładnia on operatora transportera i po pewnym czasie udaje mu się nawet dostać na mostek. Tam zostaje pochwycony dzięki vulkańskiemu uciskowi nerwów pana Spocka. Przeprowadzone przez McCoya badania wykazują, że mężczyzna cierpi na dziwną, bolesną mentalną blokadę, uniemożliwiającą mu udzielenia jakichkolwiek informacji o sobie lub kolonii karnej. Kirk jako wielki entuzjasta prac w dziedzinie resocjalizacji dokonanych przez Tristana Adamsa, kierownika kolonii, mimo wszystko decyduje o odesłaniu – jak sądzi – więźnia. Nawet gdy wychodzi na jaw, że nowym pacjentem w ambulatorium McCoya wcale nie jest jeden z osadzonych, a Van Gelder, asystent dra Adamsa, Kirk nie zmienia zdania. Dopiero, gdy pokładowy lekarz – podejrzewający nieetyczne praktyki w kolonii – wypełnia oficjalny sprzeciw wobec decyzji kapitana, Kirk zostaje zmuszony do przeprowadzenia śledztwa. Kapitan wraz z Helen Noel, pokładową psychoterapeutką, udają się do podziemnego ośrodka, podczas gdy McCoy i Spock próbują dowiedzieć się czegoś więcej od niespodziewanego gościa.

[caption id="attachment_8163" align="aligncenter" width="694"] Vulkański ucisk nerwów nigdy nie zawodzi.[/caption][caption id="attachment_8164" align="aligncenter" width="694"] McCoy i Kirk odkrywają dziwną przypadłość pacjenta.[/caption][caption id="attachment_8165" align="aligncenter" width="694"] Dr McCoy sprzeciwia się kapitanowi.[/caption]

Dagger of the Mind jest dość nierównym odcinkiem. Wprowadzony tu wątek związany ze Spockiem i McCoyem jest bowiem wyraźnie upchnięty na siłę i zupełnie nie wpływa na główną oś fabularną. Jego umieszczenie było motywowane koniecznością zaznaczenia obecności drugiego z głównych bohaterów serialu. Nie oznacza to bynajmniej, że poczynania oficera naukowego i doktora nie są interesujące; żywe dialogi oraz relacje między postaciami skutecznie angażują widza. Niezależnie jednak od tego, czego dowiadują się oficerowie na pokładzie Enterprise'a, wszystkie elementy układanki, łącznie z pokonaniem wszelkiego zagrożenia, przypadną w udziale Kirkowi i Noel.

Sceny w ambulatorium okazały się mimo to bardzo istotne, choć z innego niż fabularny powodu. W nich właśnie pojawia się bowiem pierwsze vulkańskie połączenie umysłów. Za pomocą nacisku odpowiednich miejsc na głowie drugiej osoby Spock, jak się okazuje, może połączyć jej umysł ze swoim własnym i w ten sposób uzyskać, bądź przekazać, istotne informacje. Vulkanin wyjaśnia, że czynność ta jest utrzymana w strefie głębokiej prywatności, stąd też nigdy wcześniej z niej nie korzystał w kontaktach z ludźmi. Eksplanacja ta ma przede wszystkim na celu wytłumaczenie braku korzystania z połączenia umysłów w poprzednich odcinkach. Zresztą wyjaśnienie to nie będzie długo utrzymywać swojej aktualności, jako że w przyszłości takie fuzje będą nadzwyczaj częstą czynnością nie tylko Spocka, ale i innych Vulkan, przez co zupełnie przestaną się kojarzyć ze sferą prywatną, niechętnie pokazywaną innym.

Powodem wprowadzenia tej kolejnej, jak się niebawem okaże kultowej, charakterystyki jedynego pozaziemskiego członka załogi był kompromis. Umieszczenie wątku ze Spockiem było – jak wspominałem – koniecznością, lecz ograniczona długość trwania odcinka nie pozwalała na przedstawienie zwyczajowych scen przesłuchiwania, tym bardziej, że z powodu przypadłości Van Geldera musiałyby one być dość długie. Wprowadzona więc vulkańska umiejętność pozwoliła zastąpić sceny przepytywania pechowego asystenta, skutecznie pchnąć fabułę do przodu, a przy tym nie wymagała zbyt wiele czasu by ją zaprezentować. Ponadto zwiększała panujący w Star Treku nastrój niesamowitości, co wiązało się z samymi zaletami.

Tymczasem w podziemiach więziennego ośrodka Kirk zmienia swoją postawę. Kiedy już rozpoczyna śledztwo, znikają wszelkie ślady uwielbienia dla profesora i kapitan kwestionuje niemal wszystkie jego wyjaśnienia. Jest to drobny, acz bardzo udany zabieg, pokazujący, że niezależnie od swoich prywatnych osądów Kirk jako oficer jest bardzo sumienny i stara się – z całkiem sporym sukcesem – zachować obiektywizm. Kieruje się co prawda raczej intuicją aniżeli przyczynowo-skutkowym myśleniem, ale wciąż jego akcje doprowadzają go do samego jądra tajemnicy. Robi to mimo zawstydzenia Noel, która uważa prowadzącego ośrodek za ogromny autorytet. Pełni ona początkowo rolę osoby, która nie jest w stanie pozbyć się skrajnie subiektywnego poglądu. Na szczęście, nie minie wiele czasu nim nawet psychoterapeutka zauważy, że coś jest tu nie tak.

[caption id="attachment_8166" align="aligncenter" width="694"] Psychoterapeutka Helen Noel gotowa na rozpoczęcie misji.[/caption][caption id="attachment_8167" align="aligncenter" width="694"] Dr Adams pokazuje Kirkowi i Noel działanie maszyny "uspokajającej" więźniów.[/caption][caption id="attachment_8168" align="aligncenter" width="694"] Pranie mózgu podczas tortur.[/caption][caption id="attachment_8169" align="aligncenter" width="694"] Kirk podbija kolejne serce.[/caption]

Niezbyt udanie wprowadzono za to wątek romantyczny. Upchnięty został właściwie tylko po to, aby w odcinku pojawiła się obligatoryjna atrakcyjna kobieta i aby późniejsze machinacje antagonisty odcinka wyglądały na groźniejsze aniżeli są w rzeczywistości. Faktycznie, nie sprawiają one kapitanowi wiele szkody, można wręcz odnieść wrażenie, że sami twórcy odcinka nie wierzyli w ich skuteczność. Ich brak przekonania ujawnia się w niezwykle szybkim zapomnieniu skutków ingerencji w umysł Kirka, który nader prędko dochodzi do siebie, przy okazji potwierdzając siłę swojego charakteru.

Ingerencja w umysł Kirka dokonywana jest tu za pomocą psychologicznych tortur, pierwotnie stworzonych by pomóc w resocjalizacji przestępców. Sprawiają one, że Dagger of the Mind jest jednym z najintensywniejszych odcinków w serialu. Choć – oczywiście – w obecnych czasach krzyki kapitana, któremu nad głową świeci archaicznie wyglądająca lampa nie wzbudzą żadnego przerażenia, to ich obudowa stworzona za pomocą fabularnego kontekstu, a nader wszystko nieustępliwego, zimnego sadyzmu profesora i efektów urządzenia, udanie wzmacnia napięcie. Niestety, zostaje one podkopane zarówno przez niemal nadnaturalną psychiczną wytrzymałość Kirka, jak i – o wiele gorzej prezentujący się na ekranie – późniejszy heroizm Noel, która z łatwością potrafi przechytrzyć, a nawet pokonać, wytrenowanych strażników więzienia.

Tematycznie odcinek wyraźnie opowiada się przeciw przesadnym eksperymentom na psychice człowieka. Wszelkie ingerencje w jego umysł, usuwanie wspomnieć i inne zmiany, nawet czynione wobec przestępców, są tutaj bez żadnych wątpliwości uznane za naganne i złe. Dagger of the Mind to także przykład zapędów, wynikających z chęci czynienia dobra, a które z łatwością przekraczają zdrowe granice. Twórcy pokazują, że należy się w porę opamiętać i odnaleźć moment, kiedy przechodzi się od pomocy potrzebującym do szkodzenia im, i w tym właśnie momencie się zatrzymać. W tym kontekście w sukurs odcinkowi przychodzi scena vulkańskiego połączenia umysłów. Przeciwnie do skrajnie negatywnego wpływu na psychikę, jaki wywiera Adams, ma ono pomocny i niemal terapeutyczny efekt. Sprawia to, że nie można powiedzieć, iż odcinek zupełnie przeciwstawia się zabiegom korzystającym z wgłębiania się w psychikę pacjenta, a raczej pokazuje zagrożenia z nimi związane.

Ponadto, choć w zdecydowanie mniejszym stopniu, jest to także odcinek, przeciwstawiający się złemu traktowaniu więźniów. Choć wspomniany na marginesie, to obecny i kontynuujący ogólną postawę humanitaryzmu promowaną przez Star Treka i Gene'a Roddenberry'ego. Warto w tym momencie przywołać również interesujący komentarz Spocka, dotyczący samej idei istnienia więzień: „Wy Ziemianie gloryfikujecie zorganizowaną przemoc od czterdziestu wieków, lecz więzicie tych, którzy korzystają z niej prywatnie”, co w okresie emisji serialu można także rozpatrywać w kontekście wojny w Wietnamie.

Wynikiem jest odcinek nierówny. Główny wątek jest nieco zbyt przewidywalny, a sceny udane i zapadające w pamięć stoją w zbyt bliskim kontakcie z nadmiernym rozszczepieniem wątków i wyraźnymi pretekstami fabularnymi, wymuszanymi nie tylko przez ograniczoną formę serialu telewizyjnego.

1 Cytat z Makbeta Williama Shakespeara w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego.



STAR TREK
Miri
sezon 1., odcinek 11.

Reżyseria: Vincent McEveety
Scenariusz: Adrian Spies
Data pierwszej emisji: 27.10.1966

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Kim Darby (gościnnie) – Miri
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Grace Lee Whitney – Janice Rand
Michael J. Pollard (gościnnie) – Jahn
Keith Taylor – mały chłopiec
Ed McCready – chłopiec-stwór
Kellie Flanagan – blondynka
Steven McEveety – rudy chłopak
David Ross – członek ochrony
Jim Goodwin – Farrell

Garść informacji na wstęp

Pierwotny scenariusz do Miri, napisany przez Adriana Spiesa, różnił się od wersji, jaką finalnie zaprezentowano w telewizji. Największym modyfikacjom uległy relacje między Jamesem T. Kirkiem a Janice Rand, które pierwotnie miały być bardziej intymne, zmniejszono także ilość wyjaśnień dotyczących funkcjonowania społeczności mieszkańców odwiedzanej planety. O ile rezygnacja ze zbliżenia między kapitanem a załogantką była korzystną decyzją, o tyle większy wgląd w życie obcych zdecydowanie pomógłby w rozwinięciu fabuły i usunięcie go, wydaje się, nie przyniosło pozytywnego rezultatu dla całości.

Być może jednak wycięcie tych scen było związane z innymi problemami dręczącymi scenariusz Spiesa, pełen – jak ocenili go producenci – nieudanych rozwiązań. Jako taki miał liczne kłopoty z zaakceptowaniem przez twórców serialu, z Genem Roddenberrym na czele. Przez to też Spiesa już nigdy więcej nie zaproszono do pracy nad Star Trekiem. Największym zarzutem wobec niego było zbytnie zagłębianie się w opisy scenografii i scen akcji, co sprawiło, że po nakręceniu odcinka wciąż brakowałoby około 10 minut, aby wypełnić czas przeznaczony na emisję. Poprawkami zajął się Steven W. Carabatsos. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że w oryginalnym scenariuszu ujawniono wiek Rand – ma ona 24 lata. W wyemitowanym odcinku informacja ta została jednak usunięta.

Inną ciekawostką jest fakt, że w Miri zobaczyć można dzieci wielu osób związanych z odcinkiem. Dziewczynka, którą w ostatnich scenach na planecie trzyma na rękach Kirk (i która wcześniej zdzieliła go po głowie) to Lisabeth Shatner, córka Williama Shatnera – aktora wcielającego się w kapitana Enterprise'a. Na planie pojawili się także dwaj synowie Grace Lee Whitney (ekranowej Janice Rand) – Jon i Scott Dweck. Następnym dzieckiem jest Steven McEveety, bratanek reżysera odcinka – Vincenta McEveety'ego. Kolejne to Darleen i Dawn Roddenberry – córki twórcy serialu. Ostatnimi z dzieci są Phil i Iona Morris, dzieci Grega Morrisa – ówczesnej gwiazdy serialu Mission: Impossible (1966-1973). W filmie nie zobaczymy jednak dzieci Leonarda Nimoya (aktora odgrywającego rolę Spocka), który nie zgodził się na ich pojawienie, nie chcąc wtłaczać ich w showbiznes, a przynajmniej nie w tak młodym wieku.

Niestety, z odcinkiem wiążą się również negatywne wspomnienia Lee Whitney. Aktorka, mającą już wtedy kłopoty ze stanami depresyjnymi, została napastowana na tle seksualnym. Nie wiadomo jednak dokładnie kiedy ani kto tego czynu dokonał, gdyż informacje szczegółowe nigdy nie ujrzały światła dziennego. Niedługo po tym zdarzeniu została ona zwolniona z pracy w serialu, co tylko pogłębiło jej depresję i wpędziło w alkoholizm.

Żeby nieco poprawić nastrój po tej tragicznej informacji, wspomnę o czymś znacznie bardziej pozytywnym. Dowodem, i to dowodem żywym, na to, że Star Trek promował swoje idee równości po obu stronach kamery jest Charles Washburn. Był on pierwszym w historii Hollywoodu czarnoskórym asystentem reżysera i reżyserem drugiego unitu. Swoje pierwsze profesjonalne kroki stawiał pracując właśnie na planie Star Treka. Z tego też powodu zyskał sobie później przydomek „Charlie Star Trek”.

[caption id="attachment_8173" align="aligncenter" width="694"] Odkrycie identycznej do Ziemi planety.[/caption][caption id="attachment_8174" align="aligncenter" width="694"] Grace Lee Whitney uznawała Miri za jeden z najlepszych odcinków ze swoim udziałem.[/caption][caption id="attachment_8175" align="aligncenter" width="694"] Przybycie na na powierzchnię planety.[/caption][caption id="attachment_8176" align="aligncenter" width="694"] Atak zmutowanego dziecka.[/caption]

W dziecięcej krainie

Odcinek rozpoczyna się zaskakującą informacją o dotarciu przez załogę Enterprise'a do planety identycznej do Ziemi. Niemal natychmiast ekipa zwiadowcza – w składzie Kirk, Spock, McCoy, Rand i dwóch członków ochrony – teleportuje się na powierzchnię i ze zdumieniem odkrywa ziemską, dwudziestowieczną zabudowę (architektura z ok. 1960 roku według estymacji Spocka). Nie mija wiele czasu, nim okazuje się, że jedynymi mieszkańcami napotkanego świata są dzieci, zaś każdy, kto wkracza w dorosłość umiera na tajemniczą chorobę. Co gorsza, wszyscy prócz Spocka zarazili się nią w momencie przybycia na planetę. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Czy McCoyowi i Spockowi uda się odnaleźć lekarstwo, zanim wszyscy umrą?

Odcinek opiera się na bardzo prostej metaforze alternatywnej historii Ziemi. Spotkanie z planetą z lat 60., czyli okresu, w jakim emitowano serial, miało przybliżyć widzom problemy nękające napotkany świat i skłonić do refleksji. Niestety nie bardzo widać, jaki cel przyświecał twórcom odcinka i jaki komentarz mieli nadzieję w nim zawrzeć. Najsilniej objawiają są tu dwie kwestie: próba stworzenia przez ludzi środka na długowieczność i problem dorastania.

Dorośli wymarli na planecie, gdyż ich badania w celu stworzenia wirusa przedłużającego życie człowieka (300 lat życia odpowiada miesięcznemu postarzeniu się organizmu), skończyły się tragicznym fiaskiem. Można odczytać więc odcinek jako krytykę sztucznego przedłużania życia, które powinno skończyć się w momencie, który wybierze natura. Być może faktycznie taki pogląd przyświecał Spiesowi, jednak stoi on w opozycji do zwyczajowego – i znacznie mi bliższego – poglądu obecnego w Star Treku, zawsze promującego naukowe rozwiązania, mające na celu leczenie i przedłużanie życia. Ponadto fakt, że w tym przypadku wynikiem ubocznym była śmiertelna choroba oznacza, że nie sam pomysł był zły, tylko jego wykonanie. I czyż to nie skuteczna medycyna z XXIII wieku pomaga w końcu ujść wszystkim z życiem? Można próbować doszukać się dodatkowego antypostępowego poglądu Spiesa w sposobie tworzenia szczepionki. Przez cały odcinek powtarza nam się, że jedynie badania wykonane za pomocą pokładowego komputera są w stanie stwierdzić z pewnością istnienie i odpowiednią dawkę szczepionki, lecz pod koniec odcinka McCoy w akcie desperacji sam wstrzykuje sobie specyfik i – voila! – nie tylko stworzył skuteczny lek, lecz również wykorzystał idealną jego ilość, a przy tym nie musiał posiłkować się nowoczesną technologią, tylko wykorzystał siłę swojego własnego mózgu.

[caption id="attachment_8177" align="aligncenter" width="694"] Miri - najbardziej inteligentne dziecko na planecie.[/caption][caption id="attachment_8179" align="aligncenter" width="694"] Dzieci decydują się przeciwstawić nieproszonym przybyszom.[/caption][caption id="attachment_8180" align="aligncenter" width="694"] William Shatner z córką.[/caption][caption id="attachment_8181" align="aligncenter" width="694"] Szczepionka znaleziona.[/caption]

By jednak doprowadzić do zachorowania, jak i bezkomputerowego wyleczenia członków załogi, scenariusz wpierw zmusza bohaterów do wykonywania kompletnych głupot. Już nie wspominając o tym, że prawdopodobnie przy takim poziomie technologicznym prawdopodobnie istniałyby sondy, potrafiące wykryć wirusa stworzonego przy wykorzystaniu technologii z okresu odpowiadającego latom 60.; że próbki z planety i zarażonych wirusem można było odizolować w kontrolowanym środowisku na statku, gdzie łatwiej byłoby prowadzić badania; że przybycie na planetę w odpowiednim kombinezonie (wykorzystywanym już wcześniej w serialu) byłoby logicznym rozwiązaniem, to samo zachowanie się załogi na powierzchni planety jest przykładem całkowitej nieodpowiedzialności. W jednej ze scen po usłyszeniu hałasu w korytarzu prowadzącym do pomieszczenia, które przerobili na małe laboratorium, wszyscy bez wyjątku – łącznie z lekarzem – biegną sprawdzić, co się stało. Wcześniej jednak zostawiają wszystkie komunikatory wewnątrz. Te – oczywiście – zostają skradzione, aby w wymuszony sposób odciąć załogę od dostępu do wszelkiej pomocy z pokładu Enterprise'a (a oczywiście nikomu z pokładu statku gwiezdnego nie przyjdzie do głowy, aby wysłać kogoś w ochronnym stroju i sprawdzić, co się stało). Jeśli nawet jako chorzy ludzie, według fabuły tracący powoli rozum (co jednak również jest traktowane niezwykle nonszalancko przez scenarzystę), są w stanie dokonać tak absurdalnego czynu, to w pełni sprawny i niezwykle logiczny umysł Spocka powinien ustrzec zarówno jego samego, jak i innych przed popełnieniem tak podstawowego błędu.

Ponadto, skoro już poruszyłem temat Spocka, uważam za cokolwiek dziwne, że w scenie bijatyki jego rola ogranicza się do prób przytrzymywania atakującego, którego pięściami okłada kapitan Kirk, choć wyraźnie ma możliwość wykorzystania vulcańskiego nacisku nerwów. Na tym zgrzyty fabularne się nie kończą. Nigdy bowiem nie dowiemy się, co się stało z dwoma członkami ochrony, którzy przybyli na planetę. W okolicach połowy odcinka znikają, po czym tylko jeden z nich pojawia się na koniec, a przecież byliby idealni do chronienia laboratorium znajdującego się na obcym terenie, o którym wiedzą, że jest potencjalnie niebezpieczny.

