Przejdź do głównej zawartości

Owoce rajskich drzew spożywamy (1969). Surrealny Eden

 

W 1966 roku Věra Chytilová wyreżyserowała jeden z najważniejszych filmów czechosłowackiej Nowej Fali. Surrealne, swobodne narracyjnie i w dużej mierze improwizowane Stokrotki (Sedmikráski), do których scenariusz współtworzyła Ester Krumbachová, jedna z ważniejszych figur ruchu. Produkcja z miejsca stała się jednym z nowofalowych symboli. Trzy lata później na ekrany kin trafiła kolejna produkcja Chytilovej z wkładem Krumbachovej. Był to film z wciąż wyraźnym surrealnym sznytem, lecz tym razem zdecydowanie poważniejszy, cięższy. Zbyt niepokojący dla ówczesnej władzy. Określony jako „narzędzie nihilizmu”, został usunięty z obiegu, a reżyserka przez kolejne 7 lat nie była w stanie powrócić na plan filmowy.

Owoce rajskich drzew spożywamy (Ovoce stromů rajských jíme) jest obecnie nieco zapomnianym klasykiem kina światowego, który z powodu niechęci władz i braku odpowiedniej promocji nie spotkał się z należną mu uwagą – mimo pokazu na festiwalu w Cannes w 1970 i zdobyciu specjalnej nagrody jury w tym samym roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago. Na szczęście, sytuacja ta powoli zmienia się na lepsze dzięki pokazom i wydaniom produkcji, które ostatnio pojawiają się w różnych miejscach na świecie, między innymi w Wielkiej Brytanii. Owoce rajskich drzew spożywamy to niesamowite dzieło kinowego oniryzmu, symboliczna trawestacja przypowieści o Adamie i Ewie, która wyszła spod rąk wizjonerskich artystów u szczytu ich twórczej energii.

Film otwiera się na liczne możliwości interpretacyjne, zapraszając do prób odnalezienia drugiego, trzeciego czy nawet czwartego dna. Komentarz społeczny, krytyka ustroju politycznego, rozprawa na temat natury prawdy, polemika religijna, feministyczny manifest – te i inne odczytania są w przypadku produkcji jak najbardziej zasadne, jednak ostateczna egzegeza wymyka się widzowi niczym protagonistka z pułapek czyhającego na jej życie mordercy. Chytilová sama przyznała, że nie istnieje definitywna wersja tego, co film sobą przedstawia. Czyżby więc była to rozprawa o ulotności i niemożliwości poznania prawdy? O traumie, jaką jej poznanie mogłoby wywołać w człowieku? Gdy chór na ścieżce dźwiękowej śpiewa „Powiedz mi prawdę”, protagonistka krzyczy: „Nie chcę znać prawdy!”.

Po raz pierwszy chór zaznacza swoją obecność w trwającym około 9 minut prologu, będącym symboliczną reprezentacją historii Adama i Ewy jako części natury. Cudownie oniryczny, pełen nieposkromionych obrazów, zrealizowany z eksperymentalnym zacięciem prolog stanowi niemal osobną opowieść. Jawi się niczym krótkometrażowy film, który wprowadza w tematykę i nastrój następującej po nim głównej części. Jako taki jest jednym z najlepszych filmowych prologów, jakie kiedykolwiek stworzono w kinie.

Po nim przenosimy się do niewiele mniej onirycznego domu wypoczynkowego, gdzie znajdują się bohaterowie: Eva, jej mąż Josef oraz Robert. Eva – reprezentacja wiadomej postaci biblijnej – to nieco infantylna, dobrotliwa kobieta z ogromnymi pokładami energii i ciekawości, które z powodu braku zainteresowania ze strony męża muszą znaleźć niebezpieczne ujście. Josef – reprezentacja biblijnego Adama – to znudzony stałym związkiem mężczyzna; przebywanie wśród innych gości, w tym młodych kobiet, jest dla niego doskonałą okazją do nawiązania nowych romansów. Robert – filmowy Szatan – to popularny wśród przedstawicielek płci pięknej, dobrze wykształcony, lecz również niepozbawiony uroczej nieporadności kawaler, który potrafi romansować nawet z przykutymi do wózka inwalidzkiego staruszkami. Wolne chwile spędza zaś jako morderca, pieczątką numerujący swoje ofiary. Pieczątką, którą odkryła ciekawska Eva, z nudów szperająca tam, gdzie nie powinna. Ciekawość wydaje się więc naprawdę prowadzić do piekła. Lecz czy aby na pewno?

