Przejdź do głównej zawartości

Halloween Horror Show

 Halloween Horror Show

28/10/2015 Kinomisja Pulp Crew Halloween Horror Show, Inne teksty, Wyliczanka 2 

Jeszcze trzy wieczory i będziemy mieli kolejne Halloween, czyli, jak wiadomo, jedyne słuszne święto w historii (szczególnie odkąd istnieje kino grozy). Z tej okazji trzynastu śmiałków postanowiło zasugerować Szanownym Czytelnikom Kinomisji trzynaście obrazów godnych projekcji w tą najpiękniejszą noc roku. Obrazów, podkreślmy, raczej nieszczególnie znanych, przynajmniej nie w Polsce, a jednak prawdziwie zajebistych. Wśród rzeczonych śmiałków znalazło się czterech gości – Oskar z Magivangi, Adam z Leksykonu filmów postapokaliptycznych oraz Kuba i Simply z The Blog That Screamed – a także nowa twarz na pokładzie Kinomisji – Michał Rek. Rozrzut stylistyczny polecanych tytułów jest spory, ale przekonajcie się sami. Smacznego!

PS. A główny kadr zdobiący niniejszy wpis pochodzi z Lips of Blood (reż. Jean Rollin, 1975). Nic tu o nim poniżej nie ma, ale wszystko przed nami.


Oskar Dziki

Mord podczas nudnego przyjęcia / Slumber Party Massacre reż.  Amy Holden Jones, 1982

Sięgnięcie po slasher podczas Halloweenowej prywaty to chyba najlepszy możliwy wybór. Wszak ta prosta i odpowiednio krwawa rozrywka idealnie nadaje się zarówno na posiedzenie ze znajomymi i piwem, jak i na kameralny seans ze swoją drugą połówką u boku. Omijając szereg wszystkim znanych filmów pokroju Piątku trzynastego czy Halloween, warto sięgnąć nieco głębiej w filmową otchłań i wygrzebać napisany i wyreżyserowany przez babeczki Mord podczas nudnego przyjęcia. Ten wpisujący się w falę teen slasherów, wyrastających jak grzyby po deszczu w złotych latach 80., film to nic innego jak czysta, nieskrępowana frajda! Historia grupy dziewczyn, na domówkę których nieproszenie wbija się zbiegły z psychiatryka szaleniec uzbrojony we wcześniej zdobyte wielkie wiertło udarowe, to wybuchowa mieszanka przemocy, nagich biustów i zabawnych tekstów. Bo Mord podczas nudnego przyjęcia to jeden z tych slasherów, które same siebie nie traktują serio! Trywialna fabułka, służąca do nabijania dużego i – za sprawą efektów gore – dość spektakularnego bodycountu, pozwoli Wam ogarnąć, co się dzieje na ekranie nawet po wypiciu kilku piwek! Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, aby rozsiąść się wygodnie w fotelu i pozwolić oczom śledzić poczynania Russa Thorna (Michael Villella) w systematycznej rzezi na kwiecie młodzieży amerykańskiej w rytm elektronicznej muzyki. A jeśli będzie Wam mało, śmiało możecie sięgnąć po kolejne dwa sequele, które zbytnio nie odbiegają od formy oryginału.


Grzegorz Fortuna

Angst reż. Gerald Kargl, 1983

Jak na dzieło pod wieloma względami niezwykłe, austriacki Angst jest filmem zaskakująco zapomnianym i niedocenionym, co powinno dziwić szczególnie w Polsce, bo jednym z autorów tego nieprzeciętnego horroru jest Zbigniew Rybczyński (odpowiadający za schizofreniczne zdjęcia). Być może na brak popularności debiutu Gerarda Kargla, który nie nakręcił już potem żadnego filmu, wpływ miała jego produkcja i dystrybucja (reżyser sfinansował film własnym sumptem, a potem dystrybuował go na kasetach wideo). Tymczasem to jeden z najbardziej oryginalnych i porażających filmów o psychopatycznych mordercach, jakie kiedykolwiek nakręcono. Głównym bohaterem jest bezimienny mężczyzna, który wychodzi z więzienia i – za pomocą narracji z offu – informuje widza, że planuje dokonać zabójstwa. W przeciwieństwie do większości filmowych morderców, ten nie jest ani interesujący, ani metodyczny, nie posiada też żadnych cech nadzwyczajnych. To po prostu skrzywdzony w dzieciństwie psychol, który na ofiary wybiera osoby słabe i chore, a kiedy trafia na chociażby najmniejszy opór – ucieka. Jako widzowie nie mamy najmniejszych powodów, by chcieć się z nim utożsamiać, ale reżyser nie daje nam większego wyboru. Zmuszeni jesteśmy patrzeć na świat jego oczami (pomagają w tym rozwiązania techniczne opracowane przez Rybczyńskiego, który w wielu scenach „przykleja” na przykład kamerę do twarzy bohatera) i słuchać jego wywodów. Miniaturowym arcydziełem jest tu choćby scena w przydrożnym barze, podczas której antybohater skanuje gości w poszukiwaniu potencjalnej ofiary, a widz zmuszony jest mu w tym pomagać. Kargl nie uznaje przy tym półśrodków i nie idzie na żadne kompromisy, nie stara się uczynić filmu choćby odrobinę bardziej rozrywkowym, nie cofa się przed pokazywaniem brudu i makabry. W efekcie tych zabiegów po seansie czujemy się zmieleni i wypluci, a samo Angst jawi się nie tyle jako film o psychopacie, co jako symulacja psychopatii.


Kuba Haczek

At Midnight I’ll Take Your Soul / À Meia-Noite Levarei Sua Alma reż. Jose Mojica Marins, 1964

1964 rok, Brazylia. Samorodny geniusz Jose Mojica Marins kręci w kilka dni wraz z grupą przyjaciół horror, pierwszy w historii brazylijskiej kinematografii. Jako iż nie skończył żadnej szkoły filmowej, wiarę w sukces swego debiutu umacnia jedynie intuicją i doświadczeniem. Od dzieciństwa tworzy bowiem amatorskie filmiki, święcie wierząc w jedną zasadę – w rzemiośle filmowym tylko praktyka czyni mistrza. Świętym Jose jednak nie jest. Jego plan to wywrócenie do góry nogami kanonów wiary katolickiej, gloryfikacja przemocy, nihilizmu, odrzucenie wszelkich pozytywnych aspektów życia. Marins jest zdeterminowany. Zapuszcza niesamowicie długie pazury, brodę, ubiera czarny kapelusz, płaszcz i wymyśla postać grabarza o imieniu Ze do Caixao – czyli Coffin Joe (po naszemu Józek Trumniarz) i gra tę rolę osobiście. Ów typ dąży tylko do jednego – do przedłużenia linii swego rodu. Niestety, jego małżonka nie jest w stanie urodzić mu potomka, więc Ze po prostu ją morduje, rozpoczynając krwawy pochód śmierci w sposób iście demoniczny: poddaje ją działaniu jadu tarantuli, kolejnej napotkanej osobie wydłubuje oczy, inną batoży… To jednak za mało dla bohatera, który niepokonany wśród ludzi, w fascynującym monologu bluźni przeciw Bogu; a że akurat mamy Noc Śmierci, odpowiedź nadchodzi równie szybko, jak oskarżenie… Jose Mojica Marins będąc świadomym siły swego obrazu stawia wszystko na jedną kartę – sprzedaje swój dom i samochód, by móc sfinansować debiut. Brazylia jest w szoku, co nie zmienia faktu, że film, zapewne również dzięki chwytliwemu tytułowi, staje się dosyć szybko wielkim hitem w całym kraju – w największych kinach jest grany po kilka razy dziennie! Reżyser z dnia na dzień z anonimowej postaci awansuje na guru ludzi zbuntowanych, myślących inaczej niż ogół, wyrzuconych poza margines społeczeństwa, którego 90% deklarowało w latach 60. wiarę chrześcijańską. Sen się spełnia. W tle wielkiego sukcesu dochodzą jednak pogłoski z planu o celowaniu z broni w kamerzystę, który odmawia nakręcenia jednego z ujęć, o wysyłaniu członków ekipy do dżungli po prawdziwe węże i tarantule, o opuszczeniu planu przez aktora, który miał grać główną rolę, o upijaniu żeńskiej części obsady. Właśnie minęło 50 lat od realizacji tego porażającego debiutu. Doceńcie więc odwagę Marinsa i szukajcie czym prędzej At Midnight I’ll Take Your Soul – w końcu Noc Duchów już tuż tuż…


Adam Horowski

Kobieta-diabeł / Onibaba reż. Kaneto Shindo, 1964

Średniowieczna Japonia, kraj wyniszczany przez niekończącą się wojnę domową. Dwie wieśniaczki – młoda i stara – by uchronić się przed głodem, mordują zbłąkanych, wycieńczonych walką żołnierzy, a następnie wymieniają zdobyczne miecze i zbroje za ryż. Pewnej nocy chatę kobiet nawiedza samuraj w masce demona, a starucha postanawia za wszelką cenę zobaczyć jego twarz… Dzieło Kaneto Shindo to realistyczna wizja piekła na Ziemi, nawiązująca do japońskiego zwoju pochodzącego z XII wieku (Gaki-zoshi), przedstawiającego wyniszczonych, cierpiących mękę głodu grzeszników, rozpaczliwie plądrujących groby w poszukiwaniu pożywienia. Owe potępione duchy wciąż stąpały po ziemi, ale były niewidoczne dla zwyczajnych ludzi, podobnie jak bohaterki egzystujące na bagnisku, ukryte pośród kilkumetrowych, złowieszczo szeleszczących trzcin. Jednak koszmar wojny jest właściwy nie tylko mrokom średniowiecza. Za maską samuraja kryje się bowiem hibakusha – ofiara bomby atomowej z twarzą zniekształconą poparzeniami spowodowanymi radioaktywnym promieniowaniem. Kobieta-diabeł to horror realistyczny i jednocześnie głęboko alegoryczny, ukazujący tragiczną stronę dziejów Japonii. Na przestrzeni wieków bezimienne, wyniszczone głodem ofiary, oszpecane podczas wojen, w których nie chciały brać udziału, za sprawą odpychających ran nieludzkie, wykluczane są ze społeczeństwa. Wegetują na granicy dwóch światów – żywych i martwych, ziemi i piekła, które podczas wojny od pewnego momentu stają się od siebie nieodróżnialne.


Mateusz R. Orzech

Pet Peeve / Fuan no tane reż. Toshikazu Nagae, 2013

Film Nagae jest dość nietypowym przykładem kina grozy. Choć garściami czerpie z wyeksploatowanych do granic przyzwoitości opowieści o długowłosych zjawach, skutecznie się od nich dystansuje dzięki epizodycznej strukturze oraz, przede wszystkim, surrealistycznemu wymiarowi, jaki towarzyszy bohaterom na niemal każdym kroku. Oparty na dziwacznej mandze Masaakiego Nakayamy, przedstawia losy przyjezdnego studenta oraz wybranych mieszkańców, jacy mieli nieszczęście znaleźć się w miasteczku pełnym zdarzeń wykraczających poza zdroworozsądkowe możliwości interpretacji. Ślepe uliczki w centrum, dziwne ślimako-oczy, zniekształcone duchy, różnorakie stwory o nader groteskowych atrybutach czy ludzie uwięzieni w żywopłocie są tutaj na porządku dziennym. Zjawiska te, przedstawiane w na pozór niezwiązanych ze sobą scenach, ostatecznie budują niemal kryminalną u rdzenia fabułę z nadnaturalnymi istotami na pierwszym planie. Nie jednak wyjaśnienie zagadek, lecz zatracenie się w makabrycznych wydarzeniach wokół nich stanowi zainteresowanie twórców. Największą zaletą filmu jest nieprzewidywalność. Każda ze scen co prawda powtarza podobny schemat grozy i podobnie stara się zabawić oczekiwaniami widza, ale starania te mają dość wysoką skuteczność zaskakiwania. Ponadto są udanie zamknięte w nie zawsze przejrzystych ramach budujących fabularną strukturę filmu, co dodatkowo wspomaga uczucie zagubienia w szarych, pełnych mętnych kolorów uliczkach miasteczka. I choć surrealno-groteskowa otoczka nie jest wolna od całkiem sporej ilości czarnego humoru, to udaje się Nagaemu zachować wrażenie permanentnego niepokoju, pesymizmu i grozy.


Marta Płaza

Popcorn reż. Mark Herrier i Alan Ormsby, 1991

Lubicie konwencję filmu w filmie, który jest przy okazji slasherem? Łapcie w takim razie za Popcorn! Główną bohaterką jest pewna studentka wydziału filmowego, która postanawia zorganizować maraton filmów grozy w kinie, w którym kiedyś doszło do tragedii. Już wkrótce kino stanie się areną kolejnej zbrodni. Podczas seansów, na których zebrała się okoliczna młodzież, dochodzi do okrutnych mordów. Organizatorka wydarzenia jest przekonana, że mają one związek z tragedią sprzed lat… Dużo czarnego humoru, ironii grubymi nićmi szytej, a w szczególności samoświadomego spojrzenia na horror jako gatunek – to największe zalety tego zapomnianego już dziś filmu ze złotej epoki VHS-ów. Popcorn w pewien sposób przetarł szlaki dla Krzyku, który miał rozpętać prawdziwą rewolucję pięć lat później. Skromniejszymi środkami, podobnie jak on, nawiązuje do klasyków gatunku, oraz ogranych motywów, które wykorzystuje na nowo. Jeżeli dodamy do tego świetnie wykreowaną postać mordercy to otrzymamy efektowną zabawę formą, idealną dla każdego miłośnika filmowej postmoderny. Smacznego!