Odcinek każe również uwierzyć w to, że gdyby wymarli wszyscy dorośli, to po 300 latach spędzonych w ruinach cywilizacji długowieczne dzieci wciąż bawiłyby się w te same skrajnie infantylne zabawy bez zmądrzenia choćby odrobinę. Ciężko zaakceptować fakt, że okoliczności nie wymusiły na nich jakiegoś rozwoju; prędzej mielibyśmy do czynienia z cywilizacją dorosłych zamkniętych w dziecięcych umysłach niż dzieci, który nie nauczyły się zupełnie niczego i pozwoliły sczeznąć wszelkim przejawom cywilizacji. Oczywiście twórcy w ten sposób chcieli przekazać główną myśl odcinka: dzieci potrzebują dorosłych do wskazania im drogi życiowej i w rozróżnieniu dobra od zła. Jednak w zaprezentowanej fabule pokracznie prowadzony wątek dorastania oraz tkwiącej w dzieciach zdolności do przemocy gubi po drodze sens.

Mimo tak licznych wad, McEveety jest w stanie wykrzesać sporo energii z odcinka, a sceny Kirka kłócącego się z dziećmi (No blah, blah, blah!) ujmują swoją uroczą wręcz infantylnością. Choć więc Miri wśród odcinków z jeszcze szukającego złotego środka pierwszego sezonu prezentuje się jako odcinek bez większego polotu, a fabularne zgrzyty i nielogiczności nie są wystarczająco równoważone sprawną realizacją, by uznać kolejne spotkanie z załogą Enterprise'a za szczególnie udane, to na tym etapie trwania serialu już samo obcowanie ze znajomymi postaciami pozwala z przyjemnością śledzić ich losy i przymknąć nieco oko na popełniane przez nich głupoty.



8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2019 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 7.: Ceasar, beware the Ides of March!

W dzisiejszej części naszej kinomisyjnej wędrówki po galaktyce docieramy do 13. odcinka serialu. Z tego powodu chciałbym wpierw napisać kilka słów o tym, co działo się po drugiej stronie kamery. Otóż akceptacja Star Treka przez telewizję NBC wiązała się z zamówieniem 16. odcinków, które miały być napisane do lutego 1966 roku. Jak wiemy, pierwszy pilot został odrzucony, natomiast 2 ostatnie z zamówionych odcinków – z powodów budżetowych – miały składać się prymarnie z fragmentów tegoż niewyemitowanego pilota. Sprawiło to, że to na pierwszych 13. scenariuszach najbardziej skupił się Roddenberry. Twórca serialu zabierał od scenarzystów każdy wynik ich prac, po czym zmieniał je wedle własnego uznania, pracując nocami i weekendami nad tym, aby jego wizja była możliwie koherentna i atrakcyjna dla widzów.

Niestety, nie uchroniło to serialu przed problemami. Te pojawiły się niemal od razu po rozpoczęciu emisji Star Treka. Jak pisałem wcześniej, pierwszym wyemitowanym odcinkiem był The Man Trap; został on zaprezentowany podczas specjalnego telewizyjnego pokazu, zarezerwowanego przez NBC na zapowiedzi nowych propozycji. Odcinek zgromadził (wg ówczesnych badań) 40,6% widzów przed ekranem, co było bardzo dobrym wynikiem. Jednakże drugi odcinek (Charlie X) przegrał z programami konkurencji i musiał zadowolić się wynikiem 29,4%, sprawiając, że NBC zostało wyprzedzone na rynku przez CBS. Przez kolejne dwa odcinki (Where No Man Has Gone Before i The Naked Time), Star Trek zajmował 33. miejsce wśród amerykańskich seriali, lecz po kolejnych dwóch odcinkach (The Enemy Within i Mudd's Women) spadł na 51. miejsce, a później na 52. Oznaczało to, że jeśli jego sytuacja się nie poprawi, będzie miał małe szanse na drugi sezon.

Zmobilizowało to Roddenberry'ego do szukania pomocy wśród miłośników gatunku. Przyjaźnił się on wtedy z dwójką fanów: Betty Joanne i Johnem Trimblem, których poznał podczas konwentu science-fiction w Cleveland. Zgodzili się oni poprowadzić kampanię listową, namawiając innych fanów serialu i gatunku w ogóle do zalewania NBC listami wyrażającymi poparcie dla Star Treka. Roddenberry obawiał się jednak, że to może nie wystarczyć i stacja ściągnie serial z ekranu jeszcze w trakcie 1. sezonu. Z tego powodu rozpoczął kampanię „Save Star Trek”; w jej ramach napisał szkice listów, w których zawarł główne idee serialu i począł wysyłać je do poważanych osobistości w świecie fantastyki naukowej, przede wszystkim do pisarzy.

Jednym z autorów fantastycznej prozy, z którymi się skontaktował, był Harlan Ellison; zdecydował się on pomóc Roddenberry'emu w jego kampanii. Ta miała na celu zachęcić twórców science-fiction do pracy nad serialem oraz – w szerszym kontekście – nakreślić pozytywne efekty istnienia ambitnego serialu tego rodzaju. Fani i pisarze zaczęli wyrażać swoje wsparcie wysyłając listy do gazet i różnych programów telewizyjnych. Oprócz Ellisona, pomagali też Theodore Sturgeon, Richard Matheson, A. E. van Vogt, Robert Bloch, Lester del Ray, Frank Herbert i inni.

NBC ostatecznie zdecydowało się przedłużyć sezon o kolejne 13 odcinków, a później o 2. sezon, uznając, że serial jest popularny wśród nastolatków i studentów, dla których nie mieli innych propozycji. Nie był to jednak koniec problemów Star Treka, a jedynie odsunięcie ich w czasie. Te bowiem nasiliły się, gdy NBC zdecydowało się na nonsensowny krok i zmieniło porę emisji na piątki o 20:30, czyli gdy docelowa widownia nie była w większości obecna przed swoimi odbiornikami telewizyjnymi. Ale to już opowieść na inną okazję; teraz przejdźmy do dzisiejszych odcinków.

[caption id="attachment_8492" align="aligncenter" width="694"] Enterprise w trybie nocnym[/caption]

Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
The Conscience of the King
sezon 1., odcinek 12.

Reżyseria: Gerd Oswald
Scenariusz: Barry Trivers
Data pierwszej emisji: 08.12.1966

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Arnold Moss (gościnnie) – Karidian
Barbara Anderson – Lenore
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Bruce Hyde – Kevin Riley
Nichelle Nichols – Uhura
William Sargent – dr Leighton
Grace Lee Whitney – Janice Rand

[caption id="attachment_8497" align="aligncenter" width="694"] Scena teatralna w XXIII wieku.[/caption][caption id="attachment_8493" align="aligncenter" width="694"] Kirk i Leighton próbują rozpoznać Kodosa.[/caption][caption id="attachment_8494" align="aligncenter" width="694"] Karidian w roli Makbeta.[/caption][caption id="attachment_8495" align="aligncenter" width="694"] Ci, którym nie udało się znaleźć miejsca przy scenie, oglądają spektakl z ekranów.[/caption][caption id="attachment_8496" align="aligncenter" width="694"] Kirk rozpoczyna śledztwo.[/caption]

Kosmiczny teatr

Ten najbardziej teatralny z odcinków serii rozpoczyna się inscenizacją Makbeta. Tytułowa postać, w którą wciela się słynny aktor Karidian, właśnie dokonała zabójstwa króla i dręczą ją wyrzuty sumienia. Widownia, z wyjątkiem dwóch osób, jest zachwycona kreacją. Nie wszyscy jednak przybyli do teatru podziwiać zdolności trupy – dr Thomas Leighton i kapitan James T. Kirk pojawili się w jednym tylko celu: zobaczyć na własne oczy Karidiana, który – wg Leightona – w rzeczywistości jest Kodosem, dawnym ludobójcą z Taurusa IV.

Kirk początkowo nie dowierza przyjacielowi, lecz gdy Leightona niedługo po spotkaniu spotyka śmierć, kapitan decyduje się uważniej przyjrzeć sprawie tajemniczego aktora. Fizyczne podobieństwo, jak się prędko okazuje, faktycznie istnieje, co jest tym bardziej zastanawiające, że ciała Kodosa nigdy nie udało się zidentyfikować ze stuprocentową pewnością. Co więcej, przeszłość Karidiana jest otoczona nimbem tajemnicy, a on sam niemal wcale nie pokazuje się publicznie, nie licząc występów scenicznych. Nie mija wiele czasu nim na jaw wychodzi kolejna szokująca informacja: wszyscy, którzy mieli kiedyś kontakt z Kodosem, giną obecnie w niewyjaśnionych okolicznościach. Przy życiu pozostały już tylko dwie osoby, które widziały go na oczy: kapitan Kirk i porucznik Riley – obaj obecnie przebywający na Enterprise. Nie będąc pewnym czy chodzi mu o prywatną zemstę, czy o sprawiedliwość, Kirk przygotowuje plan ujawnienia ludobójcy. Zwabia trupę teatralną na pokład statku i rozpoczyna flirt z Lenore, córką Karidiana. Dziwne zachowanie kapitana i jego nielogiczne – z punktu widzenia dowodzenia statkiem – decyzje nie umykają jednak uwadze Spocka, który dzieli się swoimi podejrzeniami z drem McCoyem. Spock na własną rękę odkrywa ślady tajemnicy, lecz gdy oferuje swoją pomoc kapitanowi, Kirk odmawia. Opętany rosnącą żądzą odnalezienia Kodosa Kirk stawia na szali swoje stanowisko, przyjaźnie, człowieczeństwo i, ostatecznie, życie własne i Rileya.

Największe zalety odcinka znajdują się w zaprezentowanych w nim moralnych zagwozdkach, wśród których kluczy Kirk. Konflikt z podwładnymi doskonale wskazuje na fakt, że mamy do czynienia z niezwykłym stanem psychicznym kapitana. Obudziła się w nim fanatyczna wręcz chęć dopadnięcia drugiego człowieka – coś, czego nie czuł nigdy wcześniej. Musi jednak trzymać swoje pragnienia w ryzach, by nie skazać przez pomyłkę niewinnej osoby. Twórcy świetnie stopniują napięcie i łączą pierwszoplanowy wątek z drugoplanowym, w którym Spock – zaniepokojony zachowaniem przełożonego – również przygląda się tajemnicy Kodosa. Interesująco wykorzystano także romantyczne zdolności Kirka, który z niejednej ciężkiej sytuacji wychodził cało dzięki rozkochaniu w sobie ponętnej kobiety. Tym razem używa swych ponadprzeciętnych umiejętności z premedytacją, wykorzystując Lenore, aby zbliżyć się do zagadki tożsamości jej ojca. Jego zachowanie tym silniej zbliża się do niemoralnego, im silniejsze staje się jego pragnienie zemsty. Wszystko to jest zaś punktowane teatralnymi dialogami i formą zamykającą odcinek w klamry sztuki teatralnej (tym wyraźniejsze, że początek odcinka stanowi inscenizacja Makbeta, a finał – Hamleta). Sprawia to też, że ekspresyjna często maniera aktorska Shatnera jest tutaj całkowicie na miejscu.

W The Conscience of the King możemy wyróżnić kilka innych, poruszanych przez twórców tematów, z których na pierwszy plan wysuwa się moralna kwestia słuszności postępowania Kodosa. Gdy kolonia, którą zarządzał, stanęła na krawędzi śmierci głodowej, postanowił on zabić 15% populacji, by móc wyżywić resztę. W odcinku dominuje postrzeganie jego czynu jako skrajnie nagannego; jako morderstwo z zimną krwią ogromnej ilości ludzi, wybieranych arbitralnie przez władcę. Mimo to pojawia się tu także – szczególnie w jednej z kwestii Spocka – zrozumienie jego czynu. Kodos wybrał mniejsze zło, zabijał chorych, starszych, samotnych i czynił to w sposób bezbolesny dla ofiary, uratował również pozostałe 85% populacji. Ostatecznie więc nie daje się widzowi jasnej odpowiedzi na to, jak Kodos powinien postąpić zestawiony z tak drastycznym problemem, pozostawiając – być może niemożliwą do podjęcia – decyzję w rękach widza.

[caption id="attachment_8498" align="aligncenter" width="694"] Scena teatralna na pokładzie Enterprise'a.[/caption][caption id="attachment_8499" align="aligncenter" width="694"] Kirk decyduje się nawiązać romans z córką Karidiana.[/caption][caption id="attachment_8500" align="aligncenter" width="694"] Konfrontacja Kirka z Keridianem.[/caption][caption id="attachment_8501" align="aligncenter" width="694"] Leighton zostaje odnaleziony martwy.[/caption][caption id="attachment_8502" align="aligncenter" width="694"] Uhura podczas wykonywania Beyond Antares.[/caption]

Kolejna kwestia, jaka zostaje poruszona, dotyczy postępującej technicyzacji społeczeństwa. Karidian, jak i jego córka, niejednokrotnie poddają silnej krytyce poleganie przez człowieka na maszynach czy wręcz stawanie się ich niewolnikiem. Karidian otwarcie stwierdza, że człowieczeństwo upadło w obliczu skrajnego stechnicyzowania świata, a pogoń za udoskonalaniem ludzi została zapomniana. Odcinek nie próbuje opowiedzieć się jednak ani za, ani przeciw temu komentarzowi, raczej kontrastuje z nim członków załogi Enterprise'a, ze szczególnym wskazaniem na kapitana Kirka, którzy ponownie mają służyć jako inspiracja dla widza, pokazująca, że w każdym środowisku powinno być miejsce na nowoczesność i człowieczeństwo, jak i na moralność i współczucie.

Oczywiście najwyrazistszym tematem jest tu zatracanie się w zemście, widoczne na przykładzie Kirka i Rileya. Jak można przypuszczać, Kirkowi udaje się opanować swoje prymitywne pragnienia. Ponownie odsyła nas to do motywu traktowania jego postaci, jak i całej załogi, jako przykładu idealnej ludzkości wg Gene'a Roddenberry'ego – a przynajmniej na tyle idealnej, na ile pozwalał mu ówczesny paradygmat społeczno-polityczny, w obrębie którego tworzono serial.

Nie tylko jednak dramatem żyje odcinek. Kilka scen rodem z delikatnej komedii zostało przemyconych w postaci rozmów Spocka z ironizującym McCoyem. Pojawia się również obrazek z życia załogi po godzinach służby, którego najjaśniejszym punktem jest piosenka wykonywana przez Uhurę (śpiewana przez samą aktorkę Nichelle Nichols), wykorzystana jako doskonały kontrast wobec rozgrywającego się na ekranie zamachu na życie Rileya. Tym samym The Conscience of the King tętni życiem i emocjami na każdym pokładzie statku.

Nie oznacza to niestety, że nie pojawiło się kilka potknięć. Przede wszystkim razi brak odpowiedniego wytłumaczenia motywacji kapitana. Jego nagły fanatyzm jawi się jako zbyt niespodziewany. Wystarczyłby prosty zabieg poinformowania widzów, że na Taurusie IV np. przebywali jego bliscy, by jego zachowanie stało się całkowicie akceptowalne. Niekonsekwentnie twórcy podchodzą też do tajemnicy tożsamości Karidiana. Widz praktycznie nie ma żadnych wątpliwości co do jego osoby, choć Kirk co chwila powtarza, że nie ma pewności, że Keridian to Kodos. Na szczęście wprowadzono wystarczająco wiele zwrotów fabularnych, aby kryminalna u rdzenia zagadka finalnie nie była zupełnie przewidywalna.

Warto też pochwalić pojawiających się gościnnie aktorów. Arnold Moss idealnie wypada jako teatralny aktor, skrywający tajemnicę z przeszłości. Udanie partneruje mu Barbara Anderson, której garderoba zmienia się 7 razy, przez co stała się rekordzistką w posiadaniu ilości ubrań ze wszystkich postaci w Star Treku. Uzupełnia to jej zmienną osobowość, jak i zgrywa się z zawodem popularnej aktorki, flirtującej z kapitanem flagowego statku Gwiezdnej Floty.

The Conscience of the King jest jednym z najciekawszych odcinków serialu. Pełen sprzecznych emocji, z niespotykanymi zachowaniami załogi, prezentujący rozwiązania wcześniej w serialu nie stosowane oraz rozbudowujący postać kapitana. Jest skaza okrucieństwa na pańskiej lśniącej zbroi – w pewnym momencie słyszy Kirk. Okazuje się, że i on nie jest idealny; jak zawsze jednak potrafi dokonać słusznego wyboru.

[caption id="attachment_8503" align="aligncenter" width="694"] Ostatni akt.[/caption]

Garść ciekawostek:

- Tytuł odcinka pochodzi bezpośrednio z Hamleta (Akt 2., scena 2.) Williama Szekspira, tak samo jak motyw sumienia władcy, sceny ujawnienia jego zbrodni podczas sztuki teatralnej, motyw szaleństwa oraz część dialogów. W odcinku pojawiają się także odniesienia do Makbeta.

- Uważny widz zauważy, że na tym etapie istnienia serialu wciąż jeszcze nie stworzono koherentnego uniwersum. Wskazują na to wzmianka McCoya, że Vulcanie zostali w przeszłości podbici – informacja, która zostanie zaprzeczona w przyszłości (dokładniej w The Immunity Syndrome) – oraz użycie nazwy „Gwiezdna Służba”, później zastąpionej „Gwiezdną Flotą”.

- W omawianym odcinku możemy zobaczyć Enterprise w trybie nocnym, co stanowi jedyną taką okazję. Aby lepiej oddać cykl życia ziemskiego, w określonych godzinach zmienia się oświetlenie na statku. W przyszłości najwidoczniej jednak o tym zapomniano, gdyż w scenach, które prawdopodobnie rozgrywają się nocą bądź późnym wieczorem, oświetlenie nie będzie ulegać już zmianie.

- Jak pisałem przy okazji omawiania Miri, Grace Lee Whitney została zwolniona z serialu. Mimo to można ją zobaczyć w epizodycznej roli w The Conscience of the King. Pierwotnie jej scena miała być dłuższa, jednak Whitney została zwolniona na tydzień przed rozpoczęciem prac nad odcinkiem. Po nakręceniu swojej sceny aktorka poszła do przebieralni, gdzie, znajdując się w stanie silnego przygnębienia, upiła się.

- Po raz pierwszy muzyczny motyw przewodni pojawia się jako muzyka diegetyczna, usłyszeć go można podczas party zorganizowanego przez Toma Leightona – pierwszej osoby, która zauważa podobieństwo Karidiana z Kodosem.

- Tymczasem utwór, który wykonuje w odcinku Nichelle Nichols, nosi tytuł Beyond Antares i można go posłuchać tutaj.

- Przyszły producent i scenarzysta kolejnych inkarnacji Star Treka Ronald D. Moore wymienia The Conscience of the King jako swój ulubiony odcinek.



STAR TREK
The Galileo Seven
sezon 1., odcinek 13.

Reżyseria: Robert Gist
Scenariusz: Oliver Crawford i S. Bar-David
Data pierwszej emisji: 05.01.1967

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Don Marshall – Boma
DeForest Kelley – Leonard McCoy
James Doohan – Montgomerry Scott
George Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
John Crawford – komisarz Ferris
Peter Marko – Gaetano
Phyllis Douglas – chorąży Mears

[caption id="attachment_8504" align="aligncenter" width="700"] Wahadłowiec Galileusz 7 w hangarze.[/caption][caption id="attachment_8505" align="aligncenter" width="700"] Spock naprawia wahadłowiec.[/caption][caption id="attachment_8506" align="aligncenter" width="700"] Galaktyczny komisarz.[/caption][caption id="attachment_8507" align="aligncenter" width="700"] Gigantyczni tubylcy atakują.[/caption]

Logiczny odcinek

Po dwunastu odcinkach z Jamesem T. Kirkiem znajdującym się nieprzerwanie na pierwszym planie, twórcy postanowili zaprezentować fabułę, w centrum której znalazłby się zastępca kapitana Enterprise'a – pan Spock. Postać ta zdobyła rzesze fanów i prędko stała się jedną z wizytówek serialu, głównie dzięki swojemu logicznemu, pozbawionemu emocji podejściu do życia, doskonale zaprezentowanym w kultowej kreacji Leonarda Nimoya. Jako że jego poglądy są – obok uszu – najbardziej wyróżniającą go cechą spośród reszty postaci, uznano, że skupienie się na skontrastowaniu logiki Spocka z emocjonalnym charakterem ludzi powinno być główną siłą napędową scenariusza. A ponieważ Vulcanin z dość dużą swobodą odnajdywał wspólny język z kapitanem, ustawiono go w otoczeniu mniej przychylnie nastawionych wobec jego poglądów osób. W naturalny sposób wykreowano tym samym konflikt, jakiemu czoła musi stawić kosmita.