Być może słowa reżyserki dotyczące braku definitywnego przekazu są tylko kolejną próbą odwiedzenia nas od prawdy. Czy bowiem film tak skrupulatnie wypełniony symboliczną zawartością może w gruncie rzeczy traktować o czymś przypadkowym lub dotykać kilku tematów tak powierzchownie, mimo wyraźnego wysiłku włożonego w dobór alegorycznych motywów? Da się w nim odczytać wyraźny przekaz dotyczący seksualności, relacji damsko-męskich w kontekstach historycznym, politycznym i religijnym oraz poszukiwaniu równowagi, a także wzmiankowanej wcześniej idei pragnienia odnalezienia (lub być może niemożliwości odnalezienia) prawdy. Pełna ciekawości postawa Evy początkowo onieśmiela Roberta przyzwyczajonego do zakorzenionej w konserwatywnej myśli dominacji mężczyzn. Jego teczka, jawiąca się jako filmowa wersja biblijnego owocu poznania prawdy, jest przyczyną oświecenia Evy, z którego rezygnuje jej mąż. Przeobrażenie Evy w świadomą swojej seksualności kobietę i jej późniejsze wyrzekanie się chęci poznania prawdy można rozumieć jako komentarz feministyczny, lecz również jako konstatację faktu egzystencji w pułapce kulturowych ról, jakie przypisane są płci. Film zaprasza również do interpretowania zdarzeń w zgoła innym świetle, stąd też dla każdego widza powinien stanowić podróż intrygującą.

Nawet jeśli nie chce się zgłębiać znaczeniowych meandrów produkcji, pozostaje wiele do podziwiania w warstwie audiowizualnej, kreującej oniryczny i surrealny nastrój. Utrzymuje się on bowiem nie tylko dzięki niedookreśloności relacji, ambiwalencji znaczeń czy narracji wyzwolonej w formie sennej logiki, lecz również dzięki zderzeniom kolorów, nierzadko teatralnej manierze aktorskiej czy też, na co warto zwrócić szczególną uwagę, ścieżce dźwiękowej Zdenka Liški. Stworzył on perfekcyjne tło dla awangardowej Chytilovej. Wspomagany repetycyjnymi klawiszowymi motywami, elektronicznymi tonami oraz dźwiękami ptaków, skomponował muzykę nierzadko bardziej odrealnioną niż obserwowana fabuła, nie tylko uzupełniając, lecz również uwydatniając poetycki wymiar produkcji. Poniekąd w sukurs w budowaniu nastroju przychodzi również fakt, że wszyscy aktorzy w głównych rolach mają podłożone głosy, przez co wrażenie braku zakotwiczenia w realnym świecie staje się jeszcze większe.

Eksperymentalne zacięcie twórców było zapewne największym problemem dla ówczesnych władz, które sprzeciwiły się kontynuowaniu filmowej kariery Chytilovej. Dzisiejszego widza, który oglądał już filmy takich reżyserów jak Alejandro Jodorowsky, Shinya Tsukamoto czy propozycje nowofalowców francuskich bądź japońskich, produkcja może zaskakiwać z mniejszą siłą. Niewątpliwie jednak wciąż stanowi świeże spojrzenie na medium, pełne intrygujących pomysłów, niespodziewanych scen i kolaży idei. Chytilová powinna teraz stać obok takich twórców jak wspomniany Jodorowsky czy Luis Buñuel, i być uznawana za jedną z postaci świata filmowego, która doskonały użytek czyniła z symbolizmu i surrealizmu, przekuwanego w niesamowite wizje świata filmu. Stworzyła ona produkcje, które powinny trafić nie tylko do widzów zainteresowanych czechosłowacką Nową Falą, lecz do miłośników istotnego i nieposkromionego kina w ogóle.

Autor: Mateusz R. Orzech.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi. Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōk...

Kamikaze (2013). Wieczne zero

 Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato ( Uchū senkan Yamato , 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu ( Ritana , 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze ( Eien no Zero [ Wieczne Zero ]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za...

Na celowniku

  Na celowniku: John Carpenter 13/08/2017 Kinomisja Pulp Crew Na celowniku , Wyliczanka 1   Fan art autorstwa Tylera Championa.  Szanowni pulpożercy! Dziś rozpoczynamy nowy kinomisyjny cykl tekstów zbiorowych, w którym przyglądać się będziemy wybranym reżyserom kina gatunków. Nie zamierzamy tu przerabiać całych filmografii, lecz skupiać się na naszym zdaniem najlepszych, najciekawszych czy po prostu z jakichś powodów najbardziej przez nas lubianych tytułach. Zaczynamy od znanego, a jednak często pechowego i niedocenianego Johna Carpentera, ponieważ wielbić go trzeba i basta! Łącznie tekst napisało trzynaście osób, w tym, tradycyjnie, trochę gości, a są to tym razem: Jakub Górecki ( Pulp Punk ), Kuba Haczek ( The Blog That Screamed ), Patryk Karwowski ( Po napisach ), Michał Mazgaj , Sara Nowicka ( Kino w zwolnionym tempie ), Piotr Pluciński ( Pop Glitch ) oraz Kamil Rogiński ( Drugged by Movies ). Każdy wybrał sobie po jednym filmie do publicznej podjarki, co oznacza, ...