Michał Rek

Body Melt reż. Phillip Brophy, 1993

Ostatnią noc spędziłem upojnie w jednym z krakowskich barów przy filmie bardzo niskobudżetowym, ale pełnym fallicznych, niepokojących figur i kształtów. Jacyś to niby kosmici, czy zło same nawet głównego bohatera opętuje i bałamuci, a jedynym ratunkiem jest pierś niewieścia i rozbrzmiewający w kosmosie Mozart. Nie o tym jednak dziele pragnę pomówić. Podczas seansu bowiem dosiadł się do mnie człowiek ciekawy, ćma barowa, obieżyświat i filmowiec – Australijczyk działający w podziemiu tamtejszej B-klasy. Naturalnym więc było, żem go spytał o ciekawe pozycje i pierwszy tytuł, jaki mi polecił to Body Melt, mówiąc, że jest to ekstrema taniego szmelcu. Uradowany niczym karzeł Torben (z filmu Sinful Dwarf) wróciłem do domu i zrazu ten skarb sobie odpaliłem. I wiecie co? Facet miał rację! Trup może gęsto się nie ściele, a fabuła jak na film tej klasy jest nieco zbyt zawikłana, za to reżyser oferuje nam pokaz rodem z najlepszych dzieł Tromy, czy może bliżej – wczesnych filmów Petera Jacksona. Zawrzodzone, zaropiałe rednecki, toksyczne odpady podawane dzieciom na obiadek, gwałt grabiami (przez kobietę o twarzy płaskiej jak cegła!) i inne, typowo australijskie atrakcje. Klasyczna, kultowa jazda. Chyba tam pojadę.


Simply

Vampyres reż. Jose Ramon Larraz, 1974

Zrealizowany w angielskim uroczysku przez zaprawionego w kinie  seksploatacji i makabry Katalończyka erotyczny horror imponuje nie tylko świetnie podaną historią i klimatem, który utrzymuje się jeszcze długo po seansie; to także film bardzo oryginalny. W tej opowieści o dwóch pięknych wampirzycach, żyjących w gorącym związku lesbijskim i wabiących (wyłącznie męskie) ofiary do swej malowniczej rezydencji, odrzucono większość typowych atrybutów. Nie ma żadnego spania w trumnach, heliofobii, przenoszenia klątwy na ofiary czy nawet kłów. Wystarcza sam głód ludzkiej krwi, sprzężony z erotyzmem o potężnej sile, który nie robi tu jedynie za uwodzicielską maskę. Jest nienasyceniem całkowicie autonomicznym. Także bohaterki, w które wcieliły się Marianne Morris i mająca polskie korzenie Anulka Dziubińska, to  żadne tam eteryczne mimozy, a kipiące żądzą i perwersją kobiety z krwi i kości.  Homo- i heteroseksualne akty miłosne, zwłaszcza z udziałem tej pierwszej, odegrane zostały z tak  zachłanną  drapieżnością, że niejedna para mogłaby sobie po czymś takim  to i owo głęboko przedefiniować. Zwłaszcza te ponure, emocjonalne kocmołuchy z zeszłorocznego The Duke of Burgundy. W filmie oczywiście nie brakuje scen gore. Wykonane są doskonale, a przede wszystkim eksplodują  znienacka, z iście bestialskim impetem. Bardzo zwierzęce. Samo nie pozbawione tajemniczości story i jego zimno-gorący, dekadencki klimat zdają się wyrastać nie tyle z ducha typowego horroru gotyckiego, co  raczej „czarnego romantyzmu” a’la Stefan Grabiński. Ale Vampyres to także film o nie gojącej się  ranie na przedramieniu jednego z bohaterów, systematycznie jątrzonej i otwieranej po kolejnym  gorącym seksie przez żądną krwi kochankę, gdy my świadkujemy postępującemu, niemal laboratoryjnie rejestrowanemu, rozpadowi jego woli i człowieczeństwa; oto unikatowa antycypacja cronenbergowskiego body horroru. Na osobną uwagę zasługuje fantastyczna operatorska praca  Harry’ego Waxmana (Wicker Man), który z równym pietyzmem potrafi pieścić miękkim rozproszonym światłem nagie ciała i twarze, co niepokoić kontrastowym światłocieniem rodem z płócien Caravaggia czy Goi. Całości dopełnia niezwykła sceneria wiktoriańskiego pałacu Oakley Court w hrabstwie Berkshire (kilka Hammerowskich horrorów też tu powstało), położonego w sercu lasu, który wydany na pastwę kanibalizmu późnej jesieni umiera na naszych oczach.


Bartek Słoma

Dom diabła / The House of the Devil reż. Ti West, 2009

Fabuła jest prosta jak drut. Samantha, sympatyczna studentka miejscowego college’u, postanawia wyprowadzić się od nieznośnej współlokatorki. By dorobić na wymarzoną stancję, zatrudnia się jako opiekunka do dziecka u tajemniczego, mieszkającego poza miastem jegomościa. Na miejscu okazuje się jednak, ze opieka właściwie nie dotyczy dziecka, lecz teściowej pracodawcy. Mimo to, skuszona wysoką stawką i nieświadoma czyhającego niebezpieczeństwa, dziewczyna podejmuje się zadania. Zostaje sama (prócz ukrytej na piętrze staruszki) w wielkim, wiktoriańskim domu i pląta się z nudów po pokojach wyczekując powrotu właściciela. I to właśnie w tym pozornym „nicnierobieniu” tkwi cała siła Domu diabła. Wycyzelowane, odwołujące się do klasyków sprzed ćwierćwiecza, ujęcia, skrupulatna, powolna ekspozycja, cierpliwie budowane napięcie, no i ten dom, będący równoprawnym bohaterem historii. Nie będę ukrywał, że film Westa jest strzałem prosto w moje kinomańskie serducho. Uwielbiam horrory narracyjnie osadzone w przestrzeni (Lśnienie, Coś, Suspiria, Noc żywych trupów etc.), uwielbiam tę atmosferę osaczenia w obcym, zamkniętym, tylko z pozoru przyjaznym miejscu. Tak też jest i tutaj. Twórcy budują gęsty klimat praktycznie z niczego. Samantha ogląda TV, Samantha zamawia pizzę, Samantha buszuje po szafkach… To film, który nie boi się być powolny, nie boi się wręcz zatrzymać, ale robi to z całkowitą premedytacją i świadomością. Co więcej, spośród powszechnych dzisiaj filmów, z których wybrzmiewa fascynacja magicznymi latami 80. produkcja Westa wyróżnia się autentycznością. Dom diabła ogląda się bowiem jak zapomnianą, zakurzoną perłę z górnej półki wypożyczalni VHS. Pomimo, że finał nieco rozczarowuje dosłownością, jest to jeden z najlepszych filmów grozy ostatnich lat. Nie przełomowy, nie rewolucyjny, ale uroczo nostalgiczny i zapatrzony w najlepsze lata gatunku. Jeśli macie ochotę na chwilę odpoczynku od krzykaczy – sprawdźcie koniecznie. Dla mnie – od kilku dobrych sezonów – halloweenowy standard.


Arek Szpak

Nocne życie / Night Life reż. David Acomba, 1989

Znany z Crittersów (1986) Scott Grimes gra Archiego, mieszkającego w niewielkim miasteczku nastolatka, w wolnym czasie pracującego w Domu Pogrzebowym prowadzonym przez swego wuja, a w szkole i poza nią dręczonego przez grupę mało rozgarniętych rówieśników. Oprawcy Archiego giną pewnej nocy w samochodowym wypadku, by niedługo później, na skutek burzy i elektrycznych czarów marów, powrócić do żywych jako mściwe, zaskakująco świadome i sadystyczne w swoich poczynaniach zombie… Zrealizowany za nieduże pieniądze, ale z werwą i uczuciem, udany film Acomby stylistycznie ma posmak obskurnego, VHS-owego horroru rodem z początku lat 90., jednak swoimi korzeniami mocno tkwi w młodzieżowym kinie gatunku lat 80., w rodzaju Powrotu żywych trupów (1985) czy Nocy pełzaczy (1986). W ekspozycji rozegrany spokojnie, z dyscypliną budujący atmosferę – trochę na wzór małomiasteczkowych, kingowskich opowieści – gatunkową kreatywnością wybucha raz za razem w drugiej połowie. Nocne życie oszczędniej niż tytuły wcześniej wspomniane dawkuje luźniejsze, komediowe elementy – jest całkiem serio i bardzo dobrze, ale podobnie jak one swoją siłę, pomysłowość i parę łatwo dających się lubić bohaterów bierze z Kina Nowej Przygody. W tym przypadku przygody w kostnicy nocą. A przynajmniej od niej się, klasycznie, zaczyna. Na Halloween jak szyty na miarę.


Krzysztof Ryszard Wojciechowski

Odrażający Dr Phibes / The Abominable Dr. Phibes reż. Robert Fuest, 1971

Zapomniany dziś Robert Fuest miał na początku lat 70. dobrą passę i stworzył kilka tytułów istotnych dla kina grozy (adaptacja Wichrowych wzgórz, And Soon the Darkness – oba z 1970 roku), ale moim zdaniem Odrażający Dr Phibes to jedyne arcydzieło w jego dorobku. A przy okazji jeden z najlepszych obrazów z udziałem Vincenta Price’a. Film hipnotyzuje od pierwszych scen i zabiera nas w surrealistyczną podróż wiodącą śladami szalonego, owładniętego rządzą zemsty łotra.  Czuć tu wpływy Diabolika Mario Bavy i innych ówczesnych ekranizacji komiksowych, przy czym udało się Fuestowi wlać w swoje dzieło neurotyczną, gotycką wrażliwość i wprowadzić do panteonu jednego z najromantyczniejszych potworów kina grozy. Krótko po tym, gdy jego żona zmarła na stole operacyjnym, Dr Phibes, specjalista od teologii i muzykologii, uległ wypadkowi samochodowemu. Został dotkliwie okaleczony. Stracił w wypadku niemal całą skórę twarzy i głos. Postanowił więc upozorować swoją śmierć. Po latach niczym Orfeusz wraca z zaświatów. Jest szalony,  wkurwiony i ma zamiar spektakularnie wykończyć lekarzy, których obarcza za śmierć swojej żony. Owszem, można uznać Dr Phibesa za ramotę, ale trzeba też przyznać, iż jest obrazem niezwykle wyrazistym. Jest produktem komercyjnym dla nakwaszonych nastolatków, ale też dziełem artysty, stworzonym z awangardową odwagą i bezkompromisowością. Wielu widzów ceni Dr Phibesa za kampowość, ewentualnie doceniając ujętą w pop-artowe ramy scenografię w stylu art deco, ale ja, z racji tego, że oglądam dużo szmiry, nie mam do tego filmu za grosz dystansu (i nie chcę mieć!).  Zdaje się, że nikt nie dostrzega tego, że mszczący się na lekarzach odpowiedzialnych za śmierć żony Dr. Phibes ma w sobie coś, co mocno osadza ten film w post-holokaustowym kontekście, a postawa jaką bohater przyjmuję wobec świata jest mieszanką Revika z Łuku triumfalnego i szalonego artysty-geniusza z Upiora w Operze.  Dla mnie to piękna, pulpowa poezja miłosna o wielkim,  nieśmiertelnym uczuciu.


Wongo

Night of the Eagle reż. Sidney Hayers, 1962

Skromna, niskobudżetowa Noc orła może budzić uzasadnione skojarzenia ze starszą o 5 lat szacowną Nocą demona Jacquesa Tourneura: oto oddany „szkiełku i oku” racjonalista (w tym przypadku pewien uniwersytecki wykładowca w brawurowej kreacji Petera Wyngarde’a) zostaje skonfrontowany z wykraczającymi poza naukowe pojmowanie zdarzeniami i rozpoczyna dramatyczny wyścig z czasem, gdzie stawkę stanowi życie jego i jego żony. To znakomite, atmosferyczne dziełko powstało na solidnym fundamencie – scenariuszu współtworzonym przez Richarda Mathesona, który zrezygnował z typowego dla kina grozy owej epoki wiktoriańskiego anturażu wprowadzając czarną magię w scenerię zwyczajnych współczesnych przedmieść, czy też w mury uniwersytetu. Reżyser Sidney Hayers wykazał się tutaj świetnym inscenizacyjnym nerwem aranżując szereg kapitalnych scen, a operator Reginald H. Wyer zadbał należytą, interesującą wizualnie oprawę. Uwagę zwracają zwłaszcza przydające obrazowi komiksowego charakteru ujęcia komponowane wokół zdobiącej front uczelni figury drapieżnego orła, symbolizującego ciążące nad głównym bohaterem fatum. Gdy po latach Dario Argento nakręci swoją opowieść o opanowanej przez siły nieczyste akademii (Suspiria 1977), umieści w niej frapującą scenę śmierci ślepca na nocnym dziedzińcu, będącą niczym innym, jak reminiscencją delirycznego finału tej zakurzonej, angielskiej produkcji, do której jak ulał pasuje termin lost classic.