Pomysł na scenariusz Oliver Crawford zaczerpnął z filmu Johna Farrowa pod tytułem Five Came Back z 1939 roku, gdzie przedstawiono losy załogi i pasażerów samolotu rozbitego na wyspie pełnej łowców głów; żeby ujść z życiem piloci muszą czym prędzej naprawić uszkodzoną maszynę. Zarys fabuły The Galileo Seven jest niemal identyczny: Enterprise przygląda się z bliska kosmicznym fenomenom i celem ich zbadania wysyła wahadłowiec pod dowództwem pana Spocka, z drem McCoyem, Scottym i czterema innymi członkami załogi na pokładzie – w tym porucznikiem Bomą i chorążym Mears. Z powodu nieprzewidzianych wydarzeń wahadłowiec o nazwie Galileusz zostaje uszkodzony i ląduje na najbliższej planecie, jak się okazuje - zamieszkałej przez prymitywnych gigantów.

Rozbitkowie nie tylko muszą naprawić pojazd. Okazuje się również, że mają za mało paliwa, aby wszystkich zabrać w podróż powrotną. Z tym drugim problemem bardzo chętnie chcą im pomóc mieszkańcy planety – ogromne i żądne krwi bestie. Co więcej, nawet naprawiony wahadłowiec będzie w stanie wylecieć tylko na orbitę, a postaciom pozostanie mieć nadzieję, że zostanie wypatrzony przez Enterprise'a, który – jak się okazuje – ma uszkodzone wszystkie transportery i sensory. Jakby tego było mało, kapitan ma tylko dwie doby na przeprowadzenie rozległych poszukiwań, gdyż musi terminowo dostarczyć leki mieszkańcom kolonii dotkniętej plagą, o czym co chwila przypomina mu natrętny galaktyczny komisarz. W drugim wątku odcinka miłośnicy science-fiction z pewnością zauważą podobieństwa do filmu Kierunek Księżyc (Destination Moon, Irving Pichel, 1950); najpewniej nie są to podobieństwa przypadkowe, co zdaje się potwierdzać fakt, że film Pichela jest adaptacją powieści Rocket Ship Galileo.

Fabuła, jak było wzmiankowane, stanowi przede wszystkim pretekst do pozostawienia Spocka w otoczeniu rozemocjonowanych ludzi, których umieszczono na kursie kolizyjnym z logiką Vulcanina. Zderzenie poglądów przebiega dość agresywnie jako że śmierć czai się niemal za każdą skałą nieprzyjaznej planety, a czasu na naprawę wahadłowca jest coraz mniej. Niestety, twórcom nie udało się z wprawą pokazać zalety i wady kontrastujących poglądów, przez co wyraźnie logiczna droga Spocka ustępuje tutaj drodze emocjonalnej. Jednak, stwierdzić należy, to nie logika Spocka jest tutaj wadliwa, a jej przedstawienie przez scenarzystów, czasami bazujące na nonszalanckim podejściu do wcześniej ustanowionych praw uniwersum. Najbardziej problem ten widoczny jest, gdy Spock próbuje przestraszyć prymitywnych obcych pokazem możliwości nowoczesnych technologii. Aby nie zabić tubylców, czyni to poprzez wykonanie strzału z fazera w skałę nieopodal, co zostaje zaprezentowane jako porażka logicznego podejścia, nie będącego w stanie przewidzieć, że podobny ruch może jeszcze bardziej ich rozsierdzić. Jednak każdy uważny widz serialu pamięta, że fazery mają kilka poziomów mocy, z czego te o niższym poziomie można wystrzeliwać w przeciwnika bez obaw o zrobienie mu większej krzywdy niż ogłuszenie.

[caption id="attachment_8508" align="aligncenter" width="700"] Wnętrze wahadłowca.[/caption][caption id="attachment_8509" align="aligncenter" width="700"] Spock odnajduje ciało członka załogi.[/caption][caption id="attachment_8510" align="aligncenter" width="700"] Efekt mgły zasłaniający martwe ciało załoganta.[/caption][caption id="attachment_8511" align="aligncenter" width="700"] Boma - największy przeciwnik logiki Spocka.[/caption]

Zamiast bardziej logicznego podejścia do zagadnienia, twórcy decydują się więc na przypominanie widzowi, że jedynie posiadanie emocji daje zdolność przewidzenia ruchów innej osoby. Postrzegać to można jako główną wadę odcinka, gdyż wydaje się, jakby specjalnie został on napisany tak, by umniejszyć przydatność logicznego podejścia Spocka do dowodzenia. Być może jest to fanowskie zawodzenie z mojej strony, lecz uważam, że zasadne (i bardziej logiczne) byłoby założenie, że Spock, nawet jeśli sam nie odczuwałby emocji (a przecież wiemy, że je czuje), potrafiłby zrozumieć zachowanie i przewidzieć emocjonalne odpowiedzi innych ras – tym bardziej, że na strzał z fazera nie ma aż tak wielu możliwości reakcji. Ponadto warto zwrócić uwagę, iż Spock cały swój czas spędza z ludźmi, więc poznaje nielogiczne zwyczaje bez przerwy.

Mimo tego, The Galileo Seven stanowi dość ciekawy wgląd w postać kosmity w kontekście rozwijania jego emocjonalnej strony i jej akceptacji. Wiele lat później Spock powie „logika to dopiero początek”, wskazując na udane scalenie tych dwóch stron ludzkiej osobowości. Można omawiany odcinek traktować jako początek drogi do tej konstatacji. Tym razem Spock bowiem zostaje zmuszony do podjęcia decyzji bazującej na emocjach, choć jeszcze pod płaszczykiem logicznego podejścia do problemu: skoro wszystkie logiczne rozwiązania nie przynoszą skutku, logika podpowiada, że należy skorzystać z rozwiązania nielogicznego. Niestety twórcy nie zauważają, że to rozwiązanie było faktycznie logiczne - zamiast tego usiłują wmówić widzowi, że był to „czysto emocjonalny czyn”.

Przedstawicielem emocji w The Galileo Seven zaskakująco nie jest dr McCoy (który i tak nie powstrzyma się przed kilkoma sarkastycznymi uwagami), lecz Boma. Umieszczony tylko w tym odcinku załogant będzie co chwila sprzeciwiał się rozkazom Spocka, aż do momentu wzburzenia samych McCoya i Scotty'ego. Główna kość niezgody pojawia się, gdy jeden z oficerów ginie. Boma nalega, aby Spock wygłosił mowę pogrzebową, co zastępca kapitana uważa za rzecz całkowicie zbędną i decyduje się poświęcić czas na naprawę wahadłowca. Podobne konflikty rodzą się, gdy jedynym komentarzem po śmierci załoganta jest ocena efektywności wykorzystanej do jego zabicia broni. Na szczęście twórcy udanie wskazują, że nie można mylić zimnego podejścia Spocka z jego brakiem zainteresowania problemami innych. W tym kontekście warto jeszcze raz przypomnieć, że jego próby odstraszenia prymitywnych gigantów są wyborem mniejszego zła. Vulcanin nie pozwala bowiem załodze zabić ani jednego z mieszkańców planety, komentując „zadziwiający brak poszanowania dla życia, jaki wykazują ludzie”. Stąd też, choć poglądy Bomy, jako bardziej ludzkie prawdopodobnie są bliższe opiniom większości widzów, to nie da się nie kibicować w światopoglądowych potyczkach Spockowi.

Kapitanowi Kirkowi poświęcono mało czasu, na pokładzie Enterprise'a bowiem dzieje się niewiele. Irytujący komisarz co chwila pogania Kirka, nadając swojej postaci cech braku wrażliwości i absurdalności. Rola Kirka ogranicza się zaś tylko do sprawdzania czy urządzenia na statku działają sprawnie i czy któryś z rozbitków został już odnaleziony. Sekundują mu w doglądaniu postępów Uhura i Sulu.

Choć ostatecznie odcinkowi brakuje wyobraźni i logicznej myśli autorów scenariusza, stanowi on interesujący wgląd w sposób funkcjonowania Spocka w sytuacji dowodzenia podczas jego pierwszej tego typu misji. Żywe dialogi, świetnie ukazane relacje między postaciami i ogólne wrażenie otaczającego nas niebezpieczeństwa są wystarczającymi zaletami, by uznać odcinek za udany.



Garść ciekawostek:

- The Galileo Seven jest ostatnim odcinkiem, na potrzeby którego sfilmowano nowe ujęcia wahadłowca. W późniejszych odcinkach korzystano już tylko z nagranych wcześniej fragmentów, nakładanych na różne tła.

- Nigdy nie przyjrzymy się dobrze prymitywnym bestiom z przodu, ponieważ uznano, że makijaż autorstwa Wah Changa jest zbyt groteskowy. Sfilmowano tylko jedno zbliżenie, lecz zostało ono usunięte. Ponadto telewizja NBC nie pozwoliła na pokazanie włóczni wbitej w plecy jednej z postaci. Stąd też w scenie, gdzie ciało zabitego miało być widoczne, pół ekranu zostaje nagle zasłonięte efektem przypominającym mgłę.

- Według pierwotnych planów Janice Rand miała być jednym z rozbitków, jednak po usunięciu Grace Lee Whitney z obsady zmieniono postać na Mears, w którą wcieliła się Phyllis Douglas.

- Po raz pierwszy pojawia się w serialu informacja, że na statku znajduje się więcej niż jeden transporter.

- Po raz pierwszy w serialu pojawia się stopień chorążego.

- Motyw muzyczny w czołówce serialu został zmodyfikowany.

- Kolejnym potwierdzeniem, że Zjednoczona Federacja Planet została wymyślona później, jest tytuł wspomnianego w recenzji komisarza Ferrisa. Jego pełna wersja brzmi „Galaktyczny Starszy Komisarz”; gdy dwa lata później pojawia się inny komisarz, użyta jest już nazwa „Federacyjny Starszy Komisarz”.

W napisaniu dzisiejszego artykułu pomogła mi książka A Brief Guide to Star Trek autorstwa Briana J. Robba (Philadelphia, 2012).





8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2019 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 8.: I speak of rights. A machine has none. A man must!



Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
Court Martial
sezon 1., odcinek 14.

Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Don M. Mankiewicz i Steven W. Carabatsos
Data pierwszej emisji: 02.02.1967

Obsada:
William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

Percy Rodriguez - Stone
Elisha Cook - Cogley
Joan Marshall - Areel Shaw
DeForest Kelley - Leonard McCoy
Nichelle Nichols - Uhura
Richard Webb - Finney
Hagan Beggs - sternik
Winston DeLugo - Timothy
Alice Rawlings - Jame Finney

[caption id="attachment_10156" align="aligncenter" width="700"] Widok na Bazę Gwiezdną 11.[/caption]

Star Trek jako niewątpliwie drogi na ówczesne warunki serial, lecz także jako serial mający coraz większe problemy z dotarciem do szerokiego grona odbiorców, musiał prędzej czy później przejść w tryb oszczędzania. Z tego też powodu, gdy nadszedł czas na przygotowanie 14. odcinka, producent Gene L. Coon skontaktował się ze scenarzystą Donem M. Mankiewiczem, prosząc go o napisanie emocjonującego, dramatycznego scenariusza, lecz zarazem takiego, który można będzie sfilmować na jednym planie zdjęciowym. Mankiewicz przyjął zlecenie i 21 września 1966 roku wręczył producentom scenariusz zatytułowany Court-martial on Starbase Eleven. Jego pomysłem było stworzenie odcinka na wzór dramatu sądowego, gdzie kapitan Kirk zostanie oskarżony o morderstwo podwładnego. Producentom pomysł się spodobał, uznali jednak, że scenariusz wymaga znacznych poprawek; Mankiewicz nie był dostępny aby je wykonać, toteż przeróbkami zajął się konsultant fabularny, pracujący przy Star Treku: Steven W. Carabatsos.

Carabatsos dokonał wielu zmian, z czego kilka zasługuje na wspomnienie. Po pierwsze usunął dwie sceny: pokazującą dlaczego zmienia się nastawienie córki Benjamina Finneya - osoby, którą miał zabić Kirk - względem kapitana Enterprise'a oraz scenę, gdzie wprost informuje się widza o niestabilnej psychice antagonisty z omawianego odcinka. Zamiast pierwszej z nich umieścił krótkie wyjaśnienie przemiany dziewczyny w dialogu z kapitanem, co pozwoliło zaoszczędzić czas potrzebny na kręcenie odcinka; była to z pewnością rozsądna decyzja, jako że okres zdjęciowy i tak potrwał pół dnia za długo niż powinien. Drugiej usuniętej sceny nie zastąpił zaś żadną inną. Autor poprawek słusznie bowiem zauważył, że ekspozycyjny dialog dotyczący antagonisty jest zupełnie niepotrzebny, gdyż jego słowa i czyny wystarczająco świadczą o paranoi i problemach psychicznych. Na koniec Carabatsos skrócił także tytuł odcinka, zmieniając go na Court Martial.

[caption id="attachment_10158" align="aligncenter" width="700"] Córka Benjamina Finneya spotyka mordercę (?) swojego ojca.[/caption]

Mimo modyfikacji scenariusza i pierwotnych zamierzeń w kwestii oszczędzania, produkcja odcinka okazała się się droższa niż zakładano. Głównym tego powodem był fakt, że zamiast ograniczyć akcję Court Martial do jednego pomieszczenia, na jego potrzeby zbudowano aż cztery nowe plany zdjęciowe. Jeden z nich służył za biuro komodora Stone'a. Sam Stone jest o tyle interesującą postacią, że zajmuje on najwyższe – spośród czarnoskórej obsady – stanowisko w całym serialu. Jako przełożony Kirka to on prowadzi jego przesłuchiwanie, on decyduje o zwołaniu sądu wojennego i on też temuż sądowi przewodzi. Biorąc pod uwagę okres powstania odcinka, tego typu decyzja jawi się jako dość nowatorska i uzupełnia antyrasistowskie przesłanie serialu – wciąż obecne, nawet jeśli na drugim planie. Ciekawostką jest też widoczna na ścianie gabinetu Stone'a tablica z numerami rejestracyjnymi różnych statków gwiezdnych służących w Gwiezdnej Flocie. Jej autor – Greg Jein – stworzył ją na podstawie różnych notatek produkcyjnych, po tym jak uznano, że statki te będą statkami klasy konstytucyjnej, czyli ciężkimi krążownikami, do jakich zalicza się także USS Enterprise. Jednym z wymienionych pojazdów jest USS Intrepid, który – co zostanie potwierdzone w przyszłości – jest obsługiwany przez załogę składającą się wyłącznie z Vulkan. A skoro już jestem przy ciekawostkach, to nie mogę pominąć faktu, że to właśnie w tym odcinku po raz pierwszy użyte zostały nazwy Gwiezdna Flota (Starfleet) i Dowództwo Gwiezdnej Floty (Starfleet Command).

[caption id="attachment_10154" align="aligncenter" width="700"] Komodor Stone obserwuje podejrzanego; na ścianie wisi lista numerów rejestracyjnych ciężkich krążowników.[/caption][caption id="attachment_10157" align="aligncenter" width="700"] Na potrzeby odcinka stworzono także bar znajdujący się w bazie.[/caption]

Główna część Court Martial – jak można się spodziewać – skupia się na sprawie sądowej, przesłuchiwaniu świadków oraz prowadzeniu śledztwa w sprawie morderstwa. Mimo kilku kuriozów logicznych – o których później – odcinek broni się przede wszystkim żywiołowymi kreacjami aktorskimi, żywo zarysowanymi relacjami między postaciami (z główną trójcą na czele) oraz soczystymi dialogami. Oskarżycielem Kirka jest Areel Shaw, dawna ukochana kapitana i jeden z najlepszych oskarżycieli w Federacji. Jej sprawa opiera się na danych z komputera pokładowego, z których jasno wynika, że – czy to przez pomyłkę, czy z premedytacją – Kirk doprowadził do śmierci jednego ze swoich załogantów, z którym na dodatek miał już wcześniej zatarg. Fakt, że głównym dowodem w sprawie są informacje pochodzące z komputera oraz z kamer na mostku w naturalny sposób pozwolił na wprowadzenie Spocka do większej ilości scen jako osoby "wiedzącej wszystko, co tylko można wiedzieć o komputerach". Wynikło to oczywiście klasycznie trekowymi scenami zarówno z podbijającym kobiece serca Kirkiem, jak i na wskroś logicznym Spockiem. Na pochwałę zasługuje również sposób prezentacji nagrania pochodzącego z kamer pokładowych; przedstawia się ono tak, jak tego typu nagranie wyglądać powinno, a nie – jak to często bywa – jak normalnie nakręcona scena.

Obrońcą Kirka zostaje natomiast kochający książki i niechętny komputerom ekscentryczny adwokat Samuel T. Cogley. To on wypowie praktycznie wszystkie kwestie podsumowujące przesłanie odcinka, mówiące o konieczności zachowania maszyn jako pomocy dla życia i rozwoju człowieka, a nie jako jego substytut. Tak pokaźna grupa barwnych postaci – a kilka zapadających w pamięć kwestii i scen przypadnie też w udziale wygadanemu drowi McCoyowi – sprawia, że Court Martial okazuje się być niezwykle przyjemnym odcinkiem o dość sporym wyczuciu dramaturgicznym, świetnie podkreślanym także dzięki muzyce Alexandra Courage'a.

[caption id="attachment_10159" align="aligncenter" width="700"] Oskarżycielka Shaw i Spock na pozycji świadka; warto zwrócić uwagę na oficjalną wersję uniformu żeńskiego, który pojawia się tylko w tym odcinku.[/caption][caption id="attachment_10160" align="aligncenter" width="700"] Obrońca kapitana Kirka i jego książki.[/caption][caption id="attachment_10161" align="aligncenter" width="700"] Sala rozpraw w Bazie Gwiezdnej, także zbudowana na potrzeby odcinka.[/caption]

Nie obyło się jednak bez kilku wad. Po pierwsze, razi projekt panelu na fotelu kapitańskim Enterprise'a; ciężko jest uwierzyć, że umieszczono potencjalnie zagrażający życiu załoganta przycisk zaraz pod przyciskiem włączającym czerwony alarm i do tego w żaden sposób go nie zabezpieczono przed omyłkowym wciśnięciem. Wygląd panelu został najpewniej wymuszony przez fabułę odcinka, gdyż tylko taki wzór mógł zasugerować widzom, że w tym konkretnym momencie Kirk faktycznie byłby w stanie się pomylić. Sądzę jednak, że żaden widz nigdy nawet nie podejrzewał, że kapitan Enterprise'a jest w ogóle zdolny do popełnienia błędu. Najbardziej kuriozalna jest jednak poprzedzająca finał sekwencja na mostku. W jej trakcie – aby wykryć osobę ukrywającą się na pokładzie statku – Spock i Kirk teleportują wszystkich – poza osobami na mostku – do bazy gwiezdnej, po czym zwiększają czułość mikrofonów na pokładzie Enterprise'a aby słyszeń z nich każdy dźwięk. Sekwencja jest cokolwiek dziwaczna z dwóch powodów; po pierwsze nie słychać żadnych odgłosów poza biciem serc osób na statku, a nie są to raczej najgłośniejsze elementy otoczenia i pewnie łatwiej byłoby wykryć odgłosy poruszania się poszukiwanego. Po drugie, w trakcie tej sekwencji McCoy używa specjalnego urządzenia aby wyciszać dźwięk bicia serca każdej osoby na mostku pojedynczo, co stanowi jedynie chwyt dramatyczny, nie mający żadnego usprawiedliwienia logicznego, tym bardziej, że – jak się okazuje – można zasięg mikrofonów komputera ograniczyć do konkretnych pokładów czy pomieszczeń korzystając z pulpitu obsługiwanego przez Spocka.

Widzowie także pewnie zwrócą uwagę, że przed finałem odcinka Cogley opuszcza mostek, obiecując równocześnie rychły powrót, który jednak nigdy nie następuje. Zamiast tego pojawia się później narracja z offu, w której Kirk informuje oglądających o planie swoim i adwokata. Oryginalnie plan ów miał się faktycznie rozwinąć na oczach widzów i nawet został w całości sfilmowany, lecz z powodu przekroczenia czasu trwania przeznaczonego na odcinek ostatecznie zdecydowano się na wycięcie związanych z nim scen i zamiast nich wykorzystano wspomnianą narrację. Osobiście sądzę, że lepszym pomysłem byłoby skrócenie sekwencji z biciem serc.

[caption id="attachment_10162" align="aligncenter" width="700"] Widok z kamery umieszczonej na mostku Enterprise'a.[/caption][caption id="attachment_10163" align="aligncenter" width="700"] Spock gra z komputerem w trójwymiarowe szachy (rozwścieczając przy okazji dra McCoya).[/caption][caption id="attachment_10164" align="aligncenter" width="700"] Kapitan Kirk w oficjalnym uniformie.[/caption]

Słowem podsumowania: Court Martial mimo że z pewnością nie jest najlepszym z odcinków Star Treka, jest niewątpliwie odcinkiem udanym, dość nieźle trzymającym w napięciu oraz wykorzystującym cechy gatunkowe dramatu sądowego, co stanie się tradycją serii i podobne pomysły zawitają we wszystkich późniejszych inkarnacjach Star Treka. Zanim przejdziemy do kolejnych epizodów pragnę jeszcze przywołać informacje o medalach i wyróżnieniach trójki z głównych bohaterów serialu. Otóż, gdy każdy z nich siada na fotelu świadka podczas sądowej rozprawy, komputer wymienia przyznane im odznaczenia, co w przypadku Kirka znalazło humorystyczne wykorzystanie z powodu ich ogromnej ilości:

  • Dr Leonard McCoy został odznaczony przez Legion Honorowy Gwiezdnej Floty, ponadto posiada medal Stowarzyszenia Chirurgów Gwiezdnej Floty.

  • Porucznik Spock jest właścicielem dwóch orderów męstwa przyznanych przez Dowództwo Gwiezdnej Floty, a także został odznaczony przez Vulkański Naukowy Legion Honorowy.

  • Kapitan Kirk został tymczasem odznaczony Liściem Palmowym za misję pokojową Axanar, Orderem Taktycznym Grankite (za zasługi strategiczne), Preantareską Szarfą Pochwalną (pierwszego, jak również drugiego stopnia), Medalem Honorowym Gwiezdnej Floty, kilkunastoma Srebrnymi Dłońmi Gwiezdnej Floty (każda przyznana za wykazanie się niezwykłym bohaterstwem), Pochwałą Gwiezdnej Floty za Szczególną Odwagę, Karagite'owym Orderem Heroizmu – i na tym wyróżnieniu komputer został poproszony o przerwanie wymieniania.

Stare pomysły w (nie do końca) nowych szatach



STAR TREK
The Menagerie, Part I 
oraz The Menagerie, Part II
sezon 1., odcinki 15-16.

Reżyseria: Marc Daniels i Robert Butler
Scenariusz: Gene Roddenberry
Data pierwszej emisji: 17.11.1966 oraz 24.11.1966

Obsada:
William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

Jeffrey Hunter (gościnnie) - Christopher Pike (materiały z The Cage)
Susan Oliver (gościnnie) - Vina (materiały z The Cage)
Malachi Throne - José I. Mendez
Majel Barrett - Numer Jeden (materiały z The Cage)
Peter Duryea - José Tyler (materiały z The Cage)
John Hoyt - Phil Boyle (materiały z The Cage)
Adam Roarke - Garison (materiały z The Cage)
DeForest Kelley - Leonard McCoy
James Doohan - Montgomery Scott
Nichelle Nichols - Uhura
Sean Kenney - Christopher Pike

[caption id="attachment_10175" align="aligncenter" width="707"] Kapitan Pike powraca do Star Treka...[/caption][caption id="attachment_10176" align="aligncenter" width="707"] ...lecz po wypadku jest niezdolny do samodzielnej egzystencji. Warto przy okazji nadmienić, że wózek inwalidzki Pike'a stał się jednym z bardziej kultowych projektów z serialu, do którego nawiązania będą pojawiać się w innych popkulturowych tworach, np. w Futuramie.[/caption]

Gene Roddenberry – wiecznie szukający sposobów na rozwijanie swojej kariery – po tym, jak pierwszy pilot Star Treka został odrzucony, planował przerobienie go na pełnometrażowy film. Choć z planów podboju srebrnego ekranu ostatecznie nic nie wyszło i produkcja kinowej wersji The Cage nigdy nawet nie ruszyła, to – jak się okazało – nie był to jeszcze koniec historii niewyemitowanego pilota. W połowie kręcenia pierwszego sezonu Star Treka sprawy przybrały bowiem nieco zaskakujący obrót: producentom skończyły się scenariusze na kolejne odcinki. Napisanie nowych scenariuszy było oczywiście zadaniem cokolwiek czasochłonnym, a w tym przypadku sprawy komplikował fakt, że nie tylko nową historię należało wymyślić naprędce, ale i w formie, którą będzie można później szybko zrealizować. Sytuacja była tym bardziej stresująca, że w razie niewyrobienia się w czasie serialowi groziło wstrzymanie produkcji. Robert Justman postanowił więc, że nie ma sensu szukać nowych scenarzystów czy konsultować się ze starymi, zamiast tego poprosił twórcę serialu – Gene'a Roddenberry'ego – aby sam napisał scenariusz, który zajmie czas przeznaczony na dwa odcinki i przywróci Star Treka z powrotem do produkcyjnej normalności. Roddenberry zasiadł zatem czym prędzej do pisania i po czterech dniach pracy zaprezentował scenariusz dwuczęściowej historii, zatytułowanej The Menagerie; jej nakręcenie zajęło zaledwie 5 i pół dnia, co okazało się idealnym rozwiązaniem dla serialu i wyprowadziło go z kolejnych już kłopotów. Do pracy nad odcinkami zaproszono następnie Roberta Butlera, reżysera The Cage, odmówił on jednak powrotu na plan zdjęciowy serialu. Zastąpił go więc akurat obecny na planie zdjęciowym Marc Daniels, który wyreżyserował The Menagerie back-to-back z Court Martial.

[caption id="attachment_10177" align="aligncenter" width="707"] Kolejny sąd wojskowy na pokładzie Enterprise'a, tym razem na pozycji oskarżonego zasiada Spock.[/caption]

Tak szybka realizacja The Menagerie mogła być możliwa, gdyż jako podstawę fabularną Roddenberry wykorzystał nieznany ówczesnym widzom The Cage. Choć więc główna oś fabularna rozgrywa się wokół Spocka porywającego Enterprise'a aby zabrać Christophera Pike'a – swojego dawnego dowódcę i poprzedniego kapitana statku gwiezdnego – na zakazaną planetę Talos IV, to więcej czasu widzowie spędzają na retrospekcjach, wyjaśniających podjęcie przez półvulkańskiego oficera decyzji, która może nie tylko zagrozić jego karierze w Gwiezdnej Flocie, ale również negatywnie wpłynąć na przyjaźń z kapitanem Kirkiem. Retrospekcje te – oczywiście – składają się ze scen wyciętych z The Cage.

Biorąc pod uwagę genezę powstania tego podwójnego odcinka jest pewnym paradoksem, że The Menagerie prędko został uznany za jeden z najlepszych epizodów serialu, co zostało potwierdzone otrzymaniem przez dwuczęściową historię nagrody Hugo, wyróżnienie jakie później przyznano jeszcze tylko jednemu odcinkowi Star Treka. Co więcej po zremasterowaniu obie części zostały połączone w jeden film, który w 2007 roku – niejako spełniając marzenie Roddenberry'ego – został dwukrotnie wyświetlony w kinie wraz z dołączoną specjalną wiadomością od syna twórcy serialu oraz z dwudziestominutowym reportażem opowiadającym o tworzeniu odcinków.

[caption id="attachment_10178" align="aligncenter" width="707"] Spock przejmuje kontrolę nad Enterprisem.[/caption][caption id="attachment_10179" align="aligncenter" width="707"] Kirk i McCoy nie potrafią zrozumieć postępowania swojego przyjaciela.[/caption]

Oglądanie The Menagerie bez znajomości The Cage – czyli tak, jak oryginalnie zakładano – było z pewnością bardziej interesujące niż oglądanie go zaledwie 15 odcinków po The Cage, kiedy to wydarzenia z niewykorzystanego pilota są jeszcze dość świeże w pamięci widza. Stąd też wiele z uroku odcinków zostało w dzisiejszych czasach utracone z powodu ogólnej dostępności pierwszego pilota. Pomijając jednak ten aspekt, należy uznać The Menagerie za bardzo istotny odcinek w historii nie tylko serialu, lecz uniwersum Star Treka w ogóle. Po pierwsze dokładniej nakreśla on relację między Spockiem i Pikem, pokazując, że zanim Spock został zastępcą kapitana Kirka prowadził już wcześniej interesujące życie i już wcześniej zawiązywał wielkie przyjaźnie. Zostaje też pokazane, że jako osoba wyjątkowo lojalna swoim przyjaciołom, jest w stanie narazić własne życie i karierę, aby pomóc im w potrzebie. Poza tym jednym wydarzeniem, stanowiącym retrospekcję odcinka, widzowie nie poznają już później praktycznie żadnych szczegółów z przeszłości Spocka w Gwiezdnej Flocie. W tym kontekście mniej zatem dziwi wykorzystanie postaci Pike'a i Spocka w 2. sezonie Star Trek: Discovery i w Short Treks, gdzie poznajemy lepiej nie tylko relacje łączące Spocka z kapitanem Pikem czy Numer Jeden, lecz również dzięki inherentnemu dla osoby Pike'a tragizmowi – wynikającemu z naszej znajomości jego przyszłego losu – zaczynamy odczuwać silniejszą z nim więź.

Los potraktował bowiem dawnego dowódcę Enterprise'a okrutnie. Stał się ofiarą wypadku, który sprawił, że nie tylko nie może się poruszać o własnych siłach, lecz także stracił niemal całkowicie zdolność porozumiewania się z otaczającym go światem; jego jedynym sposobem komunikacji są migające światełka na wózku inwalidzkim, odczytujące sygnały z mózgu i tłumaczące je jako „tak” lub „nie”. Sprawia to, że choć lwia część The Menagerie składa się z materiałów nakręconych na potrzeby The Cage – i powtarza tym samym lejtmotyw pierwszego pilota – ów motyw wzbogaca opowieścią o poświęceniu siebie dla słusznej sprawy i/lub przyjaźni (zarówno na przykładzie Spocka, jak i Pike'a), co stanowi klasyczny temat Star Treka, stale do serii powracający, a który do tego stopnia nie był wcześniej poruszany. Interesującym jest również fakt dodatkowego skomentowania roli wirtualnej rzeczywistości. W The Cage dominowała krytyka chęci zbyt częstego korzystania ze sztucznego świata, nawet mimo obecności kontrapunktu w postaci Viny, zdeformowanej w wyniku wypadku kobiety, dla której życie w wykreowanej przez Talosian iluzji było – według niej przynajmniej – lepszym wyjściem niż pełna bólu egzystencja poza nią. Ten motyw jest tutaj rozwinięty na przykładzie kapitana Pike'a, który jest całkowicie niezdolny do normalnego funkcjonowania, toteż korzystanie z wirtualnej rzeczywistości w jego i jemu podobnych przypadkach nie tylko może mieć faktycznie korzystne rezultaty, ale jawi się wręcz jako jedyny sposób na możliwość kontynuacji życia, które byłoby czymś więcej aniżeli bierną, bolesną egzystencją.

[caption id="attachment_10180" align="aligncenter" width="707"] Oficjalny dokument dotyczący planety Talos IV. Czytamy w nim: "Żadnemu pojazdowi pod żadnym warunkiem, w stanie wyjątkowym lub innym, nie wolno udać się na Talos IV" (znany jako Bezwarunkowy Rozkaz 7).[/caption][caption id="attachment_10181" align="aligncenter" width="707"] Materiał z "The Cage" służy jako materiał filmowy wyjaśniający postępowanie Spocka.[/caption]

Obie części The Menagerie są zatem zdecydowanie interesującymi i wartościowymi odcinkami, choć pierwszy z dwójki epizodów prezentuje się zdecydowanie korzystniej, głównie dzięki udanemu nakreśleniu tragizmu Pike'a oraz wzbudzeniu zaskoczenia widza niespodziewanymi decyzjami Spocka. Druga część jest dość prostym doprowadzeniem do finału, w którym – do pewnego stopnia przynajmniej – Pike porzuca część ze swoich dawnych ideałów. Odcinek ponadto mocno się zestarzał w kwestii zaprezentowanej w nim technologii. Nawet w obecnych czasach osoba po wypadku podobnym do tego, którego ofiarą padł Pike miałaby znacznie łatwiejsze życie niż w wizji odległej przyszłości zaprezentowanej w Star Treku. Nawet jeśli Roddenberry nie był w stanie przewidzieć rozwoju technologii, to wątpię, że jako twórca licznych futurystycznych pomysłów wykorzystanych w serialu nie był w stanie wyobrazić sobie możliwości stworzenia lepszej maszyny do pomocy w funkcjonowaniu byłego dowódcy Enterprise'a. Skoro bowiem komputer odczytuje jego sygnały mózgowe i tłumaczy je na „tak” lub „nie”, to równie dobrze mógłby migające światełka wykorzystać do posługiwania się alfabetem Morse'a czy też światełka mogłyby zostać zastąpione głośnikami. Roddenberry jednak, zmuszony do napisania fabuły w sposób umożliwiający wykorzystanie jak największej ilości materiału z The Cage, musiał specjalnie utrudnić Pike'owi życie oraz zupełnie usunąć jego przyjaciół i rodzinę, którzy z niewyjaśnionych powodów są tu zupełnie nieobecni. Ale nawet mając na uwadze powyższe wady, i tak nie można zaprzeczyć, że The Menagerie jako odcinek tworzony w tak wielkim pośpiechu i pod presją groźby zatrzymania produkcji serialu, jest pozycją nie tylko udaną, lecz także do dnia dzisiejszego stanowiącą inspirację dla twórców kolejnych inkarnacji Star Treka; jako taka jest więc jedną z najważniejszych w historii całej serii.



8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2019 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 9.: Your violent intent and actions demonstrate that you are not civilized.



Kosmos, ostateczna granica...
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
Shore Leave
sezon 1, odcinek 17.

Reżyseria: Robert Sparr
Scenariusz: Theodore Sturgeon
Data pierwszej emisji: 29.12.1966

Obsada:
William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

DeForest Kelley - Leonard McCoy
George Takei - Hikaru Sulu
Emily Banks - Tonia Barrows
Oliver McGowan - opiekun
Perry Lopez - Rodriguez
Bruce Mars - Finnegan
Barbara Baldavin - Angela
Nichelle Nichols - Uhura
Marcia Brown - Alice
Sebastian Tom - wojownik
Shirley Bonne - Ruth

[caption id="attachment_10481" align="aligncenter" width="700"] Królik z "Alicji w Krainie Czarów" zawitał także w "Star Treku".[/caption]

Po naznaczonej trudnościami realizacji dwuczęściowego The Menagerie wszystko wskazywało na to, że prace nad kolejnymi odcinkami 1. sezonu serialu powinny przebiegać bezproblemowo. Powinny, ale nie przebiegały. Autorem scenariusza kolejnego z epizodów Star Treka był Theodore Sturgeon, jednak gdy dostarczył on wynik swojej pracy - jakim był szalony odcinek opatrzony tytułem Shore Leave - Gene Roddenberry był daleki od zadowolenia. Pełen niesamowitych wydarzeń scenariusz w znaczącym stopniu zacierał granicę między fantasy a science-fiction, co w wizji Star Treka jako serialu czysto „naukowego” było nie do zaakceptowania. Roddenberry czym prędzej odesłał więc scenariusz do Gene'a L. Coona, któremu przypadło zadanie naniesienia poprawek. Niestety, z powodu nieporozumienia między Roddenberrym i Coonem, ten drugi  zamiast usunąć elementy fantasy, dodał ich jeszcze więcej. Twórca Star Treka – niezbyt przejmując się faktem, że nadszedł już czas rozpoczęcia prac na planie odcinka – postanowił, że sam zmierzy się z pomysłami Sturgeona i przerobi je tak, by zgadzały się z koncepcją serialu. Tak też odcinek zaczęto filmować przed powstaniem ostatecznej wersji scenariusza. Oznaczało to, że codziennie dokonywano jakichś zmian, co wynikło finalnie przekroczeniem okresu zdjęciowego o jeden dzień. W samym odcinku natomiast wynikło poszarpanym tokiem narracji. W tym kontekście niezbyt dziwi, że mimo faktu napisania i dostarczenia przez Sturgeona scenariusza do sequela Shore Leave, prace nad kontynuacją nigdy nie ruszyły.

[caption id="attachment_10482" align="aligncenter" width="700"] Spora część odcinka upływa na oglądaniu bijatyki kapitana Kirka z jego rywalem z czasów uczęszczania do Akademii Gwiezdnej Floty.[/caption]

Po kilku bardziej dramatycznych epizodach, Shore Leave zabiera widzów na lżejszą przygodę, utrzymaną w nieco komediowym tonie. Odcinek rozpoczyna się od pokazania ogólnego zmęczenia panującego na pokładzie Enterprise'a; załoga już od długiego czasu nie miała możliwości na relaks, co negatywnie wpływa na ich zdrowie, zdolności skupienia się czy na czas reakcji. Prym w unikaniu odpoczynku wiedzie oczywiście kapitan Kirk, co też zostaje wykorzystane do humorystycznego, świetnie napisanego dialogu ze Spockiem, stanowiącego jedną z większych zalet odcinka. Spock motywuje w nim Kirka do teleportowania się na nowo odkrytą planetę, jawiącą się niczym raj dla wyczerpanej fizycznie i psychicznie załogi. Po przeniesieniu się na powierzchnię tego nowego świata sytuacja zaczyna jednak przybierać niespodziewanego obrotu; oto dr McCoy natyka się na postaci z Alicji w Krainie Czarów, Kirka atakuje rywal z czasów studiów w Akademii Gwiezdnej Floty, w okolicy zaczyna grasować agresywny tygrys, Sulu zostaje zaatakowany przez samuraja... Wygląda na to, że na tej niesamowitej planecie każda myśl może się zmaterializować.

Odcinek początkowo prezentuje się jako błyskotliwy, pełen humoru i kreujący nieco oniryczne wrażenie, lecz stopniowo traci impet na rzecz przeciąganych scen, wśród których niechlubnie wyróżnia się nużąca bijatyka Kirka z niespodziewanym gościem z przeszłości. Co prawda, później odcinek stara się wrócić do poziomu z początku, ale nigdy już nie odnosi takiego sukcesu, jak podczas pierwszego aktu. Shore Leave stanowi również niestety jeden z przykładów obecności seksizmu w serialu. Jego istnienie w Star Treku w dużej mierze jest odbiciem poglądów z czasów, w jakich serial realizowano, lecz również podejścia do tematu samego Roddenberry'ego. Twórca serialu po latach sam zresztą przyznał, że jego postawa wobec tej kwestii nie była najlepsza, toteż starał się ją poprawić – co udawało się z różnym skutkiem – podczas prac nad drugim serialem aktorskim osadzonym w uniwersum Star Treka. W Shore Leave jedną z głównych postaci jest młoda podchorąży Burrows, zastępująca na tej pozycji Janice Rand (zmiana spowodowana wcześniejszym zwolnieniem Grace Lee Whitney); zostaje ona dwukrotnie brutalnie zaatakowana przez „Don Juana”. Pierwszy atak zostaje przerwany przez Kirka i Spocka; Burrows spotykamy wtedy, gdy jest przestraszona i ma porozrywane ubranie, co niechybnie świadczy – i co później zostaje potwierdzone ponownym pojawieniem się „Don Juana” - o brutalnej, czynionej z zamiarem dokonania gwałtu napaści. Jednakże sugestia w odcinku jest taka, że Burrows (jak wcześniej Janice Rand w The Enemy Within) mniej lub bardziej świadomie tego właśnie pragnęła, w końcu agresywny atak o podłożu seksualnym na jej osobę jest manifestacją jej własnych myśli i pragnień. Nie jest to niestety ostatni z przykładów obecnego w Star Treku seksizmu.