Marcin Zembrzuski

The Strange Case of Dr. Jekyll and Miss Osbourne / Docteur Jekyll et les femmes reż. Walerian Borowczyk, 1981

Podobno pierwszą, i podobno diametralnie inną od tej powszechnie znanej, wersję Dr Jekylla i pana Hyde’a Robert Louis Stevenson napisał w trzy dni będąc na nieustannym kokainowym haju. Ponoć rękopis trafił w ręce jego żony, a ta, oburzona perwersyjną zawartością, spaliła go. Mija jednak dokładnie 95 lat i oto Walerian Borowczyk, polski reżyser, który we Francji zyskał (nie)sławę „artystycznego pornografa”, ogłasza, iż jakoby spalony rękopis odnalazł i właśnie szykuje się do jego ekranizacji. Posiadanie tegoż tekstu okazało się kłamstwem, ale mniejsza z tym. Ważne, że „Boro” nakręcił niezwykłą adaptację głośnego dzieła – poetycką, deliryczną i wulgarną, satyrycznie wywrotową, zakotwiczoną w sztuce surrealizmu. Ale hej, podobno zarys fabuły swojego opus magnum przyszedł do głowy Stevensonowi podczas snu, więc wszystko pasuje: przejaskrawione postaci, które za sprawą odpowiednich zdjęć i oświetlenia sprawiają wrażenie stale znajdujących się w delikatnej mgle, fabuła rozgrywająca się jednej nocy, ale jakby poza czasem, w gęstwinie korytarzy i pokojów gotyckiej willi, psychodeliczna muzyka, której wyraźne oddzielanie kolejnych scen jest obce, wreszcie ikoniczny szwarccharakter grany nie przez jednego, a dwóch aktorów. To ostatnie przywieść może na myśl Luisa Bunuela spod znaku Mrocznego przedmiotu pożądania (1977), lecz bliższy majstersztykowi Borowczyka jest Anioł zagłady (1962). Tu też mamy burżujów, którzy zamknięci w domostwie ukazują z czasem swoje prawdziwe oblicza, aby stać się ofiarami jednej wielkiej drwiny reżysera. Tyle że ten dorzuca jeszcze wiadomego mordercę (i gwałciciela). Postać będącą, w interpretacji polskiego autora, uosobieniem całkowitej wolności i równie wielkiej nienawiści – do społecznych norm i zakazów, do stojących za nimi hipokryzji i zakłamania. Zaraz, a co z panną Osbourne, która jest narzeczoną doktora-potwora? Napiszę tylko, że kiedy przyjdzie jej podglądać transformację swojego ukochanego, na jej twarzy pojawi się nie tylko strach. Ale cóż, nie celebrujemy Halloween dlatego, że się go boimy, prawda?

Halloween Horror Show II

30/10/2016 Kinomisja Pulp Crew Halloween Horror Show, Inne teksty, Wyliczanka 0 

Jeszcze jeden wieczór i mamy Halloween. Z tej okazji, tak jak rok temu, postanowiliśmy polecić Szanownemu Państwu trochę mało znanych czy zapomnianych filmów grozy, których seanse zdają się nam być odpowiednie do celebracji tejże sympatycznej nocki. O dziesięciu dosyć różnych od siebie tytułach napisało dziesięcioro odpowiednio popieprzonych śmiałków, w tym szóstka gości: Mariusz Czernic (Panorama kina), Michela Ferraro (The Operating Table), Kuba Haczek (The Blog That Screamed), Patryk Karwowski (Po napisach), Sara Nowicka (Kino w zwolnionym tempie) i Simply (The Blog That Screamed). Zapraszamy do lektury (i seansów)!

PS. A główny obrazek zdobiący niniejszy wpis to fragment plakatu do komediowego Klubu potworów (reż. Roy Ward Baker, 1981).


Mariusz Czernic

The Ghost of Yotsuya reż. Nobuo Nakagawa, 1959

Nikt nie jest zabójcą – dopóki nie popełni pierwszego zabójstwa. Tak jak Iemon Tamiya – samuraj, człowiek wyższego stanu, awanturnik, który aby poślubić ukochaną kobietę zabija jej ojca. Istotnie, zostaje jej mężem, zaś żona nie zauważa u niego kainowego piętna. Za swoją naiwność i oddanie musi zapłacić cierpieniem i śmiercią. Gdy zanikają lojalność, szacunek i honor, pozostaje zemsta – okrutna, nie przynosząca pełnej satysfakcji, ale nie całkiem jałowa. Człowiek musi wiedzieć, że jest nikim wobec potęgi, której gniew może być miażdżący, spotęgowany przez ludzką skłonność do podejmowania złych decyzji. Mówi się, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Z Oiwą jest inaczej – śmierć ją wzmocniła. Za życia była słaba, naiwna i bierna. Po śmierci stała się gniewna, bezlitosna i mściwa. Jako upiór z twarzą oszpeconą przez truciznę prześladuje podłego samuraja, który myślał, że poprzez morderstwo może coś zyskać. Film Nakagawy nie był niczym nowym w japońskiej kinematografii, bo ta historia była w Japonii równie popularna, co 47 roninów. Jednak dzięki wprowadzeniu większej dawki brutalności, licznych barwnych i stylowych ujęć oraz dynamicznej akcji (w ciągu 76 minut dzieje się dużo i trup ściele się gęsto) uważany jest za najlepszą (ale też najwierniejszą) adaptację tej niezwykle ponurej historii, wystawianej regularnie w teatrze kabuki. Upiorny duch z długimi włosami i bladym, oszpeconym obliczem, to jedna z najstraszliwszych postaci filmowego horroru. Nieraz spowoduje, że widz podskoczy w fotelu, będzie odczuwał przygnębienie i wstręt, a może nawet strach.


Oskar Dziki

Następny jesteś Ty reż. Adam Wingard, 2011

Następny jesteś Ty to z pewnością szczytowy punkt na twórczej sinusoidzie reżysera tegorocznego Blair Witch, Adama Wingarda. Ta bezpretensjonalna zabawa kinem home invasion to nie lada gratka dla każdego fana makabry przerzuconej na taśmę filmową. Wingard sprzedaje nam kolejną historię rodziny, której domowa „sielanka” zostaje przerwana przez nieznanych napastników, tutaj przyodziewających sterylnie białe maski zwierząt. Nierówna walka z oprawcami to prawdziwy rollercoaster po znanych kliszach kina gatunku, by na końcu zaskoczyć widza całkiem zgrabnym twistem. Zabawa w kotka i myszkę często i gęsto odwraca rolę, wszak nowo wprowadzona w poczet rodziny dziewczyna okazuje się żeńskim odpowiednikiem Beara Gryllsa. Podszyta ironią mieszanka makabry, komedii sytuacyjnej i dramatu dysfunkcyjnej rodziny to dzieło stałego współpracownika Wingarda, scenarzysty Simona Barretta. Obok młodych aktorów pokroju Sharni Vinson (W Szczękach Rekina 3D 2012) czy Nicholasa Tucciego (Undocumented 2010) okazję zobaczyć mamy także jedną z „królowych krzyku” minionego wieku – Barbarę Crampton, znaną choćby z Reanimatora (1985) i Potwora na Zamku (1995).  Całości smaku nadaje zapętlony w kółko kawałek Looking for the Magic zespołu Dwight Twilley Band, który wprowadzając widza w old schoolowy klimat uprzyjemni oglądany na ekranie rozlew krwi.


Michela Ferraro

Baby Blood reż. Alain Robak, 1990

Zastanawialiście się kiedyś, jaki jest najlepszy sposób na pozbycie się natrętnego adoratora? Oczywiście, że chodzi o brutalny mord! Mord, po którym – zgodnie z mrocznym duchem Halloween – następuje łapczywe wychłeptanie jeszcze ciepłej krwi delikwenta… O skuteczności niniejszej metody zapewne najwięcej ma do powiedzenia Yanka, główna bohaterka Baby Blood (The Evil Within w Stanach Zjednoczonych). Film reżyserii Alaina Robaka, mimo iż stanowi korzenie nowej ekstremy francuskiej, nigdy nie dorównał popularnością takim pozycjom jak Najście duetu Bustillo-Maury czy Martyrs. Skazani na strach Pascala Laugiera, nad czym można jedynie gorzko ubolewać, jako iż zalicza się on do najbardziej spektakularnych przedstawicieli nurtu. Wyżej wspomniana Yanka spodziewa się wyjątkowego dziecka, płód bowiem nie przyjmuje pokornie wszystkiego, co zjada matka, tylko cienkim, nieprzyjmującym sprzeciwu głosikiem (lub, w wersji zdubbingowanej na angielski, dostojnym głosem Gary’ego Oldmana) domaga się konkretnego pokarmu – już wiecie jakiego. Horrorów nawiązujących do lęków ciążowych od czasów Dziecka Rosemary wyszło niezliczenie wiele, Baby Blood jednak nie jest jedynie kroplą w oceanie; dzieło Robaka spragnionemu grozy widzowi oferuje ostrą, absurdalną i często nawet humorystyczną makabrę oraz solidne, pobudzające do refleksji podteksty, które razem składają się na prawie półtorej godziny naprawdę niesamowitego widowiska, wręcz idealnego na halloweenową noc. Jeśli kiedykolwiek mieliście przyjemność zasmakować francuskiego gore, na pewno jesteście w stanie sobie wyobrazić, czego można się spodziewać po niniejszym obrazie, ale ostrzegam: rzeczywistość prawdopodobnie przerasta Wasze najśmielsze oczekiwania.


Kuba Haczek

The House of Mortal Sin reż. Pete Walker, 1976

The House of Mortal Sin to zwieńczenie „podmiejskiej trylogii” brytyjskiego reżysera Pete’a Walkera, na którą składają się też House of Whipcord (1974) oraz Frightmare (1974). Obraz ukazujący zakłamanie i hipokryzję, jaka ma miejsce za murami kościołów; atak wymierzony prosto w  kler – dwóch głównych protagonistów to księża. Młody Bernard Cutler walczy z utratą wiary w posługę kapłańską, spowodowaną ogarniającym go uczuciem do kobiety. Jego  zwierzchnik zaś, ojciec Xavier Meldrun, to dwudziestowieczny inkwizytor – naucza swych parafian moralności za pomocą wszelkich dostępnych narzędzi, w ruch idzie m.in. płonąca kadzielnica, czy choćby zatruty opłatek (sic!). Wszystko to pod przykrywką walki ze złem, jakie panoszy się w uwolnionym spod rygorów moralności brytyjskim społeczeństwie. A że walka skupia się głównie na tłumieniu seksualności – cóż, kler od zarania wieków w tej materii wiedział wszystko najlepiej. Walker nie pozostawia widzowi złudzeń, komentując ustami jednego z bohaterów stan kapłański: „to barbarzyński sposób na życie…to wszystko hipokryzja”. Postać opętanego nawracaniem biednych duszyczek ojca Meldruna nie jest jednowymiarowa: okazuje się, iż jego działania są wynikiem niezdrowej miłości do matki, którą ksiądz opiekuje się na przemian z oddaną mu służącą. Brytyjski twórca nawiązuje tym wątkiem do Psychozy, budując jednak nieco inną relację rodzinną;  znakomicie ukazuje przemyślanymi kadrami swoje podejście do tej materii – ojciec Meldrun jest symbolem tego, co stare i musi odejść – jego „pałac” to groteskowo zapełniony świętymi przedmiotami przedsionek piekła – za jego ścianami dochodzi do wszelkich nikczemności. Walka głównej bohaterki z księdzem (a przez jego postać z nieco tylko przejaskrawioną kościelną etyką) jest z góry skazana na niepowodzenie – kolejne zbrodnie ojca Meldruna uchodzą mu na sucho. W tym kontekście doskonale zrealizowany finał opowieści wcale nie zaskakuje, puentując wymownie obraz –  bowiem, jak wiadomo od wieków, kościół, moi drodzy, to siedlisko wcielonego zła.


Patryk Karwowski

The Perfume of the Lady in Black reż. Francesco Barilli, 1974

Główna bohaterka Silvia (Mimsy Farmer) w trakcie przyjęcia przysłuchuje się opowieści o czarnej magii. Relacje z odprawianych obrzędów powodują, że dziewczyna zaczyna czuć się co najmniej nieswojo. W krótkim czasie przychodzą wizje, traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, w końcu koszmary, które stają się coraz bardziej realne. Od tego momentu, aż do bardzo niepokojącego i przede wszystkim mocnego finału, nastrój grozy jest sukcesywnie intensyfikowany. Pierwszy pełnometrażowy film Francesca Barilliego zaliczony do giallo nie należy z pewnością do najbardziej charakterystycznych przedstawicieli żółtego nurtu. Za główną dominantę należy tu uznać stylistykę, bo mordercy w czarnych rękawiczkach próżno tu szukać. Dla mnie debiut Barriliego jest czymś więcej – magnetyzującym horrorem, z melodiami na fortepian, z postaciami, które patrzą ukradkiem na główną bohaterkę, gdy ta popada w amok. W całej produkcji na pierwszy plan wybija się obraz, czyli genialne zdjęcia Mario Masiniego, przepiękne barwy, czasem skąpe oświetlenie i odważne kontrasty kolorów prosto z baśni. Masini przywołał do życia sugestywne i malownicze tonacje. I to właśnie baśń niezwykle hipnotyzująca, na granicy snu i jawy wydaje się być kluczem do wszystkiego, niczym Alicja z krainy czarów Lewisa Carrolla czytana w jednej z filmowych scen. Reżyser w wywiadzie bardzo szybko przyznaje, że jego główną isnpiracją był Roman Polański. Mówi wręcz wprost, że zmiksował po trosze Dziecko Rosemary ze Wstrętem. Jednak wydaje mi się, że w tym koktajlu, to właśnie nakręcone sześć lat wcześniej arcydzieło Polańskiego o Rosemary Woodhouse wybija się na pierwszy plan. Nie ma w tym nic złego, że Barilli sięga po tak znamienite filmowe pozycje. Tym bardziej, że jego film idzie krok dalej. Nawet jeżeli epilog zaskakuje, to nie należy go odczytywać jako dosłowność i uproszczenie. To raczej mocne ugryzienie ze strony włoskiego horroru. Sugestywne, krwawe, piekielnie syte.