[caption id="attachment_10483" align="aligncenter" width="700"] Burrows po pierwszym "romantycznym" ataku Don Juana.[/caption]

Shore Leave jako dość szalony i surrealny odcinek świetnie wpasowuje się w nieco psychodeliczną stylistykę przewijającą się przez cały serial. Zawarte w epizodzie humor, błyskotliwe dialogi i spirala kuriozów niestety zostały osłabione narracyjnymi potknięciami, nieciekawymi manifestacjami pragnień Kirka oraz obecnym w odcinku seksizmem. Mimo wszystko załodze Enterprise'a udało się odnaleźć czas na odpoczynek, dzięki czemu wspólnie możemy kontynuować dalszą gwiezdną wędrówkę.

So this is victory! It has a sweet taste.



STAR TREK
The Squire of Gothos

sezon 1., odcinek 18.

Reżyseria: Don McDougall
Scenariusz: Paul Schneider
Data pierwszej emisji: 12.01.1967

Obsada:
William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

William Campbell - Trelane
DeForest Kelley - Leonard McCoy
Richard Carlyle - Jaeger
Nichelle Nichols - Uhura
George Takei - Hikaru Sulu
James Doohan - Montgomery Scott
Michael Barrier - DeSalle
Venita Wolf - Teresa

[caption id="attachment_10484" align="aligncenter" width="700"] Według pierwotnych zamierzeń załoganci po przybyciu na Gothosa mieli mieć założone kombinezony kosmiczne z "The Naked Time", lecz z inicjatywy Boba Justmana (m.in. producenta i konsultanta technicznego) zrezygnowano z nich jako zbyt śmiesznych.[/caption]

Powrót serialu do produkcyjnego porządku wynikł powrotem do pomysłu, jaki już wcześniej w Star Treku się pojawiał, tj. pomysłu zetknięcia załogi Enterprise'a z potężną istotą, której moc zdaje się nie znać granic, lecz której rozwój umysłowy jest na zbyt niskim poziomie by zdawać sobie sprawę ze zła, jakie - mniej lub bardziej świadomie - czyni. W tym kontekście The Squire of Gothos nasuwa skojarzenia z Charlie X, tym bardziej, że Paul Schneider podczas pisania scenariusza inspirował się dziecięcymi zabawami w wojnę. Odcinek bowiem został przez niego zaplanowany jako antywojenny. To jakże szlachetne przesłanie nieco się jednak zgubiło przykryte płaszczem motywu niekompatybilności potęgi z brakiem moralności i zdolności empatii tytułowego dziedzica.

[caption id="attachment_10485" align="aligncenter" width="700"] Rola Trelane'a miała początkowo przypaść Roddy'emu McDowallowi, lecz wystarczyło, że William Campbell przeczytał jeden akapit dialogów aby Joseph D'Agosta zmienił zdanie i obsadził Campbella w roli potężnego obcego.[/caption]

Gothos z tytułu jest niezdatną do życia planetą, pełną pustyń, trujących gazów, wysokich temperatur i wybuchających wulkanów, na jaką natknęła się eksplorującą galaktykę załoga Enterprise'a. Gothos jest też planetą, na której przebywa tajemnicza postać o imieniu Trelane, posiadająca niewyobrażalne zdolności: zdaje się, że wszystko co sobie pomyśli, może przekształcić w rzeczywistość. Transportuje on kapitana Kirka i porucznika Sulu do swojego zamku, gdyż – jak się okazuje – Trelane posiada interesujące hobby: jest nim historia ludzkości. A że zapomniał uwzględnić opóźnienia w przesyle obrazu z Ziemi, zna naszą planetę w stanie sprzed 900 lat. Stąd też ludzie są dla niego wciąż pełną przemocy rasą, która równie chętnie podbija inne narody, jak i swoje kobiety. Zmusza to oczywiście bohaterów – a do Kirka i Sulu niebawem dołączy załoga całego mostku – nie tylko do przechytrzenia więżącego ich Trelane'a, lecz również do udowodnienia (zarówno jemu, jak i widzom), że ludzie zostawią swoją brutalną przeszłość za sobą i wyewoluują w sprawiedliwe, pozbawione przemocy, zjednoczone, pokojowe społeczeństwo. Podczas nakreślania fabuły, nie można też nie wspomnieć o podobieństwach z pilotowym odcinkiem serialu Star Trek: The Next Generation wyemitowanym w 1987 roku; postać Trelane'a na tyle fanom skojarzyła się z wprowadzonym tam Q, że pojawiły się teorie, jakoby Trelane pochodził z kontinuum Q, co też znalazło swoje odzwierciedlenie w wydanej w 1994 roku powieści osadzonej w świecie gwiezdnej wędrówki zatytułowanej Q-Squared autorstwa Petera Davida.

[caption id="attachment_10486" align="aligncenter" width="700"] W kolekcji Trelane'a znalazło się też miejsce dla istoty znanej z "The Man Trap"; gdy McCoy ją zauważa zatrzymuje się na moment, a w tle na krótką chwilę rozbrzmiewa motyw muzyczny z tamtego odcinka.[/caption]

Antywojenne przesłanie The Squire of Gothos nie jest powiedziane wprost, lecz jest raczej sugerowane poprzez reakcje załogantów na zachwyty Trelane'a nad krwawymi rozdziałami ludzkiej historii. Jako takie może być mniej zauważalne niż kwestia nieodpowiedzialnego wykorzystywania potężnych mocy antagonisty. Ta zostaje bowiem wprost wyłożona przez Spocka, który zwraca się do Trelane'a z następującymi słowami: „Sprzeciwiam się tobie. Sprzeciwiam się intelektowi bez dyscypliny. Sprzeciwiam się potędze bez konstruktywnego celu”. Poza tymi klasycznie trekowymi konstatacjami odcinek zawiera również typowe dla serialu błyskotliwe dialogi, archaiczną sekwencję bijatyki, kolejny przykład ekstremalnej zmyślności Kirka oraz ukryty w osobie Trelane'a komentarz dotyczący rasizmu. Trelane bowiem, jak tylko pozna Spocka, natychmiast zacznie odnosić się do niego z niechęcią, powodowaną pochodzeniem zastępcy kapitana i jego nieprzynależnością do ludzkiej rasy. Jako że na tym etapie Spock był jedną z najbardziej lubianych, jeśli nie ulubioną postacią z serialu, dla większości widzów ten rasistowski rys Trelane'a – bazujący przecież na jego przywiązaniu do ludzkiej historii (i niejako wyrażony też w reakcji na Uhurę jako „niewątpliwie wynik podbojów”, co sugeruje, że w jego opartym na obserwacji ludzkości osądzie jest zupełnie nieprawdopodobnym by czarnoskóra osoba znajdowała się na równym poziomie z innymi załogantami) – jest silniej odczuwalny przez oglądających, przez co spotyka się z silniejszą niechęcią.

[caption id="attachment_10487" align="aligncenter" width="700"] Rodzice Trelane'a.[/caption]

Finalnie The Squire of Gothos z pewnością nie zalicza się do absolutnej czołówki odcinków serialu, lecz ciężko uznać go za nieudany. Świetne kreacje aktorskie oraz interesujący temat tylko trochę cierpią na narracyjnych potknięciach i fabularnej pretekstowości niektórych zdarzeń. Na tym etapie oglądania Star Treka jesteśmy już jednak na tyle mocno zżyci z bohaterami, że odcinek ogląda się ze sporym zainteresowaniem. Co nie oznacza, że gdy z ekranu znika ostatnia gwiazda, nie pozostajemy z uczuciem niedosytu.

Like most Humans, I seem to have an instinctive revulsion to reptiles.



STAR TREK
Arena
sezon 1., odcinek 19.

Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Gene L. Coon
Data pierwszej emisji: 19.01.1967

Obsada:
William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

DeForest Kelley - Leonard McCoy
George Takei - Hikaru Sulu
James Doohan - Montgomery Scott
Nichelle Nichols - Uhura
Jerry Ayres - O'Herlihy
Grant Woods - Kelowitz
Tom Troupe - porucznik Harold
James Farley - Lang
Careole Shelyne - Metron
Sean Kenney - DePaul

[caption id="attachment_10488" align="aligncenter" width="700"] Zniszczona kolonia Federacji na Cestusie III.[/caption]

Po wizycie na nieprzyjaznej planecie Gothos, Star Trek zabrał widzów na jeden z szerzej znanych odcinków serialu. Autorem scenariusza Areny był producent Gene L. Coon, który napisał go w ciągu zaledwie jednego weekendu. Gdy swój scenariusz przedstawił pozostałym osobom pracującym nad Star Trekiem okazało się - ku jego zaskoczeniu - że jego pomysł dzieli kilka podobieństw z opowiadaniem Arena autorstwa Fredrica Browna, opublikowanym w 1944 roku w magazynie Astounding Science Fiction. Aby nie ryzykować problemów prawnych producenci serialu na wszelki wypadek zwrócili się do Browna z prośbą o pozwolenie na wykorzystanie jego opowiadania na potrzeby Star Treka; pisarz był ponoć bardzo zadowolony z tego powodu i zezwolenia bezproblemowo udzielił.

[caption id="attachment_10489" align="aligncenter" width="700"] Kirk i Spock nie zgadzają się, co do dalszego postępowania wobec tajemniczych agresorów.[/caption]

Dziewiętnasty odcinek można podzielić – nie licząc wstępu i epilogu – na trzy cząstki. W pierwszej, Kirk, Spock, McCoy i kilku innych załogantów przybywają na federacyjną kolonię na planecie Cestus III, gdzie zaprosił ich urzędujący tam komodor. Gdy teleportują się na miejsce okazuje się jednak, że kolonia jest zniszczona, a jej mieszkańcy – głównie cywile, w tym dzieci – w większości nie żyją. Co gorsza, Kirk i jego załoga zostają ostrzelani przez niewidocznego wroga, a Enterprise zaatakowany przez nieznanego pochodzenia statek gwiezdny. Gdy Kirkowi i ocalałym udaje się wreszcie wrócić na pokład Enterprise'a, zaczyna się druga cząstka serialu, czyli pościg za agresorami, prowadzący prosto do niezbadanych regionów galaktyki. Gdy pościg się kończy, odcinek nie zmienia się w historię na podobieństwo Balance of Terror, lecz obiera całkowicie nowy kierunek. Jak się okazuje, układ słoneczny, który mijają oba statki jest zamieszkany przez potężną rasę Metronów, będących kolejnym przykładem istot o niemal bezgranicznej mocy zamieszkujących galaktykę Star Treka. Metroni nienawidzą przemocy, stąd uznając załogi obu statków za przedstawicieli prymitywnych ras, przenoszą ich kapitanów na powierzchnię znajdującej się nieopodal planety, gdzie prócz bogactwa minerałów nie znajduje się praktycznie nic. Tam mają oni stoczyć bój na śmierć i życie. Przeciwnikiem Kirka zostaje członek nigdy wcześniej niewidzianej rasy Gornów, jaszczuroludzi o niezwykłej sile fizycznej i sporej inteligencji, lecz o niesamowicie powolnej prędkości poruszania się.

[caption id="attachment_10490" align="aligncenter" width="700"] Gorn![/caption]

To, co następuje później i stanowi główną część Areny, to pojedynek na zmyślność obu postaci, który został opracowany tak, by w pełni oddać temat przewodni odcinka. W trakcie walki okazuje się, że kolonia na Cestusie III powstała na terenach należących do Gornów, którzy odebrali pojawienie się kolonistów za akt agresji. Zmusza to Kirka – początkowo tak chętnego, mimo sprzeciwów Spocka, wymierzeniu brutalnej zemsty – do spojrzenia na konflikt z innej perspektywy i przyznania się, że jego punkt widzenia wcale nie musi być jedynym słusznym. Ostatecznie powstrzymuje on swoje prymitywne odruchy i decyduje się nie zabijać swojego przeciwnika. Przesłanie dotyczące przemocy jako czegoś na wskroś negatywnego jest podkreślone także za pomocą Metronów, poprzez których autorzy odcinka wyrażają nadzieję, że jest jeszcze dla ogarniętej przemocą ludzkości nadzieja i – być może – za kilka tysięcy lat stworzymy prawdziwą cywilizację, opartą na rozsądku i dobroci, a nie pragnieniach podboju i agresji. Nadzieję, która rozbrzmiewała tym silniej, że trwała wtedy niepopierana przez twórców Star Treka wojna w Wietnamie. W tym kontekście warto też podkreślić, że Kirk początkowo czuje niechęć wobec Gorna także z powodu jego odpychającego wyglądu (gady mają w naturalny sposób powodować odrazę ludzi). W późniejszych partiach ten wstręt zostaje zastąpiony zrozumieniem i szacunkiem, co można traktować jako komentarz dotyczący wojny w Wietnamie, ZSRR czy rasizmu jako takiego.

[caption id="attachment_10491" align="aligncenter" width="700"] Załoga Enterprise'a bezsilnie przygląda się rywalizacji swojego kapitana z kapitanem Gornów.[/caption]

Niezależnie jednak od ambicji tematycznych odcinka, w dzisiejszych czasach jest on pamiętany szczególnie z dwóch powodów: scen walki Kirka z Gornem oraz prowizorycznego moździerza, stworzonego przez kapitana Enterprise'a. Gdy Kirk i Gorn spotykają się po raz pierwszy i wymieniają ze sobą ciosy, nie da się niestety ukryć, że nie tylko aktor w gumowym kostiumie kosmity nie prezentuje się nazbyt realistycznie, ale i choreografia scen akcji nie zachwyca, szczególnie z powodu nader wolnych ruchów jaszczuropodobnego obcego. Nawet pamiętając, że mamy do czynienia ze zrealizowanym za stosunkowo niewielki budżet odcinkiem telewizyjnej produkcji z końca 1966 roku, trzeba przyznać, iż fizyczna część starcia kapitanów pozostawia wiele do życzenia. Równocześnie trzeba pamiętać, że nie ono jest tu głównym elementem odcinka; Star Treka nie ogląda się przecież dla scen akcji. Niezależnie jednak jak na przedstawioną tu walkę spojrzymy, jest ona niezaprzeczalnie jedną ze słynniejszych sekwencji z serialu, a postać Gorna w wersji zaprezentowanej w Arenie powróciła wpierw w 2009 roku w dokumencie Bring Back... Star Trek, i później w 2013 roku, w ramach promocji gry wideo Star Trek. Sposób pokonania Gorna za pomocą naprędce stworzonego przez Kirka moździerza stał się natomiast przedmiotem licznych rozważań czy faktycznie broń ta miałaby szanse powodzenia. W 2009 roku sprawie przyjrzeli się MythBusters, którzy udowodnili, że – zakładając, że właściwości drewna na planecie Metronów są takie same jak na Ziemi – moździerz Kirka zadziałać nie powinien.

[caption id="attachment_10492" align="aligncenter" width="700"] Kirk przygotowuje swoją ostateczną broń.[/caption]

Odcinek ten nie tylko jednak przedstawił temat respektowania życia innych i nie sugerowania się wyglądem zewnętrznym, przy okazji wpisując postać Gorna do popkultury, lecz wprowadził także kilka elementów rozbudowujących uniwersum Star Treka. Jest to bowiem pierwszy odcinek, który informuje widzów o istnieniu Federacji; nie pada tu jeszcze pełna nazwa Zjednoczonej Federacji Planet, lecz zostaje potwierdzone jej istnienie. Ponadto jest to też odcinek, w jakim wprowadzono torpedy fotonowe, stanowiące – obok fazerów – główną broń statków gwiezdnych, stosowaną z powodzeniem do dnia dzisiejszego w każdej kolejnej inkarnacji Star Treka. Jako ciekawostkę wspomnę, że zdecydowanie mniej pozytywnym rezultatem prac nad odcinkiem było nabycie szumów usznych, które dręczyły Leonarda Nimoya i DeForesta Kelleya i wciąż dręczą Williama Shatnera; te są wynikiem zbyt głośnych eksplozji, mających miejsce podczas filmowania ostrzału kolonii.

[caption id="attachment_10493" align="aligncenter" width="700"] Pierwszy wystrzał torped fotonowych w historii "Star Treka".[/caption]

Warto także wspomnieć, że – jak większość fanów Star Treka zapewne wie – scenariusze odcinków serialu były przerabiane przez Jamesa Blisha na opowiadania, publikowane w serii antologii zatytułowanych, po prostu, Star Trek. W latach 1967-1977 ukazało się w jej ramach 12 pozycji. Nowelizacja Areny pojawiła się w Star Trek 2 i – podobnie do innych nowelizacji – bazowała na wstępnej wersji scenariusza, a nie na finalnej, wykorzystanej w serialu. Jako taka zatem różni się nieco od fabuły odcinka, co zresztą sprawia, że cała seria stanowi interesujący dla każdego fana wgląd w ewolucję pomysłów z poszczególnych epizodów. Wspominam jednak o serii przy okazji Areny, gdyż w finalnej wersji scenariusza zrezygnowano z koncepcji aby Metroni mieli plan zniszczenia statku gwiezdnego należącego do zwycięskiego kapitana; miało to być spowodowane uznaniem, że jego rasa stanowić będzie większe, potencjalne zagrożenie dla cywilizacji Metronów. Mimo usunięcia tego pomysłu, w wyemitowanym odcinku pozostało nawiązanie do niego, gdy Metron zwraca się do kapitana Kirka, informując go, że nie zostanie zniszczony, ponieważ okazał litość swojemu przeciwnikowi. Słowa te wydają się nieco nielogiczne na tle pacyfistycznego charakteru kosmitów, lecz dzięki adaptacji Blisha wiemy skąd pochodzą.

[caption id="attachment_10494" align="aligncenter" width="700"] W rolę Metrona wcieliła się Carole Shelyne, nadając mu androgynicznego wrażenia.[/caption]

Słowem podsumowania: Arena nie stanowi czołówki odcinków serialu, lecz jest niewątpliwie interesującym spotkaniem z załogą Enterprise'a. Jak zawsze nie brak tu zapadających w pamięć dialogów i wydarzeń, jest tu także sporo akcji, klasyczne dla serii przesłanie i kultowy Gorn.



8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2020 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 10.: Without freedom of choice, there is no creativity. Without creativity, there is no life.

Kosmos, ostateczna granica…
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
The Alternative Factor

sezon 1., odcinek 20.

Reżyseria: Gerd Oswald
Scenariusz: Don Ingalls
Data pierwszej emisji: 30.03.1967

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Robert Brown – Łazarz/Anty-Łazarz
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Janet MacLachlan – Charlene Masters
Nichelle Nichols – Uhura
Richard Derr – Barstow
Arch Whiting – asystent inżynier
Christian Patrick – obsługa transportera
Eddie Paskey – Lesley

[caption id="attachment_12069" align="aligncenter" width="700"] Rzeczywistość przestała na moment istnieć. Efekt stworzony poprzez nałożenie zdjęcia Mgławicy Trójlistna Koniczyna z gwiazdozbioru Strzelca. Mgławica została odkryta 5 czerwca 1764 roku.[/caption]

The Alternative Factor kontynuuje tradycje Star Treka jako serialu nękanego problemami realizacyjnymi; tutaj w kontekście akceptacji scenariusza oraz obsady aktorskiej. Scenariusz Dona Ingallsa spotkał się z nieprzychylną opinią ze strony Gene'a Roddenberry'ego, który nie zgodził się by jedna z wysokiej rangi załogantek – Charlene Masters – miała zakochać się w obcesowym, butnym szaleńcu i stanąć po jego stronie, zamiast wesprzeć kapitana Enterprise'a. Pomysł ten był szczególnie niemile widziany, ponieważ nieco wcześniej Roddenberry otrzymał scenariusz do odcinka zatytułowanego Space Seed, gdzie inna członkini załogi dowodzonej przez Kirka zakochała się w i pomagała antagoniście. Tym samym motyw romansu Masters z szalonym Łazarzem został całkowicie usunięty. Ruch ten spowodował też wycięcie wątku związanego z „Lesleyem” – jak błędnie podpisano Larry'ego Riddle'a w napisach końcowych. Według pierwotnego pomysłu miał on być zazdrosnym chłopakiem Masters, w finalnej wersji jest jej podwładnym.