Sara Nowicka

Głód miłości reż. Claire Denis, 2001 

Film wspaniałej Claire Denis, gościa tegorocznych Nowych Horyzontów, jest bękartem tej halloweenowej listy. Niby klasyfikowany jako horror, a jednak przerażających scen jest w nim jak na lekarstwo. Z jednej strony jest sztandarowym przykładem nowej ekstremy francuskiej, z drugiej reżyserkę bardziej od epatowania przemocą (choć mocnych scen w filmie nie brakuje) interesuje pokazanie samotności i bólu bohaterów. Historia zahacza o wiele popularnych w dziełach grozy tematów. W skutek nielegalnych eksperymentów dwóch farmakologów żona jednego z nich, grana przez zjawiskową Béatrice Dalle, staje się kanibalem-nimfomanką, dla której każdy kontakt seksualny kończy się zmasakrowaniem i zjedzeniem ciała partnera. Podobne instynkty drążą drugiego lekarza (Vincent Gallo), który zamiast oddawać się rozkoszom miesiąca miodowego, stara się ponownie skontaktować z dawnym współpracownikiem. Należy podkreślić, że fabuła jest tu pretekstowa. Głód miłości nie jest nawiązującym do tradycji gatunku horrorem, lecz arthousowym snujem, doprawionym w dodatku pościelową muzyką Tindersticks. Sceny przemocy są tu tak przeestetyzowane, że stają się wręcz piękne, zaś seks jest bardziej zmysłowy i sugestywny niż w większości erotycznych produkcji. Ten transgresyjny, doskonały pod względem artystycznym, obraz ma jeszcze jeden zasadniczy walor. Denis wykorzystała w nim najciekawszy element opowieści o wampirach – problem wiecznego nienasycenia. Właśnie w warstwie opowiadania o związku i niemożliwym do zaspokojenia głodzie miłości film jest najbardziej niepokojący. Groza nie kryje się tu w ciele, morderstwach i krwi, tylko w wizji ponadczasowego braku i samotności. Przyznaję, Głód miłości nie jest najlepszą propozycją na halloweenową imprezę ze znajomymi. Za to na mroczny, świąteczny wieczór tylko we dwoje będzie to wybór doskonały!


Marta Płaza

The Loved Ones reż. Sean Byrne, 2009

Mimo że nie mówi się o niej dużo, a nagradza na arenie międzynarodowej jeszcze rzadziej, to jednak australijska kinematografia pięknie nam rozkwitła w ostatnich latach. Pojawiło się sporo kozackich tytułów, a także utalentowanych twórców, którzy dali jasno do zrozumienia, że trzeba się z nimi liczyć. W Australii rocznie produkuje się stosunkowo niewiele filmów, ale gdy już się to robi, to efektem najczęściej jest prawdziwa filmowa petarda, tak jak chociażby The loved Ones Seana Byrne’a. Reżyser opowiada  historię Brenta – połamanego psychicznie kolesia, który na swoje nieszczęście odmówił niewłaściwej dziewczynie pójścia z nią na licealny bal. Nieśmiała, ale i mocno pamiętliwa Lola postanawia porwać chłopaka na pełen tortur i krwi makabryczny bal w swoim własnym domu. The Loved Ones to pełnometrażowy debiut, o którym wielu twórców może jedynie pomarzyć. Perfekcyjny technicznie (świetne zdjęcia, montaż, ścieżka dźwiękowa) i dokładnie przemyślany fabularnie. Reżyser umiejętnie balansuje na granicy grozy i pastiszu, nie przechylając szali na żadną ze stron. Wnętrze domu Loli to przedziwne, ale i spójne połączenie cukierkowych barw, popu i „dziewczęcości” z makabryczną aurą miejsca zbrodni. Podobna tendencja do łączenia atrybutów charakterystycznych dla zupełnie przeciwstawnych światów będzie przewijać się przez cały film, podtrzymując tym samym stale naszą uwagę. Młody twórca z wyczuciem portretuje w swoim debiucie środowisko nastolatków, stojących u progu dorosłości i różnorakich inicjacji, których symbolem staje się niejako maturalny bal. Prym na tej paradzie blichtru i społecznego ostracyzmu wiedzie Lola, znakomicie zagrana przez Robin McLeavy, która jest niczym ucieleśnienie zemsty wszystkich filmowych outsiderek, gnębionych przez ładniejszych rówieśników. Byrne’owi trzeba głośno przyklasnąć. Od czasów Carrie Briana De Palmy nikt w kinie grozy nie dokonał tak trafnej analizy lęków i fantazji okresu dojrzewania.


Simply

Wild Beasts reż. Franco Prosperi, 1984

PCP – drag o skrajnie nieprzewidywalnym działaniu (nawet Hunter S. Thompson go odradzał) dostaje się do wodnego obiegu zaopatrującego  Zoo w europejskiej metropolii. Po spożyciu tej wody zwierzęta zaliczają „anielski strzał” i wpadają w amok. Słoń indyjski rozwala mur powodując awarię zasilania, padają elektroniczne blokady klatek. Wataha wściekłego zwierza wyrywa się na wolność i rusza w miasto na łów. Samodzielny, fabularny debiut kontrowersyjnego dokumentalisty i prekursora kina mondo to prawdziwa arystokracja w podgatunku animal attack. Prosperi rozpoczął zdjęcia w RPA, lecz po zamachu terrorystów na jego hotel przeniósł się z ekipą do Frankfurtu. Z powodów bezpieczeństwa i ergonomii kręcono nocą, co okazało się istnym strzałem w śródokręcie. Wypuszczenie dyszących żądzą krwi braci mniejszych na opustoszałe przestrzenie neonowej dżungli dało efekt nie tyle onirycznych majaków (to mamy w co drugim horrorze), co wręcz jakiegoś snu wariata i to po krzywym tripie na PCP. Ale co najważniejsze, nie uświadczymy tu grama CGI, ani nawet animowanych modeli. Wyłącznie żywe drapieżniki (i nie tylko), których Prosperi, niczym filmowy Noe, zgromadził całą hordę. Do tego z typowo  włoską bezwzględnością postawił na pełny shock treatment. Dostajemy więc w bród solidnie wykonanego gore, a oscarowo zmontowane ataki zwierząt za każdym razem preludiowane są zapierającym dech suspensem. Na wejściu stado zainfekowanych szczurów oprawia niemal do kości smytlającą się w aucie parę, ślepiec idzie pod kły swojego owczarka niemieckiego (znajome?), nocni ciecie w Zoo zostają przerobieni na szmaty przez wielkie kotowate, a słonie w centrum miasta masakrują kolejną zmotoryzowaną parę (duszenie trąbą i wprasowanie kończyną kobiecej głowy w asfalt). Jednak wszystko kasuje pościg geparda za żółtym VW garbusem – kabrioletem (symbolicznie bez garba) w rytm rock’n’rolla z samochodowego radia. Mamy też prawdziwe mondo, gdy lwy i hiena (sic!) wparowują do hodowlanych boksów i rozszarpują krowy i świnie. Oszalałe stado bydła tratuje ogrodzenie jak u Howarda Hawksa i gna ulicami, fundując nocnym markom Pampelunę do kwadratu. Atmosferę podkręca elektroniczny soundtrack Daniele Patucchiego, a diegetyczne trąbienie słoni idealnie miksuje się z syntezatorowymi blastami. Osobnym szokiem jest finał, gdzie przemoc eskaluje z najmniej oczekiwanej strony. Takiego kina już nie ma i nie będzie.


Wongo

Krew na szponach szatana reż. Piers Haggard, 1971

Ta zapadająca w pamięć produkcja studia Tigon często bywa wymieniana jednym tchem wespół z poprzedzającym ją Pogromcą czarownic (1968) Michaela Reevesa oraz późniejszym o dwa lata Kultem (1973) Robina Hardy’ego i jest moim ulubionym obrazem wchodzącym w skład owej „Nieświętej Trójcy” brytyjskiego folk horroru. Akcja filmu rozgrywa się w XVII wieku na zagubionej wśród lasów prowincji, której sielski spokój zostaje zakłócony wraz z osobliwym odkryciem dokonanym w trakcie prac polowych. Wkrótce miejscowa młodzież – dotąd raczej ułożona i bogobojna – zaczyna zachowywać się w sposób coraz bardziej niepokojący. Pogańskim, wyuzdanym rytuałom przewodzi blondwłosa Angel Blake (Lindę Hayden, wówczas zaledwie osiemnastoletnią, ujrzymy w pełnej krasie w kontrowersyjnej scenie kuszenia pastora). Pod jej wodzą dzieciaki dopuszczają się kolejnych nikczemności, ale w spowitej mistyczną aurą kniei zdaje się kryć coś więcej, coś wyjątkowo szkaradnego… Jeśli cenicie niesztampowe i atmosferyczne kino grozy, a wciąż nie znacie jednego z najlepszych (i najbardziej popieprzonych!) angielskich horrorów lat siedemdziesiątych, to koniecznie nadróbcie tę zaległość (pamiętając przy tym, by sięgnąć po nieocenzurowaną wersję).  Na zachętę dodam jeszcze, że na drugim planie pojawia się tutaj znakomicie wykreowany witchfinder – grany przez Patricka Wymarka surowy sędzia, który ze sforą myśliwskich psów u boku  i starym, dwuręcznym mieczem w garści przystępuje do brutalnej konfrontacji z szatańskim pomiotem i grupą jego czcicieli.


Marcin Zembrzuski

Contamination reż. Luigi Cozzi, 1980

„W tamtych czasach, kiedy szedłeś do włoskiego producenta, żeby przedstawić mu pomysł na film, nie mogłeś tego zrobić, jeśli pomysł ten nie był rip-offem jakiegoś filmu, który zarobił dużo pieniędzy – wspominał Luigi Cozzi gdzieś na łamach magazynu Fangoria. – Więc poszedłem do mojego producenta i powiedziałem, że ten film to będzie taki Alien za grosze. (…) Jak tylko usłyszał hasła <<Alien>> i <<pieniądze>>, to powiedział: Robimy to!” No i zrobili, chociaż bynajmniej nie tylko przebój Ridleya Scotta mieli na celowniku. Z Aliena Włosi wzięli tak naprawdę ledwie dwa motywy: jaja pozaziemskiego pochodzenia i rozrywane klatki piersiowe. Wzięli i połączyli w sposób pięknie absurdalny: jaja, kiedy znajdują się w pobliżu ludzi, zaczynają pulsować i wybuchają, tym samym powodując, że klatki piersiowe tychże pechowców również eksplodują. Bang. No, jest też pewne kosmiczne monstrum i jest nim oczywiście tenże sympatyczny cyklop widoczny na zdjęciu powyżej, ale nie, nikomu na planie nie przyszło na szczęście do głowy, aby miał on jakkolwiek naśladować Xenomorpha. Zresztą akcja filmu rozgrywa się prawie tylko na Ziemi. Cyklop ten za to kontroluje ludzi i tutaj mamy z kolei wpływ Inwazji porywaczy ciał. Co więcej? Rzecz zaczyna się kalką Zombie the Flesh Eaters (czyli swoistego rip-offu Świtu żywych trupów), bo jaja odnajdujemy na pokładzie opuszczonego statku, bynajmniej nie kosmicznego. Mało? „Chciałem zrobić połączenie Aliena z Dziką bandą” – dodawał reżyser. Fabularnie nic tu z Peckinpaha nie ma (no chyba nie liczyliście na wątek grupy rewolwerowców?), natomiast formalnie jak najbardziej – ujęcia wybuchających torsów to popis świetnie zrobionego gore i slow motion. No i tutaj dochodzimy do najciekawszego. Contamination, wbrew pozorom, nie jest obrazem „tak złym, że aż dobrym”. To dziełko złe i dobre jednocześnie. Z jednej strony nielogiczna, kiczowata intryga (śledztwo w sprawie jaj niby pozaziemskich, a jednak z… Kolumbii!), przeważnie marne aktorstwo (w obsadzie m.in. znany fanom włoskiej eksploatacji Ian McCulloch) i często kretyńskie dialogi (- Nie sądzę, aby one pochodziły z naszej planety. – Czy masz na myśli, że pochodzą z kosmosu?). Z drugiej zaś mamy elektroniczno-rockową muzykę kultowego zespołu Goblin (która robi, oczywiście, elegancki klimacik), naprawdę fajnie budowane napięcie (scena, w której jedna z postaci zostaje zamknięta z jajem w łazience!), ciekawą fabularną hybrydę (film krzyżuje ze sobą horror, sci-fi, kryminał, a nawet kino szpiegowskie) czy wreszcie wspomniane mocne efekty gore (flaki latają tu jak u Fulciego). Cóż mogę więcej dodać? Kup kilka piw i do boju.

Halloween Horror Show III

30/10/2017 Kinomisja Pulp Crew Halloween Horror Show, Inne teksty, Wyliczanka 6 

Szanowne, Szanowni. Tak jak rok temu i dwa lata temu, na koniec października wrzucamy tekst zbiorowy, w którym celebrujemy zbliżające się Halloween poprzez publiczne rajcowanie się mało znanymi filmami grozy, jakie z szerokimi uśmiechami – prezentującymi wszystkie nasze zgniłe zęby – radośnie polecamy. Wiedźmy, żywe trupy, seryjni mordercy, wampiry, larwopodobne monstrum, kanibale… O tych wszystkich sympatycznościach napisało dla Was dwanaście osób – każda opisując po jednym tytule – w tym czwórka gości: Patryk Karwowski (Po napisach), Sara Nowicka (Kino w zwolnionym tempie), Piotr Pluciński (Pop Glitch) i Kamil Rogiński (Drugged by Movies). Zapraszamy do halloweenowej uczty.

PS. Tegoroczną edycję cyklu dedykujemy pamięci niedawno zmarłego Umberto Lenziego, jednego z mistrzów włoskiej pulpy, mającego na koncie mniej czy bardziej kultowe obrazy różnych gatunków, od giallo przez poliziottesco po kino kanibalistyczne. Główne zdjęcie zdobiące niniejszy wpis to plakat do jego giallo Eyeball (1975).


Mariusz Czernic

Miasto umarłych reż. John Moxey, 1960

George Baxt, scenarzysta i autor powieści kryminalnych, napisał Miasto umarłych jako pilot serialu telewizyjnego, ale Milton Subotsky postanowił rozwinąć tekst do pełnego metrażu. Reżyserem został John Llewellyn Moxey, który większość swojego życia poświęcił pracy dla telewizji. Film wyprodukowała kompania Vulcan, która była bazą do stworzenia bardziej profesjonalnej wytwórni. Tak narodziła się Amicus Productions Miltona Subotskiego i Maxa Rosenberga z siedzibą w Shepperton. Miasto umarłych to prawdziwa perełka gatunku, co widać już od pierwszej minuty. Trudno o lepszy początek dla horroru niż scena spalenia czarownicy na stosie. Potem nie jest wcale gorzej. Christopher Lee wygłasza prelekcję o wiedźmach, a młoda studentka – za jego namową – odwiedza Whitewood w Nowej Anglii, gdzie można lepiej zgłębić temat magicznych rytuałów. To właśnie tu przed wiekami spalono czarownicę, która zawarła pakt z diabłem. Co roku składa w ofierze młode kobiety, by zachować nieśmiertelność. To kolejny przykład filmu, który udowadnia, że przy małym budżecie łatwiej zbudować mroczny nastrój. Gdy bohaterowie podróżują do Whitewood, na ich drodze pojawia się złowieszcza mgła, z której wyłania się tajemnicza zjawa. W czerni i bieli takie sceny prezentują się wybornie. Gdy dochodzi do pierwszego poświęcenia ofiary, poziom niepokoju wzrasta, bo dziewczynę zdążyliśmy już poznać i nie chcemy, by została rytualnie zadźgana w hotelowej piwnicy (notabene tytuł filmu na rynek amerykański został przemianowany na Horror Hotel). W finale czeka nas garść niespodzianek. Ostateczną reakcją widza jest zdziwienie, że film jakimś cudem – niczym grupa satanistów – ukrywał się gdzieś w cieniu. Dla miłośnika starego horroru Miasto umarłych to obowiązkowy punkt na mapie kina – wizyta w tej dziurze z pewnością zapewni moc wrażeń.


Oskar Dziki

Rituals reż. Peter Carter, 1977

Na pierwszy rzut oka Rituals nie jest niczym innym, niż kanadyjską odpowiedzią na Uwolnienie (1972) Johna Boormana. Jednak takie stwierdzenie okazuje się zupełnie nietrafione, kiedy reżyser Peter Carter daje nam jasno do zrozumienia, że jego film utrzymuje w przewadze mroczną stylistykę horroru aniżeli brutalnego kina akcji. Wyjściowym punktem dla opowiadanej historii jest wypad piątki lekarzy w głąb puszczy, Ontario nazywanej przez miejscowych Księżycowym Kotłem. Choć wśród przyjaciół panują napięcia spowodowane zarówno decyzjami podejmowanymi na chirurgicznym stole, jak i prywatnymi animozjami, wspólna przeprawa przez głuszę staje się swoistym spoiwem zawiązującym relację i hartującym charaktery. Wszystko idzie zgodnie z planem aż do momentu, gdy pod namiot bohaterów zakrada się tajemnicza postać, intruz który rozpoznawszy w biwakujących przedstawicieli służby zdrowia, postanawia wypowiedzieć im prywatną batalię. Zaczyna się pozornie niewinnie, od kradzieży czterech par obuwa i pozostawieniu ostrzeżenia w postaci odciętej głowy jelenia. Kamera w Rituals nigdy nie ucieka od naszych bohaterów zostawiając widza tylko z tym, co wiedzą i widzą oni sami. Pomaga w tym solidna obsada, na którą składa się choćby nominowany do Oscara Hal Holbrook (Wszystko za Życie [2007]) czy weteran kanadyjskiej eksploatacji Lawrence Dane (Upiorne Urodziny [1981]). Nawet jeśli działania kryjącego się w gęstwinie zagrożenia dążą do rozjuszenia podziałów w grupie, wciąż czuć między nimi wyjątkową chemię przedstawioną na ekranie z dokumentalnym wręcz realizmem. Scenariusz nie faworyzuje żadnej z postaci, nikt tutaj nie staje się nagle bohaterem przez co śmierć każdego z nich dotyka nas równie mocno, co zostawione w przeprawie rzecznej wnyki. Choć film Cartera kategoryzuje się jako pełnokrwisty slasher, jest w obrazach mężczyzn niosących na prowizorycznych noszach jednego ze swoich kompanów lub umorusanego sadzą i błotem Hala Holbrooka coś z wojennej alegorii. Niestety, Rituals jest też jednym z największych przegranych w historii współczesnego kina – nie zyskując nigdy należnego mu statusu kultowości pozostaje cichym arcydziełem kina eksploatacji.


Michela Ferraro

Evil Clutch reż. Andrea Marfori, 1988

Szponiasta pochwa, czary, duchy i szaleniec snujący przerażające opowieści o żywych trupach – to wszystko składa się na obraz, który przez autorów książki Spaghetti Nightmares (1996) okrzyknięty został „najgorszym włoskim horrorem wszech czasów”. I choć pole do polemiki nad słusznością miana jest ogromne (tutaj zachęcam Was do rzucenia okiem na trashową perełkę Cross of the Seven Jewels [1987]), surowa krytyka, z jaką przyjęto Evil Clutch, jest całkowicie uzasadniona. Co zatem ta pozycja robi w Halloween Horror Show – zestawieniu filmów, jakkolwiek by było, polecanych? Otóż mimo widocznych gołym okiem wpadek reżysersko-scenariuszowych, nieudolnych prób naśladowania lepszych produkcji i ogólnego burdelu na kółkach, dzieło Andrei Marforiego to 80 minut – o dziwo – świetnej rozrywki. Wielkie przedstawienie kinematograficznego absurdu otwierają już napisy początkowe, wyświetlające się na tle polaroidowych zdjęć dwójki głównych bohaterów w akompaniamencie sztucznie brzmiących komentarzy tejże parki („Hha, ha, zobacz, jak śmiesznie wyglądamy!”). Tony i Cindy urlopują w Wenecji, postanawiają jednak napoić wzrok pięknem górskich krajobrazów, przenoszą się więc do nieznanej przeciętnym turystom wioski we włoskich Alpach. Tam spotykają kobietę, która proponuje im nocleg w obskurnej leśnej chatce, a że nie grzeszą zbytnio rozumem – zgadzają się. To, co dzieje się później, trudno jest sobie po prostu wyobrazić. Kamera w stylu Martwego zła (1981) sunie złowrogo nad ziemią (choć beznamiętne spojrzenia protagonistów sugerują raczej obecność natrętnej muchy, nie demonicznych sił), spore ilości kokainy lądują w wiadrze z pomyjami, zombie pozbawiają ludzi kończyn kamieniami (sic!). Jakość charakteryzacji i efektów gore, czyli najważniejszych aspektów omawianego tworu, wywołuje lawinę pozytywnych emocji, począwszy na szczerym rozbawieniu, poprzez rozczulenie Z-klasowym kiczem, a skończywszy na tęsknocie za ejtisowymi potworkami z gumy kauczukowej… Szczególnie godna orgastycznego okrzyku jest scena, w której „czarownica” z paszczą pełną ostrych zębów i zasłoniętymi oczami (najprawdopodobniej piłeczkami pingpongowymi przeciętymi na pół) kroczy po omacku wylewając z siebie siódme poty, aby tylko się nie przewrócić. Marfori pokładał tak duże nadzieje w swoim debiutanckim projekcie, że w trakcie zdjęć już planował sequel (stąd jedynka z tytule oryginalnym, Il bosco 1). Negatywny odbiór filmu oczywiście pokrzyżował ambitne plany reżysera, ale może to i dobrze. Evil Clutch ostatecznie wcale nie potrzebowało towarzystwa, by po latach zasłużyć sobie na cześć fanów horroru w jego najpodlejszej formie.


Patryk Karwowski

Zabójca Rosemary reż. Joseph Zito, 1981

Zaskakujące jest to, że ze złotego okresu slasherów tak rzadko wspomina się Zabójcę Rosemary. Wszak tytuł ten powinien bez wstydu stanąć obok i być wymieniany jednych tchem wraz z Halloween, Piątkiem 13-go i kilkoma innymi szlagierami. Zabójca Rosemary być może i jest zamknięty w standardowych ramach (jest tajemnica, morderca wyłuskuje ofiary lepiej niż świnia trufle, a śmierć smakuje tu jak wino z tego lepszego rocznika), lecz wybija się na tle innych z kilku przyczyn. Po pierwsze, antagonista, który jest tak samo sprawny jak koledzy po fachu, a prezentuje się lepiej (jako upiorne wspomnienie II wojny światowej zabójca nosi szykowny mundur, a w ręku najczęściej dzierży długi nóż, nie pogardzi też widłami). Jednak najwyższe uznanie należy się Tomowi Savinienimu. To właśnie on sprawił, że body count, może i niewielki, to zaspakajający nawet te najwybredniejsze gusta. Widły wbijają się tak, że brzuch zaczyna swędzić, a po akcjach z nożem chwytasz się za gardło. Ot tak, dla bezpieczeństwa. I nie są to szczególnie wymyślne akty zbrodni, jednak przedstawione bardzo sugestywnie i naturalnie. Klimatyczny, niekiedy w odcieniu żółtego kryminału, zadziorny przy bliskiej konfrontacji, z pewnością niedoceniony. Wszystko natomiast dopiął na ostatni guzik Joseph Zito, który kilka lat później nakręcił udaną, czwartą część Piątku 13-go


Piotr Kuszyński 

Dark Waters reż. Mariano Baino, 1993

Nie wyobrażam sobie rozmowy o horrorze, w której pominięta byłaby postać H.P. Lovecrafta. Zasługi Samotnika z Providence na rozwój tego gatunku, zarówno w formie literackiej, jak i filmowej, są wręcz nieocenione. Oczywiście może mi tu ktoś zaraz wyskoczyć z tekstem, że hola, hola, panie Kuszyński, przecież filmów bezpośrednio opartych na prozie Lovecrafta nie było znowuż aż tak dużo, a gdy już były, to albo niezbyt wierne, albo nieszczególnie udane. Jeśli jednak spojrzeć na prozę Lovecrafta jako na zbiór określonych motywów, to okazuje się, że elementy jego twórczości są w kinie nagminne.  Opowieściami o wielkich przedwiecznych i innych niewyobrażalnych okropieństwach tego sortu inspirowali się w końcu tacy twórcy, jak Roger Corman, John Carpenter, Lucio Fulci czy nawet Mario Bava. Swoją cegiełkę w temacie lovecraftiańskiego kina dołożył również szerzej nieznany Mariano Baino, który w 1993 nakręcił  Dark Waters, będący jego pierwszym i niestety ostatnim pełnym metrażem. Fabularnie film trzyma się mocno klisz stworzonych przez Samotnika z Providence, momentami bardzo zbliżając się do opublikowanego w 1931 opowiadania Widmo nad Innsmouth. Elizabeth, główna bohaterka historii, trafia na pewną daleką wyspę, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat tajemniczego zakonu, na którego utrzymanie przez lata łożył jej zmarły niedawno ojciec.  Śledztwo Angielki prowadzi do odkrycia prawdziwej natury konwentu, co  sprowadza na nią wielkie niebezpieczeństwo… Dark Waters zachwyca przede wszystkim niepokojącą, tajemniczą atmosferą, która z każdą kolejną minutą pochłania widza do świata szaleństwa. To prawdziwie przerażający film, ale nie silący się na tanie strachy wyskakujące zza rogu, czy dosłowne ukazywanie okropieństw. To seans oddziałujący przede wszystkim na wyobraźnie widza,  wywołujący silne wrażenie dyskomfortu i lęk przed tym, co nieznane. To prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów starających oddać się klimat znany z opowiadań Lovecrafta, co czyni tę produkcję  pozycją obowiązkową dla każdego, kto mieni się fanem twórczości autora. W końcu, on sam, gdyby mógł obejrzeć Dark Waters, to najpewniej opisałby ten film swoim ulubionym przymiotnikiem: Eldritch.