Usunięcie tych wszystkich miłosnych relacji wynikło dla odcinka niewątpliwie samymi korzyściami. Warto przy tym podkreślić, że Masters jest – poza Uhurą – pierwszą czarnoskórą kobietą mającą tak wysoką rangę na pokładzie Enterprise'a. W rzeczy samej, zastępuje ona w odcinku nieobecnego Montgomerry'ego Scotta, pełniąc tu de facto funkcję głównego oficera technicznego. Szkoda, że jej postać nie została pełniej rozwinięta, w zastępstwie wyciętych wątków nie zaoferowano jej bowiem nic w zamian, co w moim odczuciu stanowi niepowetowaną stratę.

Tym większą, że spora część odcinka jest zwyczajnie mało interesująca. Początkowo nic tego nie sugeruje, rozpoczyna się on bowiem nader intrygująco: rzeczywistość na ułamek sekundy przestaje istnieć, a na planecie w pobliżu miejsca przebywania Enterprise'a pojawia się „tunel” międzywymiarowy, swoisty pomost między istnieniem a nie-istnieniem. Wyłania się z niego tajemniczy szaleniec imieniem Łazarz, opętany chęcią zabicia tajemniczej bestii, zagrażającej nie jednemu, a dwóm wszechświatom. Widz dość prędko się jednak domyśli, że w rzeczywistości ma do czynienia z dwoma Łazarzami: Łazarzem i Anty-Łazarzem; dwoma mężczyznami z dwóch zupełnie przeciwstawnych wszechświatów – jeśli obaj pojawią się równocześnie w którymkolwiek z nich, wtedy oba uniwersa wzajemnie się anulują.

Ten interesujący pomysł dotyczący istnienia innych wymiarów można poniekąd rozpatrywać jako prototypowy dla późniejszych Lustrzanego Wszechświata (Mirror Universe) i Linii Czasowej Kelvin (Kelvin Timeline). Niestety, jego potraktowanie jest dalekie od udanego, co sprawia, że The Alternative Factor jest często wymieniany jako jeden z najgorszych odcinków serialu.

[caption id="attachment_12070" align="aligncenter" width="700"] Janet MacLachlan jako Charlene Masters. Warto przy okazji zwrócić uwagę na debiut nowej sekcji maszynowni, gdzie ładowane są rozładowane kryształy dilithium (świecące na zdjęciu), główne źródło energii napędu warp.[/caption][caption id="attachment_12071" align="aligncenter" width="700"] Robert Brown jako Łazarz (i Anty-Łazarz).[/caption][caption id="attachment_12073" align="aligncenter" width="700"] Komodor Barstow z Dowództwa Gwiezdnej Floty na ekranie Enterprise'a. Po raz pierwszy w serialu rozmowa Kirka z Dowództwem toczy się w czasie rzeczywistym, wcześniej komunikacja zawsze polegała na przesyłaniu sygnałów radiowych docierających do celu ze znacznym opóźnieniem.[/caption][caption id="attachment_12074" align="aligncenter" width="700"] W odcinku kilkukrotnie zaprezentowane są sceny szarpanin między Łazarzem a Anty-Łazarzem.[/caption]

Jego największą wadą jest chaotyczny tok narracji. Epizod zupełnie nie potrafi utrzymać widza w napięciu, ponadto co kilkanaście minut powtarza przydługie sceny spotkań obu Łazarzy w międzywymiarowym „tunelu”, gdzie szarpią się ze sobą jako niewyraźne sylwetki na niebieskim tle. Sam efekt uzyskano co prawda w dość interesujący sposób: w zadymionym pokoju o purpurowych i pomarańczowych ścianach sfilmowano dwóch walczących kaskaderów, następnie dokonano podwójnej ekspozycji negatywu, a na początku i na końcu sekwencji nałożono na nią zdjęcie Mgławicy Trójlistna Koniczyna. Pierwsza konfrontacja Łazarzy – choć współcześnie prezentująca się nadto archaicznie – wprowadza nieco mile widzianego psychodelicznego nastroju, lecz jej kolejne powtórki wprowadzają już tylko widza w stan znużenia. O wiele lepszym pomysłem byłoby ich wyrzucenie (i np. pozostawienie jedynie sceny, gdy „tunel” odkrywa Kirk) i wykorzystanie zaoszczędzonego czasu na rozbudowanie fabuły. W kontekście psychodelicznego wrażenia warto także dodać, że przez większość odcinka w tle słychać ciągły, nieco buczący (choć niezbyt niski) dźwięk, dodający scenom rozgrywającym się wokół „tunelu” zastrzyku oniryzmu.

Drugą wadą odcinka jest sam Łazarz, w którego wcielił się Robert Brown. Nadto ekspresyjna maniera aktora sprawia, że jego kreacja prezentuje się sztucznie i chwilami też irytująco. Brown jednak został obsadzony w odcinku dosłownie w ostatniej chwili. Oryginalnie w międzywymiarowych rywali miał wcielić się John Drew Barrymore, lecz – to drugi ze wspomnianych na wstępie problemów realizacyjnych – nie pojawił się na planie zdjęciowym, gdy 16 listopada 1966 roku zaczęto nagrywać The Alternative Factor. Reżyser Gerd Oswald zdecydował więc aby skupić się na scenach bez udziału Łazarzy, lecz gdy Barrymore nie stawił się do pracy także następnego dnia, wtedy powstanie całego odcinka stanęło pod znakiem zapytania. W ostatniej chwili poproszono więc znajdującego się nieopodal Browna o zagranie dwójki przeciwników; ten wyraził zgodę po czym został natychmiast zaciągnięty (dosłownie) na plan zdjęciowy. Aktor wspominał później, że nagrywanie odcinka było bardzo napięte i jego przygotowanie musiało się zamknąć w niewielkich ramach czasowych, co też pozwala spojrzeć nieco pobłażliwiej na odcinek w kontekście jego licznych problemów. Jeśli zaś chodzi o Barrymore'a, to producenci Star Treka złożyli na niego skargę, w wyniku czego przez 6 kolejnych miesięcy nie mógł być on obsadzany w żadnej produkcji.

Trzecią wadą odcinka jest pretekstowość zaprezentowanych w nim zdarzeń, dodatkowo połączona ze znacznym ogłupieniem bohaterów. Kapitan odsyła członka ochrony pilnującego potencjalnie niebezpiecznego Łazarza, a opiekujący się tajemniczym przybyszem doktor pozostawia go bez żadnego nadzoru, w ścianach korytarzy umieszczono tymczasem łatwo dostępne instalacje elektroniczne, których uszkodzenie zagraża całemu Enterprise'owi – The Alternative Factor jest pełen kuriozów wprowadzonych tylko po to by popchnąć niemrawą akcję do przodu. Ponadto załoga statku gwiezdnego na dobrą sprawę ma niemal marginalny wpływ na rozwój fabuły. Brak tu też jakiegokolwiek przesłania czy komentarza dotyczącego pozaserialowego świata. Jako taki jest to zatem jeden z gorszych odcinków Star Treka.

You're as much a prisoner in time as I am.



STAR TREK
Tomorrow is Yesterday
sezon 1., odcinek 21.

Reżyseria: Michael O'Herlihy
Scenariusz: D.C. Fontana
Data pierwszej emisji: 26.01.1967

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Roger Perry – kapitan Christopher
DeForest Kelley – Leonard McCoy
James Doohan – Montgomery Scott
George Takei – Hikaru Sulu
Hal Lynch – sierżant policji lotniczej
Ed Peck – pułkownik Fellini
Nichelle Nichols – Uhura
Richard Merrifield – technik
John Winston – szef transportera
Mark Dempsey – kapitan Sił Lotniczych
Jim Spencer – policjant lotniczy
Sherri Townsend – załogantka

Jak pisałem przy okazji omawiania The Naked Time, miał on być pierwszą częścią dwuodcinkowej opowieści. W finale The Naked Time Enterprise cofa się w czasie o 3 dni; pierwotnym zamierzeniem było jednak cofnięcie załogi aż do 1969 roku. Tak się oczywiście nie stało, lecz pomysł aby Kirk i jego podwładni odwiedzili Ziemię w okresie powstawania serialu nie został porzucony. Wykorzystano go w Tomorrow is Yesterday, gdzie uciekająca przed pochłonięciem przez czarną dziurę załoga pod dowództwem kapitana Kirka przypadkowo tworzy tunel czasoprzestrzenny, który przenosi ich na ziemskie niebo roku 1969. Tam, niemający energii na ponowne uruchomienie silników warp Enterprise zostaje wypatrzony przez amerykańskie siły lotnicze. Aby uniknąć uszkodzenia linii czasowej Kirk wydaje rozkaz zatrzymania zbliżającego się myśliwca wiązką holowniczą, lecz XX-wieczna konstrukcja rozsypuje się pod wpływem energii z XXIII wieku. Nie mając innego wyjścia kapitan decyduje się na transportację pilota – kapitana Christophera – na pokład Enterprise'a, ryzykując tym samym historyczny rozwój Ziemi. A to dopiero początek problemów.

Tomorrow is Yesterday zapisał się w historii Star Treka jako pierwszy odcinek, którego fabuła dotyczy podróży w czasie; pierwszy, w którym bohaterowie danego serialu czy filmu odwiedzają Ziemię oraz – oczywiście – pierwszy, w którym odwiedzają Ziemię w przeszłości. Jako taki stał się klasyczną pozycją, wyznaczającą – obok np. zetknięć z istotami o niemal nieograniczonych mocach czy odcinków wzorowanych na dramatach sądowych – kolejny trend serii. Od tej pory wszystkie seriale w uniwersum (za wyjątkiem – póki co – Star Trek: Picard) będą zawierać epizody skupione wokół temporalnych wojaży, większość odwiedzi też podczas nich Ziemię; również w każdej z trzech serii filmów kinowych będą miały miejsce podróże w czasie jako istotny element fabularny danej produkcji.

Oryginalny pomysł na Tomorrow is Yesterday jest autorstwa Roberta Justmana, który wręczył go – w formie jednostronicowego streszczenia – Gene'owi Roddenberry'emu 12 kwietnia 1966 roku. I choć za ostateczną wersję fabuły odpowiada przede wszystkim D.C. Fontana, to jej – przerobiony też lekko przez Gene'a L. Coona – scenariusz wykorzystuje praktycznie wszystkie składowe z oryginalnej idei. Mimo tego, Roddenberry nigdy nie uznał oficjalnie wkładu Justmana, przez co nie został on wynagrodzony za swój pomysł finansowo.

[caption id="attachment_12080" align="aligncenter" width="700"] Zaskoczony kapitan Christopher tuż po przetransportowaniu na pokład Enterprise'a.[/caption][caption id="attachment_12081" align="aligncenter" width="700"] Kirk i Sulu (niezbyt udanie) naprawiają linię czasową.[/caption][caption id="attachment_12082" align="aligncenter" width="700"] Gdy kapitan Christopher poznaje Spocka w tle rozbrzmiewa muzyka Josepha Mullendore'a napisana do odcinka The Conscience of the King, lecz wykorzystana po raz pierwszy w Tomorrow is Yesterday.[/caption][caption id="attachment_12083" align="aligncenter" width="700"] Kirk usuwa zapisy obecności Enterprise'a w 1969 roku.[/caption]

Wcielenie w życie idei aby załoga Enterprise'a odwiedziła Ziemię w okresie emisji serialu było niewątpliwie dobrym ruchem. Odcinek wzbudził zainteresowanie widzów, ciekawych zetknięcia zaawansowanej technologicznie i kulturowo Federacji ze Stanami Zjednoczonymi końca lat 60. Niestety potencjał tkwiący w pomyśle pozostał w dużej mierze niezrealizowany. Większość kontaktów z ludźmi z zamierzchłych czasów została ograniczona tylko do wspomnianego kapitana Christophera, który posiada zaskakująco otwarty umysł i bez większego zdziwienia przyjmuje, że podróże w czasie są możliwe czy że istnieje życie poza Ziemią. Jedyna rzecz, jaka go zaskakuje to to, że na pokładzie Enterprise'a służą także kobiety; spostrzegając jedną zdumiony pyta: „Kobieta?”, „Załogantka.” odpowiada mu Kirk. Jest to oczywiście przytyk w kontekście braku równouprawnienia w ówczesnej Ameryce, lecz także przytyk, którego siła jest niwelowana przez przewijający się w odcinku gag związany z komputerem pokładowym statku gwiezdnego, mówiącego uwodzicielskim kobiecym tonem, obrażającego się i zwracającego się do Kirka per „mój drogi”. Jest to wynik naprawy komputera przez techniczki, które nadały mu „żeńskiego charakteru” – wyjaśnia Spock.

Nieco więcej miejsca zajmuje kwestia różnic technologicznych, lecz jest ona głównie pretekstem do scen humorystycznych i rzadko prowadzi do istotnego rozwoju zdarzeń. Ponadto odcinek cierpi na powracające kurioza w kwestii zachowania załogi, m.in. Kirk ponownie pozostawia niechcianego pasażera bez żadnej kontroli, co wydaje się być jednym z ulubionych sposobów scenarzystów Star Treka na popchnięcie fabuły. Ostatecznie zatem Tomorrow is Yesterday stanowi interesujące, acz rozczarowujące spotkanie przeszłości z przyszłością. Nie brak tu poczucia humoru czy czasem błyskotliwych dialogów, dzięki którym każdy fan serialu nieraz się uśmiechnie, szczególnie podczas wymian zdań między Spockiem i McCoyem. Niestety sama kwestia podróży temporalnej została potraktowana ze zbyt daleką ostrożnością oraz zakończona w zbyt wygodny oraz niezbyt logiczny sposób. Na szczęście niebawem Star Trek powróci do przeszłości w znacznie lepszym wydaniu.

Zanim to jednak nastąpi, zatrzymajmy się na chwilę aby poznać kilka ciekawostek:

  • Kapitan Kirk podaje w odcinku informację, że we Flocie Gwiezdnej służy 12 statków tego samego typu, co Enterprise, lecz Gene Roddenberry i Stephen E. Whitfield w swoim The Making of Star Trek pisali o 14 statkach.

  • Kirk stwierdza ponadto, że Enterprise jest statkiem służącym w Kosmicznej Agencji Badawczej Zjednoczonej Ziemi; jest to drugi i ostatni raz, kiedy ta nazwa została przywołana w serialu. Najprawdopodobniej pozostała niezauważona w scenariuszu w czasach, gdy pomysł na Zjednoczoną Federację Planet wciąż jeszcze nie był w pełni zrealizowany.

  • Kiedy rozgrywa się akcja Star Treka? Kanonicznie pięcioletnia misja Enterprise'a ma miejsce pod koniec lat 60. XXIII wieku, lecz Kirk sugeruje tu, że przybył z XXII wieku.

  • Jest to ostatni odcinek, w którym Spock ma tytuł porucznika komandora.

  • D.C. Fontana przewidziała w swoim scenariuszu dzień tygodnia wystrzelenia Apollo 11 – środę.

Landru seeks tranquility. Peace for all. The universal good.



STAR TREK
The Return of the Archons
sezon 1., odcinek 22.

Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Boris Sobelman, Gene Roddenberry
Data pierwszej emisji: 09.02.1967

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Henry Towned (gościnnie) - Reger
Torin Thatcher (gościnnie) - Marplon
DeForest Kelley - Leonard McCoy
Brioni Farrell - Tula
Sid Haig - pierwszy Nadawca Prawa
Charles Macauley - Landru
Jon Lormer - Tamar
Morgan Farley - Hacom
Christopher Held - Lindstrom

The Return of the Archons należy do grupy odcinków, których pierwsze wersje – autorstwa Gene'a Roddenberry'ego – powstały jeszcze w 1964 roku jako pomysły na pierwszy pilot serialu (którym ostatecznie został The Cage). Oryginalnie zatytułowany The Perfect World, scenariusz był znany także pod innymi tytułami: Paradise XML, Visit to Paradise oraz Landru's Paradise. Pomysłodawcą ostatecznej wersji – The Return of the Archons – był niezależny scenarzysta Boris Sobelman, który zabrał się za rozwinięcie fabuły, nietykanej przez nikogo przez dwa lata od momentu powstania.

Omawiany odcinek jest jednym z ciekawszych w sezonie i stanowi początek jednego z najlepszych okresów Star Treka. The Return of the Archons zabiera widzów na planetę Beta III, gdzie całe społeczeństwo kontrolowane jest przez istotę, zwaną Landru. Landru jest ichnim odpowiednikiem boga, lecz jego wpływ na rozwój świata jest jak najbardziej realny, między innymi dzięki możliwości telepatycznej ingerencji w ludzkie umysły, której ofiarą w otwierających scenach pada Sulu. Tajemnicza istota posiada do dyspozycji technologię przekraczającą możliwości Enterprise'a i – być może – Zjednoczonej Federacji Planet. Technologia ta jest jednak zupełnie niedostępna dla reszty społeczeństwa, które zostało siłą zatrzymane na wczesnym etapie przemysłowego rozwoju w celu zapewnienia nad nim pełniejszej i łatwiejszej kontroli.

Punktem wyjścia dla odcinka jest pytanie o możliwość stworzenia doskonałego świata, raju, gdzie nikt się nie kłóci, nie ma nienawiści, wojen etc. Odpowiedź udzielona przez Landru jest jasna (i wyprzedzająca podobne nieco zachowanie Borg): pełna asymilacja wszystkich obywateli w jeden kolektywny byt oraz ukształtowanie ich umysłów według jednego wzorca. Każdy obywatel zatem kocha Landru i żaden obywatel nie jest zdolny do odczuwania emocji. Tępy wyraz twarzy, przyklejony uśmiech, zupełny brak kreatywności, całkowita stagnacja i bierna egzystencja okazują się być jedynym sposobem stworzenia równego, sprawiedliwego, bezkonfliktowego świata. I w rzeczy samej, Landru udało się taki świat stworzyć. Oczywiście, nawet w tym „raju” istnieją jednostki zbuntowane, sprzeciwiające się woli „wszechmocnego”, lecz są one albo poddawane przymusowej absorpcji, albo – jeśli ta jest niemożliwa – „zepsute” komórki kolektywnego ciała zostają całkowicie unicestwione, łącznie z każdym, kto miał z nimi kontakt. Biorąc pod uwagę okres powstania The Return of the Archons, jego fabuła niewątpliwie odnosi się do totalitarnych reżimów, ze szczególnym wskazaniem na Związek Radziecki. Jednak temat wymuszonej „równości” i całkowitej kontroli wodza/boga został przedstawiony w sposób, dzięki któremu odcinek zachowuje uniwersalność oraz aktualność przekazu.

Według bohaterów serialu, wyrażających oczywiście opinię autorów Star Treka, taki świat jest bardzo daleki od ideału. W finalnej konfrontacji z Landru, Kirk stwierdza, że Landru wcale nie zapewnia „ciału” życia, lecz w rzeczywistości powoli je zabija. Różnice w poglądach, emocjonalne wybuchy, rozwój artystyczny, ciekawość poznawania świata i tego, co znajduje się poza nim – to są cechy prawdziwego ludzkiego życia, przekonuje kapitan. Landru może i stworzył świat bez wojen, ale jego świat jest tylko maszyną, w której ludzie są nieistotnymi trybikami pozbawionymi własnych woli i marzeń. I choć twórcy odcinka wyraźnie opowiadają się za obywatelskimi swobodami oraz indywidualizmem, nie demonizują Landru zupełnie, wszak udało mu się dokonać tego, czego wielu pragnie: stworzenia utopii. Lecz tak jak każda inna utopia, również i ta przestała nią być w momencie swojego powstania.

Ponadto w odcinku pojawia się delikatnie zarysowany motyw religijnego ekstremizmu. Jeden z mieszkańców Bety III stanowi klasyczny wizerunek religijnego fanatyka, który każdego, kto sprzeciwia się woli Landru najchętniej posłałby na stos, a twierdzenia, że istnieją miejsca niekontrolowane czy nieznające „jedynego, prawdziwego boga” uznaje co najmniej za herezje. Jest to oczywiście postać nacechowana wyłącznie negatywnie. Kwestii fałszywości religii i ślepej wiary nie poświęca się jednak zbyt wiele czasu, co jest zrozumiałe w kontekście dość rozbudowanego wątku głównego. Z tego samego powodu wycięto też wątek romantyczny między jednym z załogantów i betowską dziewczyną.