Sara Nowicka 

Lubię nietoperze reż. Grzegorz Warchoł, 1985

Polski horror. Pierwsze przymiotniki, które przychodzą na myśl to żenujący i komiczny. Nie inaczej jest w wypadku Lubię nietoperze. Wystarczy spojrzeć na plakat, żeby wiedzieć, co się święci. Jednak obok jednych z najgorszych filmowych dialogów i pointy, która wywoła palpitacje serca u wszystkich feministek, w tej produkcji znajduje się kilka ciekawych pomysłów i scen, przez które nie można go jednoznacznie odrzucić. Jest to historia prowadzącej podwójne życie Izy, która za dnia spędza czas z ciotką i odrzuca wszelkie zaloty, zaś po godzinach jest wampirzycą czyhającą na kolejne ofiary. Sytuacja zmienia się, gdy poznaje doktora Junga. Decyduje się na terapię, w malowniczym zamku w Mosznej, jednak przystojny doktor  nie traktuje jej schorzenia poważnie, uważa, że to tylko halucynacja. Piękna scenografia i plenery, oraz kilka wysmakowanych kadrów zdradza obycie twórcy, jednak nie zmienia faktu, że więcej tu okazji do śmiechu niż do dreszczy. Wrażenie robią za to drobne smaczki: Jonasz Kofta gra narkomana, Jerzy z Klanu ogrodnika-casanovę, zaś w tle, nie wiadomo dlaczego, pojawia się czarnoskóre dziecko wyśmiewające rudego chłopaka. Ciekawe są też stylizacje na amerykańskie kino: odchodząca ulicą Iza, zostawiająca za sobą ciężarówkę z ofiarą, czy sceny w nocnym klubie. Dużo tu kampu, seksu i sztuczności – czyli samego dobra. Seans Lubię nietoperze może się okazać wspaniałą, osadzoną w nieco gotyckim entourage’u, zabawą, jeśli tylko nie podchodzimy do niego zbyt radykalnie. Jeżeli jesteś w stanie zaakceptować pewną swobodę w interpretacji wampirycznego mitu, oraz możesz przymknąć oko na absolutnie niepoprawny politycznie lek na chorobę bohaterki, to prawdopodobnie wiele przyjemności sprawi ci słuchanie niewiarygodnych dialogów i podziwianie pięknych plenerów oraz onirycznego, zagadkowego klimatu filmu.


Mateusz R. Orzech

Gakidama reż. Masayoshi Sukita, 1986

Gakidama to krótka (nieco ponad 55 min.) produkcja, wydana na rynek V-Cinema i nawiązująca do popularnych w latach 80. trendów w horrorach. Film rozpoczyna się, gdy dwaj dziennikarze odnajdują tajemniczą kreaturę w lesie. Początkowo pokazywany jako kulista zjawa, Gakidama przeobraża się w larwopodobną istotę, która wchodzi do ucha reportera. Nieszczęśnik niebawem zaczyna coraz bardziej przypominać żywego i niezwykle głodnego trupa; stwór w jego wnętrzu zaś rozwija się  i niedługo później wydostaje na wolność.  Rozwój Gakidamy w ciele mężczyzny zostaje porównany do rozwoju dziecka w matczynym łonie. Choć samo porównanie wprowadzono w dość toporny sposób, to niesie ze sobą interesujące konotacje. Konsekwencją rozwoju istoty jest to, że po wyjściu z nosiciela ten zaczyna cierpieć na przemożną chęć zjedzenia Gakidamy. Stąd też pojawia się tu wątek rodzica zjadającego dziecko i dziecka zjadającego rodzica. Czy jest to wyjątkowo kuriozalnie zaprezentowana metafora walki pokoleń czy też produkt uboczny zahaczającego o groteskę horroru – nie wiadomo. Reżyser Sukita nie stara się utrzymywać widza w napięciu zbyt długo i prędko przechodzi do kilku scen rodem z kina gore oraz do głównego dania, czyli krwiożerczego, choć niewielkiego wzrostu Gakidamy. Jako że stwór jest główną atrakcją, jemu poświęcono najwięcej czasu, stąd też – choć momentami kiczowato gumowy – prezentuje się udanie i pozwolił Gakidamie cieszyć się krótkotrwałą popularnością w latach 80. i na początku lat 90., także poza granicami Japonii. Część charakterystyki tejże postaci – małej wielkości przemożnie głodnego stwora –  kojarzy się z istotami z serii filmów Critters. Wygląd japońskiego żarłoka jest jednak zupełnie inny, a sam film unika humorystycznych scen oraz jest zdecydowanie bardziej brutalny. Mimo pozostających bez wyrazu ludzkich bohaterów, Gakidama pokazuje się jako dający sporo potwornej rozrywki specyficzny monster movie, idealny jako horror wprowadzający w halloweenowy nastrój, zarówno dzięki krótkiej formie, jak i połączeniu ambicji kina grozy z nader przyjemnym kiczem.


Piotr Pluciński 

Byt reż. Sidney J. Furie, 1982

1982 był rokiem Ducha, ale w tym samym czasie powstał inny, bardziej dojrzały horror o nawiedzeniu. W przeciwieństwie do stricte popcornowego widowiska Hoopera i Spielberga, które ustaliło narracyjne i realizatorskie wzorce obowiązujące w gatunku przez kolejne dekady, Byt (alternatywnie: Istota – pod takim tytułem dystrybuowano go u nas w czasach VHS-ów) sięga po psychosomatykę. Intrygujący jest już punkt wyjścia: niewidzialny intruz… gwałci swoją ofiarę, a jego przybierające na sile ataki nie pozostają bez wpływu na otoczenie. Sidney J. Furie, weteran z ambicjami, podejmuje się próby analizy – tak bohaterki, jak i samej konwencji. Czy prześladowanie Carli (w tej roli Barbara Hershey) może mieć związek z jej traumami – seksualnymi i psychicznymi – z młodości? Czy nasilające się akty przemocy są jakąś ich materializacją? Jest tu miejsce na klasycznie pojmowaną grozę, głównie za sprawą sugestywnych zdjęć Stephena H. Buruma – wieloletniego operatora Briana De Palmy, oraz kontrastu pomiędzy pełną napięcia ciszą a napastliwymi uwerturami Charlesa Bernsteina, ale właściwą wartością filmu pozostaje napędzający go konflikt. Ten, co ciekawe, rozgrywa się na tle naukowym: jednym jego końcem jest sceptycyzm zadurzonego w bohaterce psychiatry (Ron Silver w jednej ze swoich lepszych ról), drugim zaś poznawcza otwartość parapsychologów. I choć sami dostaniemy pewne narzędzia do rozsądzenia ich sporu (np. powracający motyw lustra), a trzeci akt potwierdza istnienie czynnika paranormalnego, to geneza prześladowań pozostaje kwestią otwartą.


Marta Płaza

Upiorne urodziny reż. J. Lee Thompson, 1981

Pewnego dnia w jednym z tych dość sennych i przeciętnych miasteczek ginie uczennica elitarnej szkoły średniej. Zanim lokalna społeczność zdąży się otrząsnąć, dochodzi do kolejnych zbrodni, aż w końcu nikt nie czuje się już bezpiecznie. Zaczyna się pościg za mordercą, który zostanie ujawniony dopiero podczas tytułowego przyjęcia. Film J. Lee Thompsona, to obok Czarnych świąt (1974) Boba Clarka jeden z najbardziej znanych kanadyjskich slasherów, który, co ciekawe, przez pewien czas utrzymywał również status najbardziej kasowego filmu w historii kina kanadyjskiego. Już w momencie premiery szokował widzów wyjątkowo pomysłowymi scenami morderstw oraz nietuzinkowym zakończeniem, które wyniosło całą historię ponad poziom kolejnego durnowatego slashera o średnio inteligentnych nastolatkach. Z jednej strony dostajemy to, czego oczekiwaliśmy, czyli krwawe, a przy tym świetnie zrealizowane sceny mordów, z drugiej zaś suspens, świetnie wykreowany schizofreniczny klimat i ciągłe mylenie tropów. Rzeczy, które na gruncie młodzieżowych horrorów nie zdarzają się zbyt często! W finale film ocierając się o klimat mrocznego thrillera psychologicznego zadaje kłam twierdzeniu o schematyczności i powtarzalności slasherowych motywów. Do ostatniej minuty nie jesteśmy pewni kto tak naprawdę może być zabójcą. Thompson bardzo mocno przyłożył się do tego, aby jego film nie zaginął w gatunkowej powodzi, zapoczątkowanej rok wcześniej przez Seana Cunninghama i jego Piątek Trzynastego.


Kamil Rogiński 

Potwór na zamku reż. Stuart Gordon, 1995

W 1995 roku dobrze znany miłośnikom horroru Stuart Gordon po raz trzeci zabrał się za ekranizowanie prozy Lovecrafta. A przynajmniej taki był zamysł, gdyż jego Potwór na zamku (powstały pod egidą kultowego studia Full Moon) nie ma zbyt wiele wspólnego z krótkim opowiadaniem z 1926 roku (znanym pod aż czterema polskimi tytułami, zatem przywołam po prostu oryginalny – The Outsider). Ciężko ten fakt krytykować, skoro dla Gordona była to kolejna sposobność, aby pokazać na ekranie solidną dawkę makabry i reaktywować swój ulubiony duet aktorski: Barbarę Crampton i Jeffreya Combsa. Jednak po kolorowym szaleństwie, jakim były Reanimator i Zza Światów, tym razem dostajemy produkcję dużo bardziej stonowaną, zarówno pod względem wyglądu, jak i treści. Nie ma tu miejsca na absurd i żarty, ponieważ zaskakująco mocno zaakcentowany jest element dramatu rodzinnego. Dzięki temu wspomniana dwójka aktorów może wykazać się w roli małżeństwa skłóconego przez śmierć dziecka. I wychodzi im to na medal. Równocześnie film nadal pozostaje przede wszystkim horrorem, rozgrywającym się w możliwie najbardziej stereotypowej lokacji (za którą służy zamek we włoskiej miejscowości Giove, obecny również w Studni i wahadle tego samego reżysera). Spodziewajcie się zatem ciemnych korytarzy i lochów. Oraz ciągłego błysku piorunów za oknami. Efekty sprowadzono do minimum, ale robią one wrażenie, szczególnie ucharakteryzowany od stóp do głów aktor wcielający się w tytułowego potwora. Pod grubą warstwą kleju i gumy nadal jest w stanie skutecznie pokazać emocje targające umęczoną istotą, której historia jest równie dramatyczna, co dwójki głównych bohaterów. Poważna fabuła, poparta skromną, ale skuteczną oprawą zaowocowała znakomitą produkcją, która z jakiegoś powodu zdaje się nieco zapomniana i pomijana. Być może właśnie dlatego, że nie jest tak efektowna, jak wcześniejsze dokonania Gordona. A to jedna z bardziej interesujących pozycji w jego filmografii. Oraz studia Full Moon, szczególnie że nie był to już jego najjaśniejszy okres. Dlatego podczas tego Halloween rozważcie przygodę z Potworem na zamku.


Wongo

Mesjasz zła reż. Willard Huyck, 1973

Młoda kobieta imieniem Arletty (Marianna Hill) przybywa do Pointe Dune, niewielkiego nadmorskiego miasteczka, które mogłoby nawiązać partnerskie kontakty jedynie z samym lovecraftowskim Innsmouth. Bohaterka nie zastaje w nim poszukiwanego ojca-malarza, napotyka za to na całą galerię groteskowych postaci (na czele z konsumującym żywe szczury Murzynem-albinosem), a wokół niej zaczynają dziać się coraz dziwniejsze dziwności… Zaprawdę niezwykły to film.  Szalenie nastrojowy, urzekający poetyką snu i estetycznym wyczuciem – będąc stuprocentowo amerykańskim produktem, mający wiele wspólnego z surrealistycznym euro-horrorem spod znaku Jeana Rollina i Jesusa Franco. Z niespiesznym rytmem, ekscentrycznością i enigmatyczną fabułą raczej nie celujący w podniebienie każdego odbiorcy, ale przez tych którzy znaleźli się pod jego urokiem powszechnie określany mianem zaginionej perły kina grozy lat 70. Warto dać mu szansę. Miłośnicy twórczości Samotnika z Providence odnajdą tu atmosferę obciążonej starą klątwą mieściny, z dziwnym kultem i niedookreślonym złem nadciągającym od morza. Fani George’a Romero natrafią na krwawą scenę z zombiakami w supermarkecie (dział mięsny) jako żywo antycypującą Poranek żywych trupów (1978). Za to genialna sekwencja w kinie jest absolutnie niepodrabialna. No i w żadnym innym dziele przed napisami początkowymi nie szlachtują Waltera Hilla!


Marcin Zembrzuski

Microwave Massacre reż. Wayne Berwick, 1983

Gdzieś w alternatywnej rzeczywistości Al Bundy – tak, tak, ten słynny buc ze Świata według Bundych (1987-1997) – nie jest jedynie postacią fikcyjną. Mało tego, ma tam nawet pewne artystyczne ambicje i po licznych nadgodzinach w sklepie obuwniczym udaje mu się zebrać kwotę wystarczająco dużą, aby zatrudnić część sąsiadów i klientów do realizacji filmu. Czyli niezbyt dużą. I takim filmem jest mogłoby być Microwave Massacre – czarna komedia, w której przepełniona suchymi żartami jałowa egzystencja mentalnych buraków z przedmieść (znaczy się mniej więcej to, co znamy ze wspomnianego serialu) przefiltrowana zostaje przez seryjne mordy i kanibalizm (znaczy się potencjalne fantazje Bundy’ego o brutalnej zemście na znienawidzonej żonie). Rzecz opowiada bowiem o tyleż fajtłapowatym, co sfrustrowanym robotniku przed pięćdziesiątką, który topi smutki przesiadując w striptiz-barze, bo koledzy z pracy go nie lubią, a wredna ex-ukochana karmi niejadalnym żarciem. Pewnej nocy wraca do domu kompletnie pijany i po kolejnej awanturze wybucha, aby zatłuc żonę na śmierć. Bojąc się odsiadki postanawia zjeść jej zwłoki i wówczas odkrywa, że ludzkie mięso jest niezwykle smaczne. A że to zaczyna się mu wkrótce kończyć (tylko samą głowę biedaczki trzyma w lodówce na pamiątkę), nie pozostaje mu nic innego, jak rozpocząć polowanie na kolejne kobiety, choć już młodsze i atrakcyjniejsze („I’m so hungry I could eat a whore!” – śmieszkuje sobie stojąc nad ciałem świeżo zamordowanej prostytutki). Co prawda, prezentujący to wszystko film jest kiepski, ale w byciu kiepskim jest całkiem niezły. Z jednej strony jest niesamowicie głupi, prymitywnie seksistowski i tandetny, co w połączeniu z nawałem absurdalnych pomysłów i słabą grą aktorską czynić go może niezłym kandydatem na halloweenowy wieczór z pizzą i piwem. Ale z drugiej miewa też zadziwiające przebłyski samoświadomości – tuż przez pierwszym mordem, a później jeszcze w paru istotnych miejscach, bohater zwraca się do kamery, jakby dając znać, że oglądana historia staje się w pewnym momencie tylko jego fantazją, gdzie indziej oglądamy scenki iście surrealistyczne i nie bardzo wiadomo, czy rozgrywające się serio czy może będące snami (vide fragment, w którym ciało kobiety zostaje posmarowane masłem i przykryte gigantyczną kromką chleba), a jeszcze inne fragmenty wskazują na to, że fabuła stanowi też celebrację buntu przeciwko normom społecznym (kolejne występki czynią bohatera postacią coraz to bardziej wyzwoloną, szczęśliwszą i pogodzoną z własnym ja). Czy to też mógłby wymyślić Al Bundy? Hej, w alternatywnej rzeczywistości wszystko jest możliwe.

Halloween Horror Show IV

28/10/2018 Kinomisja Pulp Crew Halloween Horror Show, Inne teksty, Wyliczanka 0 

Szanowni kino-zwyrole! Jak co roku, celebrujemy zbliżające się Halloween publikacją tekstu zbiorowego, w którym z nieukrywaną radością polecamy mniej czy bardziej obskurne lub zapomniane filmy reprezentujące kino grozy i okolice. Tym razem zajęło się tym trzynastu kinofilskich śmiałków – w tym trójka gości: Łukasz Karaś (Horrorshow – jarają mnie horrory), Kamil Rogiński (Drugged by Movies) i Simply (The Blog That Screamed) – każdy opisując pokrótce po jednym tytule. Wampiry, wilkołaki, szaleni lekarze i ich niezbyt etyczne eksperymenty, kosmici, garbus z kostnicy, bramy piekieł, a nawet złowieszczy karzeł-gwałciciel. To wszystko i jeszcze więcej w różnorakich obrazach z lat 1944-2002, jakie niniejszym opisujemy. Zapraszamy do halloweenowej uczty!

PS. Główny obrazek zdobiący dzisiejszy wpis to oczywiście fragment plakatu z kultowego Powrotu żywych trupów (1985).


1944 – Return of the Vampire (reż. Lew Landers) – Michał Mazgaj

Dracula (1931) z Belą Lugosim to dziś żelazny klasyk filmowej grozy. Choć doczekał się dwóch kontynuacji, węgierski aktor nie zagościł w żadnej z nich. Swoją rolę powtórzył jednak w nieoficjalnym sequelu filmu Toda Browninga. Studio Columbia faktycznie planowało omawiany przeze mnie film jako kontynuację Draculi, jednak pod wpływem groźby pozwu o plagiat, postanowiono zmienić imiona bohaterów i usunąć wszelkie doń nawiązania. Dlatego też tytułowy wampir nie nazywa się Dracula, lecz Armand Tesla, w dodatku ma na swoich usługach wilkołaka imieniem Andreas (Matt Willis). Film rozpoczyna się w 1918 roku, kiedy Tesla terroryzował rodzinę dra Waltera Saundersa (Gilbert Emery). Saunders zdołał zabić wampira, a także z pomocą swojej asystentki Lady Jane Ainsley (Frieda Inescort) uwolnić od jego wpływu Andreasa. Mija 21 lat – dr Saunders ginie w katastrofie lotniczej, a Ainsley próbuje przedstawić Scotland Yardowi dowody na istnienie wampira. Wybuch II Wojny Światowej powoduje jednak, że miasto zostaje zbombardowane, w tym cmentarz, na którym leżało ciało Tesli z kołkiem wbitym w serce. Uwolniony wampir natychmiast na nowo przejmuje kontrolę nad umysłem Andreasa i planuje zemstę na Lady Jane i jej rodzinie. Wybrałem Return of the Vampire do tego zestawienia nie tylko z powodu jego ciekawej historii powstania, ale też dlatego, że jest to ciekawa pozycja sama w sobie (oczywiście, jeśli komuś nie przeszkadzają pewne absurdy, w które czasami opiewają niskobudżetowe horrory z lat 40). Przede wszystkim film wyróżnia fakt, że protagonistką historii jest kobieta. Co więcej, jest ona w stanie oprzeć się mocy wampira, a biorąc pod uwagę jaką rolę pełniły kobiety w horrorach tamtego okresu, jest to olbrzymim urozmaiceniem. Bela Lugosi ponownie oczarowuje widza swoim akcentem i hipnotycznym głosem, choć celuje tutaj nie w kreację wampira-ekscentryka, a stonowanego geniusza zła pokroju Alucarda z Syna Draculi (1944) czy nawet późniejszej interpretacji Draculi w wykonaniu Christophera Lee. Poza tym, to film o gęstym klimacie, podnoszącym do ekstremum wszystko, za co można kochać klasyczne horrory Universala – plan cmentarza całkowicie wzniesiony w studiu, nieprzenikniona mgła, kontrastowe oświetlenie i idące za nim mocno zarysowane cienie, przez które Return of the Vampire swoim mrokiem przypomina filmy noir. Return of the Vampire to pozycja idealna dla osób, które chciałyby swój halloweenowy maraton urozmaicić jakimś czarno-białym klasykiem, ale  filmy o Draculi, Frankensteinie i reszcie bandy znają już na pamięć. To sequel, na który słynny film Browninga naprawdę zasługiwał.


1960 – Oczy bez twarzy (reż. Georges Franju) – Marta Płaza

Rok 1960 był wyjątkowo udany dla kina grozy. Za wielką wodą straszył psychopatyczny Norman Bates, na Wyspach lubiący podglądać Mark Lewis, a we Francji Doktor Génessier, utalentowany chirurg próbujący zrekonstruować twarz córki, która została zmasakrowana w wypadku. Tatuś, czując się winnym tej tragedii, robi wszystko, aby przywrócić ukochanemu dziecku dawne piękno. Z pomocą swojej asystentki porywa młode kobiety, którym zdziera skórę z twarzy, a następnie zabija. Kolejne operacje przeszczepienia skóry się jednak nie udają, a narzeczony córki zaczyna podejrzewać doktora o dokonane zbrodnie. Trochę dziś zapomniany klasyk Georgesa Franju przykuwa uwagę nieco senną atmosferą, podkręcaną przez znakomitą muzykę Maurice Jarre’a i sugestywne aktorstwo. Akcja rozwija się dość nieśpiesznie, ale twórca wykorzystuje to tylko na swoją korzyść. Gdy myślimy, że już niczym nas nie zaskoczy, wtedy właśnie wyciąga asy z rękawa. Franju wykazał się dużą odwagą, realizując realistyczną scenę przeszczepu twarzy, która nawet dziś może robić wrażenie. Nie dziwne więc, że raz na jakiś czas, również współcześni twórcy (ostatnio chociażby Pedro Almodovar w Skórze, w której żyję [2011]) przypominają sobie o dreszczowcu francuskiego reżysera, który sprawnie połączył dwa światy: nastrojowe, subtelne, momentami wręcz liryczne kino grozy z odrobiną makabry. Mimo że sam twórca nie lubił określać swojego filmu mianem horroru, to jednak z powodzeniem wykorzystał poetykę gatunku, tworząc szokującą historię z pogranicza jawy i snu. Obydwa te światy łączy córka profesora – Christine, która poruszając się cały czas w masce, przypomina Anioła Śmierci, istotę niemalże nierealną i nie istniejącą dla świata żywych, i która w finałowej sekwencji wydaje się być już pogodzona z losem. Oczy bez twarzy to opowieść o cierpieniach duszy, które mogą prowadzić do przerażających wydarzeń; o szaleństwie i obsesji, które niszczą tak, jak fizyczne cierpienie.


1969 – Horrors of Malformed Men (reż. Teruo Ishii) – Mateusz R. Orzech 

Gdy w 1969 roku studio Toei wyjątkowo nie zaplanowało kolejnej produkcji do wyreżyserowania Teruo Ishiiemu, ten zasugerował stworzenie filmu opartego o prozę kojarzonego prymarnie z tzw. eroguro nansensu (erotic grotesque nonsense) Edogawy Ranpo. Jako że Ishii nie był pewien czy w przyszłości dane mu będzie jeszcze powrócić do adaptowania historii ulubionego pisarza, postanowił oprzeć Horrors of Malformed Men (Edogawa Ranpo zenshū: kyōfu kikei ningen) na kilku opowiadaniach, łącząc je w dość swobodnie powiązaną całość. Po pierwszych pokazach film jednak prędko ściągnięto z kin oraz nie wydano go na domowych nośnikach (wyjątkiem był specjalny pokaz w 2005 roku z okazji śmierci reżysera). Film uznano za wysoce problematyczny z powodu wykorzystania w tytule słów „kyōfu kikei ningen”, co oznacza ludzi nieludzkich, zdeformowanych, wobec których należy odczuwać silny strach. To skrajnie pejoratywne określenie zostało uznane za wyjątkowo niepoprawne politycznie w Japonii i, jako takie, zakazane w publicznym dyskursie. Produkcja opowiada m.in. o zdeformowanym mężczyźnie, „zmuszonym” do pogrążenia się w szaleństwie i zbrodni z powodu odepchnięcia jego osoby przez ukochaną. W wyniku jej zachowania oraz własnej deformacji, postanawia chirurgicznie okaleczyć wszystkich ludzi, by światem zapanowały jednostki wykoślawione fizycznie. Prócz dokonania zemsty, jego postępowanie ma stworzyć tolerancyjne społeczeństwo; gdyby bowiem wszyscy byli zdeformowani, zapanowałaby równość. Zdeformowane istoty z opowiadania Ranpo zostały jednak przez Ishiiego wymienione na tancerzy butoh z legendarnym Tatsumim Hijikatą na czele. Wybór tan pomógł w budowie onirycznego, surrealistycznego nastroju, na którym zależało reżyserowi. Horrors of Malformed Men skupia w sobie zresztą niemal wszystkie wizualne cechy warsztatu reżysera: korzystanie z różnokolorowych filtrów, szczególnie w scenach retrospekcji, nadających im psychodelicznego wrażenia; okresowe skupianie się na elementach groteskowych, nieistotnych dla fabuły, umieszczanych jedynie ze względów (anty)estetycznych; wykorzystywanie artystów z granicy akceptowalnych form sztuki; oświetlanie planu sztucznym światłem, szczególnie w kolorze czerwonym, w ten sposób dodatkowo odrealniając świat przedstawiony. Treściowo obraz cechuje natomiast wysoka pretekstowość zdarzeń, silnie epizodyczna struktura, małe zainteresowanie pogłębianiem portretów psychologicznych postaci, zamiast których Ishii preferuje skupienie się na elementach stylistycznych, kojarzonych z eroguro i sprawiających, że Horrors of Malformed Men staje się kinem eksploatacyjnym i awangardowym w jednym.


1970 – And Soon the Darkness (reż. Robert Fuest) – Mariusz Czernic 

Ten tytuł może być szerzej znany dzięki nowej wersji z 2010 roku z Amber Heard w roli głównej. Ale to był zupełnie zbędny remake, gdyż pierwowzór dostarcza odpowiedniej porcji wrażeń. Intryga wzorowana jest na opowieściach kryminalnych i chociaż nie jest trudno przewidzieć tożsamość mordercy, film ma wystarczającą ilość zalet, by uznać go za w pełni udany. Śledzimy losy dwóch angielskich dziewczyn, Jane (Pamela Franklin) i Cathy (Michele Dotrice), które podróżują rowerami po francuskiej prowincji. Intrygująco i nieprzyjemnie robi się już w momencie, gdy turystki zaczynają być śledzone przez tajemniczego mężczyznę na skuterze. Wraz z przejechaniem kolejnych mil pojawiają się inne osoby nie budzące zaufania. Wkrótce staje się jasne, że brytyjskie rowerzystki wybrały złą drogę. U okolicznych mieszkańców wciąż pozostają żywe wspomnienia niewyjaśnionego morderstwa sprzed lat, którego ofiarą padła młoda cudzoziemka. Tempo tego thrillera jest spokojne, ale właśnie w tym spokoju, zdecydowanie pozornym, tkwi całe napięcie. Jak na tak skromną produkcję zaskakująco dużo jest postaci drugoplanowych, które swoim wyglądem lub zachowaniem generują szereg znaków zapytania. Scenarzyści Brian Clemens i Terry Nation oraz reżyser Robert Fuest sprawnie mylą tropy, ale nie przesadzają z ilością zwrotów akcji. Efektem ich pracy jest realistyczny i trzymający w niepewności thriller utrzymany w poetyce kina grozy. Muzyka Lauriego Johnsona jest może nieco sielankowa, ale ma swój charakter i nie podpowiada tego, co może się wydarzyć (nie musi tego robić, bo tytuł sugeruje, że akcja zmierza w mroczne rejony, a nie w stronę wakacyjnej przygody). Dużo dobrego dodała filmowi odtwórczyni głównej roli, Pamela Franklin, pamiętana ze świetnego debiutu we W kleszczach lęku (1961). Stworzyła ona postać wzbudzającą ogromną sympatię – to taka swojska dziewczyna, z którą chciałoby się spędzać jak najwięcej czasu, dlatego w chwilach zagrożenia są emocje, jest nerwowość, jest przypuszczenie, że w podobnej sytuacji może się znaleźć ktoś, kogo dobrze znamy.