[caption id="attachment_12094" align="aligncenter" width="707"] Kirk i Spock w przebraniu na Becie III.[/caption][caption id="attachment_12095" align="aligncenter" width="707"] Fanatyczny wyznawca Landru i dwóch Nadawców Prawa.[/caption][caption id="attachment_12096" align="aligncenter" width="707"] Sulu dołączył do "ciała".[/caption][caption id="attachment_12097" align="aligncenter" width="707"] Pod nieobecność Kirka i Spocka, dowodzenie nad Enterprisem przejął - po raz pierwszy w serialu - Scotty.[/caption][caption id="attachment_12098" align="aligncenter" width="707"] Hologram Landru.[/caption][caption id="attachment_12099" align="aligncenter" width="707"] Korytarz prowadzący do hali audiencji.[/caption][caption id="attachment_12100" align="aligncenter" width="707"] Kapitan Kirk poddawany "ceremonii absorpcji do ciała".[/caption]

Podczas oglądania The Return of the Archons w umyśle widza pojawić się może pytanie: dlaczego Kirk w ogóle wtrąca się w wewnętrzną politykę innej planety? W rzeczy samej, pytanie to zostaje zadane również w odcinku. Po raz pierwszy w historii Star Treka została tu bowiem przywołana słynna Pierwsza Dyrektywa, stanowiąca o całkowitym zakazie ingerencji w wewnętrzny rozwój społeczny cywilizacji spoza Zjednoczonej Federacji Planet oraz o całkowitym zakazie nawiązywania kontaktu z cywilizacjami, które nie osiągnęły poziomu technologicznego umożliwiającego międzyplanetarne podróże. W odcinku jednak zostały wprowadzone 4 elementy, mające na celu usprawiedliwić ingerencje załogi Enterprise'a w rozwój Bety III. Po pierwsze, inny federacyjny statek gwiezdny został wcześniej zniszczony na orbicie planety, co stanowi wytłumaczenie, dlaczego Kirk i jego ludzie mogą – w tajemnicy – przybyć na jej powierzchnię. Po drugie, kontakt z mieszkańcami jest teoretycznie zgodny z Pierwszą Dyrektywą, jako że Beta III jest zaawansowana technologicznie i – w domyśle – posiada zdolność galaktycznego przemieszczania się, nie ulega też wątpliwości, że Landru jest świadom istnienia życia na innych planetach; inna sprawa, że swoją wiedzą z nikim się nie dzieli. Po trzecie, gdy Kirk, Spock, McCoy i jego ludzie zostają rozpoznani jako pochodzący „spoza ciała”, wtedy część mieszkańców zwraca się do nich o pomoc. Po czwarte w końcu, według interpretacji Kirka, społeczeństwo Bety III nie rozwija się, nie można go nawet uznać za w pełni żyjące, toteż Pierwsza Dyrektywa nie ma tu (pełni) zastosowania. Jego podejście oczywiście uzupełnia przekaz odcinka, jak i charakter Kirka jako kapitana, dla którego poczucie moralności jest często ważniejsze niż federacyjne reguły.

Przy omawianiu poprzednich epizodów w tej części podróży przez uniwersum Star Treka nieraz narzekałem na pretekstowe prowadzenie fabuły, logiczne potknięcia czy zwyczajne zmuszanie bohaterów do popełniania głupot, pozwalających na popchnięcie akcji do przodu. Także w tym kontekście The Return of the Archons stanowi wyraźną poprawę. Widać to choćby na przykładzie podejścia do osób, które mogą być potencjalnie groźne; podczas gdy w poprzednich odcinkach pozostawiano ich bez żadnego nadzoru, tutaj sam Sulu po powrocie z planety dostaje przydział pilnujących go członków ochrony. Oczywiście nie brak tu pewnych uproszczeń, wszak całą fabułę należało zamknąć w niepełnych 50 minutach, lecz jest o wiele logiczniejszy odcinek od poprzednich. Poza tym nie brak tu błyskotliwych dialogów, William Shatner i Leonard Nimoy są bardziej energiczni, a ich postaci mocniej zaangażowane w akcję, zaprezentowaną z mniejszym humorystycznym sznytem, dzięki czemu przedstawiona sytuacja wydaje się groźniejsza. W kontekście klasycznych schematów czy powracających pomysłów Star Treka, jest to zaś pierwszy odcinek, w którym kapitan Kirk przegadał komputer (choć jeśli uznamy androida za formę komputera, wtedy zrobił to już wcześniej w What Are The Little Girls Made Of?), co w przyszłości pomoże i jemu, i całej galaktyce wyjść z niejednych opałów.

Słowem podsumowania, choć The Return of the Archons nie można uznać za najwybitniejszy odcinek w serialu, jest to niewątpliwie odcinek bardzo dobry. Pozbawiony większych wad, z zapadającymi w pamięć scenami, interesujący i powracający po krótkiej przerwie do wykorzystywania fantastycznych historii w celu komentowania pozaserialowej rzeczywistości



8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2020 roku i oglądamy 7. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 11: We can admit that we're killers, but we're not going to kill today. That's all it takes.



Kosmos, ostateczna granica…
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
A Taste of Armageddon
odcinek 23., sezon 1.

Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Robert Hamner i Gene L. Coon, na podstawie pomysłu Roberta Hamnera.
Data pierwszej emisji: 23.02.1967

Obsada:

William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

David Opatoshu (gościnnie) - Anan 7
Gene Lyons - ambasador Robert Fox
DeForest Kelley - Leonard McCoy
James Doohan - Montgomery Scott
Barbara Babcock - Mea 3
Miko Mayama - Tamura
David L. Ross - Galloway
Nichelle Nichols - Uhura
Sean Kenney - DePaul
Robert Sampson - Sar 6

Po zakończeniu nagrywania politycznie naładowanego The Return of the Archons, natychmiast zaczęto przygotowywać kolejny, również pełen politycznych aluzji odcinek. Podczas prac nad nim ponownie jednak dały o sobie znać problemy produkcyjne i scenariuszowe. Sprawiły one, że A Taste of Armageddon został sfilmowany po Space Seed; mimo tego nie zmieniono numerów produkcyjnych epizodów, przez co nadal wiele osób sądzi, że omawiany odcinek stworzono przed pierwszym spotkaniem z Khanem. Problematyczny okazał się zwłaszcza scenariusz; był on tak wiele razy przerabiany, że doszło do opóźnień, zmuszających producentów do zmienienia kolejności filmowania odcinków. W przeciwnym razie serial mógłby być zdjęty z anteny. Pierwsza wersja fabuły powstała 12 września 1966 roku i jej autorem był Robert Hamner; następnie trzykrotnie przerabiał swój pomysł, ostatnią jego wersję wręczając 28 września. Ekipa serialu dokonała dodatkowych poprawek na początku października, po czym zwróciła zarys historii Hamnerowi, który przerobił go na scenariusz, jaki wręczył producentom 17 października. Ci uznali, że wymaga on dodatkowych poprawek, toteż ostateczną wersję Hamner oddał dopiero 9 listopada. Ta również nie zyskała akceptacji w oczach twórców Star Treka i do pracy nad skryptem oddelegowano Stevena W. Carabatsosa. Ten zakończył ją 28 listopada, lecz wciąż A Taste of Armageddon uznawano za niewystarczająco dobry. Toteż oddano go Gene'owi L. Coonowi, który wręczył swoją wersję 12 grudnia. Po kilku kolejnych poprawkach ostateczna-ostateczna wersja scenariusza została ukończona 21 grudnia. Sześć dni później rozpoczęły się prace na planie, zakończone 4 stycznia 1967 roku.

Długi okres prac nad fabułą nie zaskakuje, jeśli weźmiemy pod uwagę dość spore bogactwo treści odcinka: nawiązania do Zimnej Wojny, promocja indywidualizmu czy podjęcie tematów związanych z wojną w Wietnamie. W A Taste of Armageddon Kirk, Spock i trójka innych załogantów przybywają na niechętną nawiązaniu kontaktów dyplomatycznych z Federacją planetę Eminiar VII. Gdy docierają na miejsce, prędko się okazuje, że Eminiarczycy od ponad pięciu stuleci prowadzą wojnę z trzecią planetą w swoim układzie słonecznym: Vendikarem. Aby zachować kulturową ciągłość i cywilizacyjne osiągnięcia, rządy obu planet zdecydowały się zrezygnować z korzystania z prawdziwej broni, zamiast tego kontynuują konflikt poprzez komputerowe symulacje. Po każdym „ataku” którejkolwiek ze stron komputer informuje ile osób „zginęło” podczas danej „bitwy” czy „bombardowania”; osoby te następnie mają 24 godziny na zgłoszenie się do komór dezintegracyjnych, celem urzeczywistnienia swojej śmierci. Strona, która nie wywiąże się z obowiązku zabijania „ofiar ataków” ryzykuje rozpoczęcie tradycyjnego konfliktu. Ten beznamiętny sposób ogłaszania ilości zmarłych był – wg Davida Gerrolda, autora książki The World of Star Trek (1973) – inspirowany informacjami o liczbie zabitych w Wietnamie, jakie zaczęły być przekazywane w wieczornych wiadomościach w 1967 roku.

A Taste of Armageddon odsłania się tym samym jako metafora zimnowojennej mentalności. W okresie powstania odcinka, tzw. Zimna Wojna trwała w najlepsze, a zaangażowane w nią państwa – Stany Zjednoczone i Związek Radziecki – nie atakowały siebie otwarcie, lecz poprzez podchody czy walki odbywające się w innych krajach, jak w Wietnamie czy Kubie. Powodowało to – przynajmniej w części społeczeństwa – wiarę, że konflikt ten może ciągnąć się przez długie lata; Eminiar VII i Vendikar symbolizują zatem dwie strony konfliktu rozgrywającego się ówcześnie w realnym świecie. Wraz z postępującą technicyzacją tegoż świata, w tym oczywiście coraz większym wpływem komputerów na sposób prowadzenia wojny, pomysł przedstawienia „czystego” i biurokratycznego sposobu kontynuacji militarnego konfliktu wydawał się nie tylko realny mimo swojej groteskowości (a przyznajmy, sama Zimna Wojna była groteskowym zjawiskiem), lecz również dość przerażający. Mamy tu bowiem do czynienia z ludźmi, którzy są wychowywani z pokolenia na pokolenie w świecie, gdzie „obywatelska świadomość” równa się dobrowolnemu pójściu na śmierć, gdy ich „numer” zostanie wylosowany przez prowadzoną przez rząd „loterię”. Poniekąd w ten sposób serial przewidział wybieranie przypadkowych ludzi do walki w Wietnamie, co będzie miało miejsce w 1969 roku.

Ponadto, w kwestii odniesień do wojny w Wietnamie, zarówno Gerrod, jak i George Takei – odtwórca roli (nieobecnego w tym odcinku) Hikaru Sulu – wskazują, że sposób zabijania ludzi na Eminiarze VII i – jak można założyć – na Vendikarze stanowi metaforę żołnierzy ginących w Wietnamie. W obu przypadkach mamy bowiem do czynienia z usunięciem nieprzyjemnego widoku ofiar z zasięgu wzroku społeczeństwa. Stany Zjednoczone prowadziły ciągłe działania przeciw ZSRR, ale ich żołnierze umierali z dala od terytorium państwa; innymi słowy cywilizacja czy budowle w kraju nie ulegały uszkodzeniu, a jedynymi kosztami byli ludzie, o których śmierci informowały w beznamiętny sposób media. Postawiony naprzeciw tej sytuacji Kirk odbiera wojnie między Eminiarem VII a Vendikarem tę „czystość”; wpierw niszczy ich komory dezintegracyjne, następnie komputer sterujący symulacjami. Tym samym zmusza obie strony konfliktu do wyboru: albo będą prowadzić prawdziwie krwawą i wyniszczającą wojnę, albo znajdą pokojowe rozwiązanie. Według Kirka – i wykładni odcinka – zestawienie społeczeństwa z prawdziwymi horrorami wojny jest konieczne, aby wybudzić je z marazmu i pokazać, że prowadzenie konfliktu jest nie tylko złe, ale i zwyczajnie bezsensowne. Warto przy tym dodać, że – w przeciwieństwie np. do The Return of the ArchonsA Taste of Armageddon nie wykazuje najmniejszego zainteresowania próbami wskazania, która strona tej „zimnej wojny” ma rację. Wręcz przeciwnie: pokazuje, że obie są w błędzie i że samo prowadzenie wojny jest czymś absolutnie złym.

W tym kontekście wypada podkreślić wyjątkowość Star Treka na tle ówczesnych propozycji telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych. Kwestie dotyczące Zimnej Wojny i wojny w Wietnamie były niezwykle rzadko poruszane przez ówczesną telewizję, a szczególnie przez programy z najpopularniejszych ramówek. Tematy te postrzegano za zbyt kontrowersyjne dla programów zaplanowanych jako stricte rozrywkowe. Zamiast więc zajmować się zagadnieniami wojen i międzynarodowej polityki kraju preferowano skupienie się na powtórkach popularnych audycji i operach mydlanych. Star Trek był jednym z nielicznych miejsc w amerykańskiej telewizji, gdzie angażowano się w dyskusje i krytyczne przedstawienie tych (i innych) problematycznych kwestii.

Tematyka międzynarodowej polityki prowadzi nas zaś do sposobu, w jaki przedstawiono w odcinku Zjednoczoną Federację Planet; jest to temat szczególnie interesujący, gdy spojrzymy na niego przez pryzmat licznych krytycznych głosów kierowanych przeciw współczesnym inkarnacjom Star Treka, czyli serialom Star Trek: Discovery (2017- ) i Star Trek: Picard (2020- ). Bardzo często padają oskarżenia, że seriale te poprzez pokazywanie rządu Federacji dokonującego moralnie ambiwalentnych czynów, a nawet czynów złych, niszczą jej wizerunek jako pokojowej, „oświeconej” organizacji pozbawionej przemocy, korupcji etc., co ma stać w sprzeczności z oryginalnym zamierzeniem. I choć Star Trek zawsze miał stanowić wizję świata, do jakiego widzowie mieli dążyć, to już w 1. sezonie oryginalnego serialu pojawiały się przykłady krytycznego spojrzenia na działalność federacyjną.

[caption id="attachment_12503" align="aligncenter" width="700"] Dyplomatyczna twarz Federacji: ambasador Robert Fox.[/caption][caption id="attachment_12504" align="aligncenter" width="700"] Powierzchnia Eminiaru VII.[/caption][caption id="attachment_12505" align="aligncenter" width="700"] W Anana 7 wcielił się David Opatoshu, wcześniej był on brany pod uwagę do roli dra Boyce'a w "The Cage".[/caption][caption id="attachment_12506" align="aligncenter" width="700"] Sposób prowadzenia wojny na Eminiarze VII.[/caption][caption id="attachment_12507" align="aligncenter" width="700"] Twórcy serialu od czasu do czasu popychali fabułę poprzez dodawanie Spockowi kolejnych zdolności: w tym przypadku telepatycznie kontroluje on strażnika znajdującego się po drugiej stronie ściany.[/caption]

Przypomnijmy sobie dwa, omówione już na łamach Kinomisji, odcinki: Arena oraz The Return of the Archons. W The Return... Kirk przybywa na inną planetę (symboliczne terytorium kolejnego państwa) i dokonuje przewrotu niszcząc tamtejszy rząd i instalując rząd federacyjny. Czyni to, ponieważ w jego uznaniu wartości reprezentowane przez tamtejszą władzę są złe; innymi słowy, zmienia całkowicie struktury władzy w obcym mocarstwie tylko dlatego, że się z nimi nie zgadza. Oczywiście w odcinku padają wyjaśnienia, dlaczego Kirk postępuje w ten sposób: jest m.in. proszony o pomoc przez miejscową ludność. Ostatecznie zatem kapitan Enterprise'a faktycznie dokonuje słusznego i dobrego uczynku, stąd jest – przynajmniej do pewnego stopnia – usprawiedliwiony w swoim postępowaniu.

Nieco inaczej jednak sytuacja wyglądała w Arenie. Otóż w jej powstanie mocno zaangażowany był Gene L. Coon, który również pracował nad A Taste of Armageddon; w obu odcinkach prezentował krytyczny pogląd na postępowanie Federacji. W Arenie – gdzie nazwa „Federacja” pojawiła się po raz pierwszy – okazuje się, że kolonizacyjne dążenia przymierza planetarnego nie zawsze idą w parze z dobrem ras (państw) niebędących jej członkami; innymi słowy przedstawił Federację jako potęgę kolonizacyjną nieprzejmującą się zbytnio niczym innym, jak poszerzaniem własnego terytorium i własnych wpływów. Ponownie sytuacja została pomyślnie rozwiązana przez Kirka, który uczy siebie – i widzów – jak szanować innych, lecz nie oznacza to wcale, że Federacja jako ponadpaństwowy byt zmieniła swoją politykę. Tym bardziej, że najważniejsze decyzje dotyczące jej funkcjonowania są podejmowane daleko poza zasięgiem wzroku tak widzów, jak Kirka i jego załogi.

Rozwinięcie tego tematu znajduje się w A Taste of Armageddon, odcinku, w którym po raz pierwszy pojawia się pełna nazwa: „Zjednoczona Federacja Planet”. I bardziej niż idealistyczny, ten utopijny związek planetarny zdaje się tu być wersją Stanów Zjednoczonych Ameryki („United Federation of Planets” - „United States of America”), jaką Coon wykorzystuje do krytyki zagranicznej polityki kraju. Tym samym Federacja staje się – i to już od chwili jej pierwszego przywołania – symbolem nie tylko zalet, ale i wad systemu politycznego obecnych podczas tworzenia danego serialu. Tak samo traktują ją współcześni twórcy, także naświetlający liczne problemy dręczące nasz świat, ze szczególnym uwzględnieniem USA. Oznacza to więc, że od momentu wprowadzenia jej do świata Star Treka organizacja ta dokonywała moralnie nagannych czynów, stąd krytykowanie przedstawiania podobnych czynów współcześnie jest krytyką chybioną.

Wróćmy jednak do A Taste of Armageddon i przyjrzyjmy się, jak ta bardziej negatywna wizja Federacji rozwija się tutaj. W odcinku przedstawiono ambasadora Foxa, którego misją jest ustanowienie dyplomatycznych relacji z Eminiarem VII, celem stworzenia federacyjnego portu gwiezdnego. Gdy Enterprise dociera do planety, rządzące Eminiarem VII konsylium otwarcie stwierdza, że nie tylko nie jest zainteresowane nawiązaniem dyplomatycznych relacji, lecz w ogóle nie życzy sobie, aby ktokolwiek z Federacji do nich przybywał. Dla Kirka jest to wystarczający powód aby zawrócić statek gwiezdny; wszak skoro nie są mile widziani, to nie ma sensu siłą wdzierać się na terytorium niepodległej planety. Fox jednak natychmiast każe kapitanowi zignorować wiadomość konsylium, przejść na orbitę wokół Eminiaru VII i teleportować się na jego powierzchnię. Innymi słowy interes Federacji jest dla Foxa – co presuponuje ciało rządzące Zjednoczoną Federacją Planet – ważniejszy niż wola i niezależność mieszkańców odwiedzanego świata. Nie tylko jest to pozycja przeciwstawna do roli Federacji jako szanującej odmienności i zawsze kierującej się dobrem innych, lecz stojąca w opozycji zarówno do Pierwszej Dyrektywy, jak i do propagowanych przez serial indywidualizmu i progresywności. I nie można tego portretowania Federacji zrzucić na karb wczesnego niedopracowania zasad rządzących uniwersum Star Treka czy uznać za błąd scenarzysty. Był to bowiem zamierzony zabieg stanowiący dość subtelną krytykę międzynarodowej polityki Stanów Zjednoczonych, które nie tylko nie przejmowały się innymi państwami, lecz swoim postępowaniem zagrażały własnym obywatelom. W odcinku decyzja Foxa umieszcza załogę Enterprise'a w samym centrum „zimnej wojny”, przez co naraża na śmierć wszystkich na pokładzie.

Ponadto jest tu coś jeszcze, co zdradza, że Federacja nie jest wcale taka pokojowa, jak może na pierwszy rzut oka się wydawać. W obliczu zagrożenia zniszczeniem gwiezdnego statku i zabicia załogi z rąk Eminiarczyków, Kirk wydaje Rozkaz Naczelny 24 z aktywacją opóźnioną o dwie godziny. Rozkaz ten stanowi o całkowitej eradykacji wszelkich form życia i przejawów cywilizacji z danej planety. Oczywiście, ostatecznie nie zostaje on wykonany, lecz sama jego obecność i niezbyt wielkie poruszenie (za wyjątkiem zdziwionej twarzy Uhury), jakie jego wydanie wywołuje świadczy, że Federacja jest zdolna do destrukcyjnych czynów. Pokazuje to, że nie tylko „oni”, ale „my” również dokonujemy niesprawiedliwych, egoistycznych wyborów.

W jaki jednak sposób ten dość negatywny obraz Federacji pogodzić z aspiracyjną wykładnią serialu, tj. promowaniem wartości i konduktu zachowań do jakich powinniśmy jako ludzkość dążyć? Otóż, gdy Kirk i Spock przedstawiają zarówno Eminiarczykom, jak i Foxowi potrzebne fakty, i gdy kapitan odbiera możliwość prowadzenia zdalnej wojny oraz wydaje Rozkaz Naczelny 24, wtedy wszyscy decydują się obrać pokojową drogę rozwiązania konfliktu. Konsylium decyduje się rozpocząć rozmowy ze swoimi rywalami, a Fox zostaje na miejscu zajęty bardziej zapewnieniem dyplomatycznych relacji między Eminiarem VII i Vendikarem niż Eminiarem i Federacją (choć domyślamy się, że utworzenie portu jest już tylko kwestią czasu). Zmysł Kirka okazał się zatem – ponownie – słuszny. Twórcy wiedzieli, że mimo wszystko można zarzucić mu pewne nadużycia i zbytnie poleganie na szczęściu, co potwierdzili kwestiami Spocka wskazującymi, że nie można było mieć pewności czy zlikwidowanie komputerów symulacyjnych nie doprowadzi do rozpoczęcia otwartej, bardziej niszczycielskiej wojny, zamiast do rozpoczęcia procesu budowania pokojowych relacji. I to tu właśnie, w reakcjach wszystkich stron konfliktu, objawia się aspiracyjny charakter serialu, zakładającego – być może naiwnie, ale w końcu Star Trek jest ostatecznie serią optymistyczną – że gdy wszyscy poznają i zrozumieją wszystkie fakty, wtedy podejmą słuszną decyzję, zaniechają przemocy, będą szanować innych i stłumią swój egoizm.

Choć A Taste of Armageddon jest interesującym odcinkiem w kontekście politycznym, nie jest to odcinek idealny. Jako że akcja rozgrywa się prymarnie na Eminiarze VII, sporo czasu spędzamy z samymi Eminiarczykami, głównie z przywódcą konsylium Ananem 7 i jego córką Meą 3. Niestety oprócz stanowienia symboli zimnowojennego społeczeństwa nie posiadają oni zbyt wiele wyróżników. Mea 3 to wyjątkowo pusta postać, pozbawiona własnego charakteru i robiąca tylko, co każą jej inni, oferując czasem jedynie nikły sprzeciw wobec postępowania Kirka. Anan 7 tymczasem – choć próbuje się usprawiedliwić jego punkt widzenia – ostatecznie, poprzez usilne próby zniszczenia załogi Enterprise'a, sprawia wrażenie taniego złoczyńcy, podstępnie dążącego do zabicia bohaterów. Niezbyt interesująca rasa, jaką napotykają w omawianym odcinku Kirk, Spock i kilku innych załogantów nie umniejsza oczywiście innym walorom A Taste of Armageddon, pozostającego jednym z ciekawszych epizodów serialu.

Tyranny, sir? Or an attempt to unify Humanity?



STAR TREK
Space Seed
odcinek 24., sezon 1.

Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz: Gene L. Coon i Carey Wilber, na podstawie pomysłu Careya Wilbera.
Data pierwszej emisji: 16.02.1967

Obsada:

William Shatner - James T. Kirk
Leonard Nimoy - Spock

oraz

Ricardo Montalban - Khan Noonien Singh
Madlyn Rhue - Marla McGivers
DeForest Kelly - Leonard McCoy
James Doohan - Montgomery Scott
Blaisdell Makee - Spinelli
Nichelle Nichols - Uhura
Mark Tobin - Joaquin
Kathy Ahart - załogantka
John Winston - technik tranportera

Pod koniec 1. sezonu Star Treka dobra passa serialu trwała w najlepsze, czego świadectwem jest zbiór świetnych odcinków, do których zalicza się również Space Seed – jeden z najsłynniejszych i najszerzej analizowanych epizodów w historii serii. Autorem wstępnej jego wersji był Carey Wilber, który zainspirował się osiemnastowiecznym, brytyjskim zwyczajem odsyłania statkami przestępców poza granice kraju. Stąd też wpadł na pomysł stworzenia statku gwiezdnego o nazwie Botany Bay (nazwa penalnej kolonii w Australii), którym ze zmagającej się z nadmierną populacją Ziemi 2096 roku wysłano w kosmos przestępców wraz z kilkoma stróżami prawa. Przestępcom tym przewodzić miał nordycki „nadczłowiek” posługujący się pseudonimem Harold Erricsen, później zmienionym na John Erricsen, lecz w rzeczywistości nazywający się Ragnar Throwald, pełniący kluczową funkcję w tzw. Pierwszej Światowej Dyktaturze, czyli rządzie przestępców mającym mieć kontrolę nad światem. Pomysł ten jednak nie do końca spodobał się Gene'owi Roddenberry'emu, który uznał, że w czasach finansowych trudności, ziemski rząd nie przeznaczyłby ogromnych funduszy tylko po to, by wybudować nowoczesny statek gwiezdny dla grupy przestępców. Jego uwaga znalazła się zresztą w finalnej wersji odcinka i została przemieniona w kwestię wypowiadaną przez Spocka.

Stąd też dokonano w scenariuszu licznych zmian, za których część odpowiedzialny był Gene L. Coon, ponownie dorzucający do scenariusza szczyptę sceptycyzmu wobec ludzkości w uniwersum Star Treka. W nowej wersji Space Seed Botany Bay w kosmos wyruszył w 1996 roku, pod koniec Wojny Eugenicznej, która ogarnęła większą część naszej planety. Otóż – jak się okazuje – pod koniec XX wieku ludzkość zaangażowała się w eksperymenty dotyczące selekcjonowania genów, mające na celu stworzenie silniejszych, zdrowszych, inteligentniejszych ludzi. Dzięki tym genetycznym modyfikacjom stworzono grupę „nadludzi”, przewyższających zarówno fizycznie, jak i mentalnie zdolności reszty ludzkości. Jak jednak pamiętamy z poprzednich odcinków – szczególnie z Where No Man Has Gone Before i Charlie X – twórcy Star Treka zawsze negatywnie charakteryzowali tych, którzy nagle zyskiwali nadludzkie zdolności. W matrycy ideologicznej serialu człowiek bowiem wcale nie musi ewoluować, aby być doskonały. Człowiek już jest doskonały i „jedyne”, co musi zrobić, to odnaleźć równowagę między emocjami, pragnieniami a zimną logiką, co Star Trek oczywiście przedstawia na przykładzie kapitana Kirka, stanowiącego instancję scalającą emocjonalnego McCoya i logicznego Spocka. Wszystkie próby wykroczenia poza człowieczeństwo zaburzają zaś tę równowagę, sprawiając że dana osoba albo traci ludzkie emocje, albo zdolności logicznego myślenia; to oczywiście wiąże się z pokonaniem ich przez zachowującego tę równowagę człowieka, jakim jest James T. Kirk.

Space Seed podchodzi do tego tematu w sposób szczególnie intrygujący. Kwestia Wojen Eugenicznych prowadzonych przez laboratoryjnie stworzonych „nadludzi”, próbujących przejąć kontrolę nad Ziemią z miejsca kojarzy się z dwiema historycznymi postaciami: Friedrichem Nietzschem i Adolfem Hitlerem. Sama idea genetycznej manipulacji w celu stworzenia nadczłowieka również posiada konotacje związane z nazizmem. W tym kontekście odcinek oferuje kilka ciekawych rozwiązań. Po pierwsze „nadczłowiekiem”, z którym zetrze się Kirk, jest najpotężniejszy z przywódców Wojen Eugenicznych, Khan Noonien Singh, pochodzący z północnych Indii sikh. Jest to niezwykle interesujące zagranie: odcinek sugeruje bowiem (lecz nigdy nie mówi wprost), że Khan jest faszystą, ale równocześnie jest on Hindusem pochodzącym z terenów kolonizowanych przez europejskie mocarstwa. I choć pochodzi on z lat 90., to serial niemal od chwili jego pojawienia się buduje go jako postać zakorzenioną w historii; czyni to poprzez nawiązania do stereotypowej reakcji na „egzotycznego” wojownika oraz – przede wszystkim – poprzez pokazywanie go w otoczeniu podobizn i omawiania jego postępowania w kontekście takich historycznych figur, jak Juliusz Cezar czy Napoleon. Stąd Khan jest poniekąd paradoksalną siłą kolonizacyjną i ofiarą kolonizacji w jednym; być może presuponuje to negatywne skutki mocarstw kolonizacyjnych, które stworzyły sobie potężnych wrogów na przyszłość. Ta paradoksalność jest też interesująca z punktu widzenia kwestii rasowych: Khan jako groźny, „egzotyczny” Hindus zagraża Federacji (tutaj: Zachodniemu światowi), choć jego działania wcale tak bardzo nie różnią się od ekspansyjnych dążeń przywódców "cywilizowanych" państw; ponadto mają na celu m.in. usunięcie jakichkolwiek różnic rasowych i zjednoczenie całej ludzkości pod jego rządami. Khan jest zatem wyrażeniem zarówno strachu, jak i fascynacji „innym”. Zawarte w nim sprzeczności tworzą z niego niezwykle barwną postać, której tajemniczość, magnetyzm i status dominującego samca alfa genialnie zaprezentował na ekranie Ricardo Montalban.

Ale nie jest on oczywiście jedynym samcem alfa, jaki przebywa na pokładzie Enterprise'a. Pozycja kapitana Kirka jako silnego, posiadającego intelektualną i moralną wyższość, a przy tym z łatwością podbijającego kobiece serca mężczyzny nigdy była zagrożona. Do teraz. Khan w tym kontekście stanowi zniekształcone lustrzane odbicie Kirka. Jest od niego silniejszy fizycznie, równie niezłomny w swoich przekonaniach, a jego magnetyzm sprawia, że z łatwością podbija serce porucznik McGivers, która zdradza swoich współzałogantów i pomaga Khanowi przejąc kontrolę nad statkiem gwiezdnym. W kontekście realizacyjnym doprowadziło to do prawdziwego aktorskiego pojedynku między znanym ze swoich szarży i chęci ciągłego znajdowania się w centrum uwagi Williamem Shatnerem oraz próbującym wykraść mu tę centralną pozycję Ricardo Montalbanem, wyglądającym czasami jakby jego jedynym zamiarem było przyćmienie wszystkich innych aktorów na planie. Co zresztą nieraz mu się udaje.

[caption id="attachment_12515" align="aligncenter" width="700"] Botany Bay na ekranie na mostku Enterprise'a. Autorem projektu statku był Matt Jefferies, który zaprojektował Botany Bay zanim wykonał projekt Enterprise'a.[/caption][caption id="attachment_12516" align="aligncenter" width="700"] Mimo że widzimy tylko jedno pomieszczenie na pokładzie Botany Bay wybudowano także części bocznych korytarzy wraz z komorami dla pasażerów.[/caption][caption id="attachment_12517" align="aligncenter" width="1440"] Khan Noonien Singh w futurystyczno-historycznym anturażu. Ciekawostką jest fakt, że Khan w odcinku pojawia się w 5 różnych kostiumach, co stanowi rekord dla męskiej postaci w serialu.[/caption][caption id="attachment_12518" align="aligncenter" width="1440"] Khan i jego ludzie przejmują kontrolę nad Enterprisem.[/caption][caption id="attachment_12519" align="aligncenter" width="1440"] Uhura sprzeciwia się ludziom Khana.[/caption][caption id="attachment_12520" align="aligncenter" width="1440"] Torturowany Kirk.[/caption]

O wiele bardziej interesujący od pojedynku Shatnera z Montalbanem jest jednak pojedynek Kirka z Khanem. Aby lepiej go docenić, warto przywołać pogląd uznający kapitana Enterprise'a za idealnego übermenscha. Jest on doskonałą instancją równoważącą obecne w człowieku prymitywizm i intelektualizm, jest przy tym całkowicie pewny siebie, jak i wartości, jakie reprezentuje. Ponadto wszystkie jego interwencje wynikają poprawą zastanego porządku; nawet gdy jego misja nie w pełni się powodzi, Kirk nigdy nie zostawia sytuacji w stanie gorszym niż przed swoim przybyciem. Jego pewność siebie jest zatem w pełni usprawiedliwiona: Kirk jest faktycznie osobą, której osąd jest najlepszy. Nawet mimo pewnych "ludzkich" pomyłek, jak np. początkowe niedocenienie Khana, ostatecznie nie ma wątpliwości, że to wartości reprezentowane przez niego powinny wygrać.

Pod tym względem Space Seed stanowi swoisty pojedynek dwóch „nadludzi”, a może raczej dwóch interpretacji „nadczłowieka” z filozofii Nietzschego. Khan jest wizją nadczłowieka jako instancji absolutnie dominującej, postrzegającej świat poprzez pryzmat rywalizacji i podbojów (co ujawnia się w jego retoryce niemal zawsze opartej o militarne porównania), biorącego siłą wszystko, czego chce, korzystającego ze swoich atrybutów do przejmowania kontroli nad ludźmi etc. Co jednak ostatecznie z tego wynika? Otóż to, że nie ważne ile książek przeczytał i ile nawiązań do Miltona z siebie wyrzuci, w rzeczywistości jest zwykłym, zadufanym w sobie bandziorem. Jego całkowita akceptacja agresywnej strony człowieka, zdolność jej ukrywania przed innymi oraz manifestowania jako atrakcyjnej, w połączeniu z jego dominującą osobowością mogą wydawać się uwodzicielskie – nie tylko dla kobiet, żywą fascynację (ku kompletnemu zdumieniu Spocka) przejawiają nim początkowo także Kirk, McCoy i Scotty – lecz ostatecznie nie ma żadnych wątpliwości, że w porównaniu z wersją „nadczłowieka”, jaką reprezentuje kapitan Enterprise'a, jest nikim. W tym kontekście serial przedstawia przyszłość ludzkości jako przyszłość, w której nie ma miejsca dla ludzi szukających i powodujących konflikty. Khan jest reliktem przeszłości; reliktem, który mimo że posiada groźne, uwodzicielskie właściwości, to w świecie zamieszkanym przez Kirków, Spocków czy Uhury – do których Star Trek każe nam aspirować – pozostaje reliktem, jakiego moce zostaną prędko wygaszone i jaki zostanie w ciszy odłożony na zakurzoną półkę historii, czy też – jak to ma miejsce w odcinku – wysłany wraz ze swoimi („nad”)ludźmi na groźną planetę, gdzie będą mogli spełniać swoje prymitywne pragnienia walki z dala od nas, od ludzi, którzy faktycznie wyewoluowali.

Zanim zakończę dzisiejszą część Pocztówek z ostatecznej granicy, chciałbym przyjrzeć się jeszcze jednej postaci, wspomnianej porucznik McGivers, pokładowej historyczki, obecnej przy wybudzeniu Khana z trwającego ponad 200 lat snu i prędko dającej się uwieść jego dominującej, agresywnej osobowości, a nawet czerpiącej przyjemność, gdy ów fizycznie i mentalnie się nad nią znęca. W kontekście pojedynczego odcinka, postać McGivers jest dość logicznym i akceptowalnym uzupełnieniem omówionego przed momentem wizerunku Khana. W kontekście całego serialu trudno jednak nie zauważyć powracającego seksizmu, czasem w dość niesmacznej formie. Przypomnijmy sobie szczególnie dwa odcinki z dotychczas omówionych: The Enemy Within oraz Shore Leave. W pierwszym z nich pojawia się sugestia, że Janice Rand odczuwała przyjemność lub uznawała/powinna uznawać za formę komplementu próbę jej zgwałcenia przez brutalnego mężczyznę, zaś w drugim Tonia Barrows marzy, aby być seksualnie napastowana. Do tego stopnia, że gdy jej pragnienia się materializują, zagrażają innym załogantom. Niemal wszystkie postaci kobiece w Star Treku (wyraźnym wyjątkiem pozostaje Uhura) są przedstawione jako gorzej zdyscyplinowane, fizycznie i mentalnie słabsze, niezdolne do podejmowania ważnych decyzji i – przede wszystkim – w głębi serca niepragnące niczego innego poza mężczyzną, który siłą podbije ich serca i któremu będą mogły służyć. W nagranej, lecz wyciętej z ostatecznej wersji odcinka scenie, McGivers w rozmowie z inną załogantką stwierdza, że czeka na mężczyznę, który „zapuka do mych drzwi i zaniesie mnie dokądkolwiek będzie chciał”. W samym odcinku zaś nie tylko znosi mentalne znęcanie się nad sobą przez Khana, lecz pojawia się scena, w której dyktator niemal łamie jej rękę – wszystko to sprawia, że pani porucznik jeszcze bardziej się w nim zakochuje.

Poza tym mankamentem, Space Seed stanowi jeden z najlepszych i najbardziej kultowych odcinków serialu: świetnie zagrany, pełen emocji i posiadający zapadającego w pamięci antagonistę, jak również poruszający interesujące kwestie. Co prawda rywalizacja Kirka z Khanem kończy się w nieco rozczarowujących zwrotach fabularnych, lecz można je wybaczyć zważywszy na konieczność zamknięcia dość rozbudowanej historii w niespełna 50 minutach. I choć po zakończeniu oglądania pozostaje więc w widzu niewielkie uczucie niedosytu, to na szczęście zostanie ono zaspokojone już za 15 lat, wtedy bowiem Khan powróci, by zmierzyć się z Kirkiem po raz drugi.

[caption id="attachment_12521" align="aligncenter" width="1440"] Khan podbija serce McGivers.[/caption][caption id="attachment_12522" align="aligncenter" width="1440"] McGivers z miłością w sercu akceptuje znęcanie się nad nią przez ukochanego.[/caption][caption id="attachment_12523" align="aligncenter" width="1440"] Ostateczne starcie dwóch "nadludzi".[/caption]


Autor: Mateusz R. Orzech.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi. Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōk...

Kamikaze (2013). Wieczne zero

 Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato ( Uchū senkan Yamato , 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu ( Ritana , 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze ( Eien no Zero [ Wieczne Zero ]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za...

Na celowniku

  Na celowniku: John Carpenter 13/08/2017 Kinomisja Pulp Crew Na celowniku , Wyliczanka 1   Fan art autorstwa Tylera Championa.  Szanowni pulpożercy! Dziś rozpoczynamy nowy kinomisyjny cykl tekstów zbiorowych, w którym przyglądać się będziemy wybranym reżyserom kina gatunków. Nie zamierzamy tu przerabiać całych filmografii, lecz skupiać się na naszym zdaniem najlepszych, najciekawszych czy po prostu z jakichś powodów najbardziej przez nas lubianych tytułach. Zaczynamy od znanego, a jednak często pechowego i niedocenianego Johna Carpentera, ponieważ wielbić go trzeba i basta! Łącznie tekst napisało trzynaście osób, w tym, tradycyjnie, trochę gości, a są to tym razem: Jakub Górecki ( Pulp Punk ), Kuba Haczek ( The Blog That Screamed ), Patryk Karwowski ( Po napisach ), Michał Mazgaj , Sara Nowicka ( Kino w zwolnionym tempie ), Piotr Pluciński ( Pop Glitch ) oraz Kamil Rogiński ( Drugged by Movies ). Każdy wybrał sobie po jednym filmie do publicznej podjarki, co oznacza, ...