1973 – The Hunchback of the Morgue (reż. Javier Aguirre) – Simply

Grindhouse’owy flick wprost z gorącej Hiszpanii i nieodrodny bachor swoich czasów. Dzieło Javiera Aguirre z całym zwyrolskim eklektyzmem łączy garść klasycznych dla kanonu literatury gotyckiej i romantycznej motywów z mającym wszelkie kompromisy głęboko w eksploatacyjnej dupie, hardym duchem lat 70. Na pierwszym planie szaleje gwiazda numer jeden iberyjskiego kina wilkołaczo-wampirycznego Jacinto Molina vel Paul Naschy, także współscenarzysta. Tu wciela się w tytułowego garbusa Gotho, pracownika miejskiej kostnicy; obiekt pogardy i popychadło tłuszczy, podobnie jak jego praszczur Quasimodo. Na domiar złego, biedak nieszczęśliwie zakochuje się w nieuleczalnie chorej, eterycznej Ilse (Maria Elena Arpon). Gdy jego pani umiera, garbus wykrada zwłoki (niestety, Ghoto jest rycerskim, trashowym romantykiem, więc żadnej nekrofilii nie będzie). Jego jedyną nadzieją pozostaje już tylko szalony doktor, prowadzący obmierzłe i urągające naturze eksperymenty w zaciszu lochów po Świętej Inkwizycji. Naukowiec obieca mu przywrócić zmarłą do życia, lecz będzie to miało swoją cenę. Naiwny Ghoto przystanie na ten pakt z diabłem, który uczyni go seryjnym mordercą, porywaczem i hieną cmentarną. Jednocześnie sentymentalny garbus wciąż będzie przynosił świeże kwiaty i składał je u wezgłowia coraz bardziej rozkładającego się ścierwa swojej jedynej miłości. A moment gdy i to utraci, uderzy rzadko w kinie spotykanym przeskokiem z czystego, prosektoryjnego liryzmu w okrutny, knajacki humor. Wyzwoli to wybuch rozpaczy, której sprawcy zapoznają się z nieludzką siłą garbusa, kwasem siarkowym, a nawet „żelazną dziewicą”. Film jest sprawnie wyreżyserowanym, sunącym w wartkim rytmie wehikułem taniej sensacji, perwersji, makabry i love story dla służb domowych, zapunktowanym paroma kapitalnymi scenami gore. Nie zabraknie też elementów lovecraftiańskich, gdy w końcu światło dzienne ujrzy owoc pracy doktora-psychola: kreatura o barwie i konsystencji kupy po szpinaku, wprost z najdzikszych snów Marka Piestraka. W jednej ze scen wykorzystano autentyczne zwłoki, a Naschy (jak podają źródła, po niezbędnych paru głębszych) dokonuje tu prawdziwej dekapitacji! Jednak osoby wrażliwe sięgając po ten film winny być świadome zagrożenia, jakie niesie akurat inna scena. Stado głodzonych wcześniej szczurów, które z wściekłością atakuje głównego bohatera (mimo zabezpieczeń, Naschy musiał wziąć potem serię bolesnych zastrzyków) zostaje spalone żywcem. Moment należy do wybitnie drastycznych i może być poważnym testem odporności nawet dla zaprawionych wyjadaczy. Upiorny czyn przeszedł bez konsekwencji karnych, gdyż hiszpańskie prawo nie zabraniało wtedy czegoś takiego.


1973 – The Sinful Dwarf (reż. Vidal Raski) – Caligula von Kömuda

Karzeł Olaf (kapitalny Torben Bille) mieszka ze swoją matką, podstarzałą szansonistką. Wspólnie prowadzą nietypowy biznes: na strychu swojej kamienicy przetrzymują porwane z ulicy dziewczęta, które następnie odurzają heroiną i stręczą przygodnym klientom. Pewnego dnia, u drzwi ich domu zjawia się młode małżeństwo, które poszukuje pokoju na wynajem. Para lokum dostaje, by wkrótce z przerażeniem odkryć sekret gospodarzy… Film Vidala Raskiego to duńskie kino (s)eksploatacji w wyjątkowo obskurnym wydaniu. W gruncie rzeczy dostajemy tutaj wszystko to, czego można oczekiwać na podstawie anglojęzycznego tytułu. Sprośny liliput o fizjonomii Jacka Blacka (!) bez problemu zawstydziłby tytułowego bohatera Leprechauna (1993): poruszający się o lasce kaleka uwielbia nakręcane zabawki, jest nałogowym podglądaczem, chętnie też ucieka się do przemocy. Jak nietrudno się domyślić, w filmie o takiej tematyce dostajemy pokaźną porcję golizny i seksu. Kilka spośród scen kopulacji pokazanych zostało bez żadnych osłonek, choć akurat łatwo dostrzec, że wstawki spod znaku hardcore dodane zostały w postprodukcji. Czuć, że twórcy chcieli za wszelką cenę zadbać, aby nikt skuszony obietnicą perwersyjnej rozrywki nie poczuł się po seansie zawiedziony. Do tego stopnia, że nie cofnęli się przed zaprezentowaniem wyjątkowo podłej sceny gwałtu (tu jednak obyło się już bez zbliżeń na szczegóły anatomiczne). Dochodzi do tego ciężki, pokręcony klimat: duet porywaczy to obleśne, żałosne typy, które w wolnych chwilach urządzają sobie pijackie wieczorki muzyczne. Wszędzie brud i beznadzieja, ponure bagno, w które wpada dwoje nieskażonych jeszcze zepsuciem, niewinnych kochanków. Owszem, The Sinful Dwarf to patologia i degrengolada moralna w stanie czystym, choć podane z przymrużeniem oka i sporą dozą czarnego humoru (diler narkotykowy nosi na ten przykład ksywkę „Święty Mikołaj”). A przy okazji niezłe kuriozum, istny kuksaniec wymierzony w ideę politycznej poprawności – w momencie premiery był to wynalazek praktycznie nieznany, ale dziś obraz Raskiego będzie dobrą odtrutką na nudę zachowawczego kina XXI wieku. Nie jest to horror sensu stricto, o czym należy uprzedzić, niemniej z pewnością powinien po rzecz sięgnąć każdy, kogo kręcą wszelkiego rodzaju sleazefesty, grindhousowe pomioty i „pojechane po całości” pulpy.


1977 – Bractwo Strażników Ciemności (reż. Michael Winner) – Antoni Urbanowicz 

Jeśli kogoś irytuje klasyczna konwencja horrorów o nawiedzonych domach, polegająca na stukaniu w rury i przesuwanie krzeseł przez pierwszą godzinę, to powinien się zapoznać z mocno przykurzonym Bractwem Strażników Ciemności. Twór Michaela Winnera, nakręcony pomiędzy jednym a drugim Życzeniem śmierci (1974-1982), nie bawi się w takie subtelności. Bohaterka wprowadza się do mieszkania nawiedzonego nie przez nieszczęśliwe dusze, lecz przez diabelskie moce. Wrota do piekła (ulokowane w kamienicznej piwnicy) nie cackają się z nią i już wkrótce, po obowiązkowej sekwencji samoistnie drgającego żyrandola, napotka na swojej drodze demoniczne lesbijki oraz goniące ją nagie truchło swojego perwersyjnego ojca. Jakby tego było mało, zdemenciali sąsiedzi zaproszą ją na uroczyste obchody urodzin… kota. Pomimo silnych inspiracji Dzieckiem Rosemary (1968), to w kwestii atmosfery i stylu Bractwo Strażników Ciemności  jest jednym z bardziej „włoskich” horrorów, jaki kiedykolwiek powstał w Ameryce. Podobnie jak w przyszłych dziełach Fulciego, ingerencja piekielnego wymiaru obfituje w załamania praw logiki, a także granic dobrego smaku, choć nie aż tak radykalnie, jak u włoskiego mistrza. W drugim akcie film nieco traci swoją szaleńczą werwę, ale groteskowy finał wynagradza to z nawiązką. Do ról mieszkańców piekła twórcy zdecydowali się zatrudnić ludzi dotkniętych fizycznymi deformacjami, co sprawia, że ostatnie 15 minut wywołuje uczucie realnego dyskomfortu u widza. To zresztą nie jedyny interesujący zabieg castingowy. W mniejszych czy większych rolach na ekranie pojawiają się tacy weterani kina, jak Ava Gardner, Eli Walach, Martin Balsam, Burgess Meredith, a także początkujący wówczas Jeff Goldblum i Christopher Walken!


1980 – Odmienne stany świadomości (reż. Ken Russell) – Sara Nowicka 

Kiedy autor obdarzony tak nieokiełznaną wyobraźnią jak Ken Russell bierze na warsztat dość wyświechtany temat kina grozy, to wiadomo, że rezultat będzie daleki od oczekiwań i trudny do jednoznacznej klasyfikacji. Odmienne stany świadomości to reinterpretacja motywu szalonego naukowca, który w imię nauki stawia na szali życie swoje i swoich bliskich. Eddie (William Hurt), poprzez badania, narkotyki, podróże i eksperymenty na samym sobie stara się zgłębić materię pierwotnej istoty. Russell, który często miał problem z zachowaniem odpowiednich proporcji, w idealny sposób wyważył tu wierność konwencji gatunkowej z cechami charakterystycznymi dla swojego autorskiego stylu. Akcja przebiega tu zgodnie z zasadami wybranej struktury, a postaci przyjmują funkcję figur wspierających lub utrudniających bohaterowi drogę do celu. Natomiast kampowa stylistyka, szczypta skandalu oraz niezrozumiała dla wielu metafizyka (albo raczej poszukiwanie metafizyki) to już najbardziej rozpoznawalne elementy kina Russella. Sporo tu złego smaku, np. we śnie Eddiego o człowieku z głową bestii, przybitym do krzyża albo scenie jego przemiany w małpę, która kierowana zwierzęcym instynktem wybiega na ulice wielkiego miasta. Z kolei wypowiedzi postaci są pełne patosu, a rozmowy Eddiego z żoną skrzą nie tylko neurotyzmem spod znaku Woody’ego Allena, ale także intelektualizmem, zarezerwowanym jedynie dla ścisłowców. Russell dopełnił swój obraz także elementami body horroru, popularnego w tamtym czasie za sprawą filmów Davida Cronenberga. Połączenie tych wszystkich składników skutkuje powstaniem prawdziwie unikalnej uczty. Odmienne stany świadomości wyróżniają się na tle innych opowieści o szalonym naukowcu źródłem grozy. Przerażenia nie budzą niemożliwe do skontrolowania skutki eksperymentu czy odkrycie rzeczy, o których “się filozofom nie śniło”, lecz skonfrontowanie człowieka z absolutem. Albo, jak chce Russell, paraliżującą pustką.


1987 – The Kindred (reż. Jeffrey Obrow, Stephen Carpenter) – Kamil Rogiński 

The Kindred to jedna z tych małych horrorowych perełek, które nadal kurzą się na kasetach wideo i mimo swoich zalet, pozostają zapomniane. Film opowiada o młodym lekarzu, który wraz z grupą asystentów odwiedza dom swojej zmarłej matki, aby przekonać się na własnej skórze o efektach prowadzonych przez nią badań. Drewniane dialogi i rozbudowana bardziej niż to potrzebne fabuła nie są w stanie przysłonić popisowych efektów praktycznych, którym upust twórcy dają przez ostatnie pół godziny filmu, doprawiając je upiorną atmosferą i poczuciem chaosu. Nagle wszystkie wytłumaczenia o eksperymentach, które doprowadziły do powstania obecnych na ekranie potworności przestają mieć znaczenie. Chce się wierzyć, że przybyły one z lovecraftowskiego kosmosu, aby skąpać świat w szaleństwie, bez żadnej wydumanej opowieści. W ostatnich scenach poziom wizualnej groteskowości osiąga poziom zbliżony do Muchy (1986) Cronenberga. Zadbajcie, aby The Kindred nie zostało zapomniane i szykujcie się na niezapomniany seans pełen macek i szlamu.


1990 – Holy Place (reż. Đorđe Kadijević) – Wongo 

Tytułowe święte miejsce to położona na uboczu cerkiew, w której mrokach spoczywają zwłoki tajemniczej dziewczyny. Tam też, na skutek przedziwnych wypadków, trafia młody kandydat na popa – Toma (Dragan Jovanovic, o aparycji lidera jakiejś zimnofalowej kapeli). Przymuszony przez pogrążonego w żałobie ojca owej panny, będzie miał za zadanie spędzić trzy kolejne noce na modlitwie za spokój jej duszy. Szkopuł w tym, że nieboszczka – bynajmniej nie świętej pamięci – nie zamierza pozostać w trumnie. Próba przetrwania od zmierzchu do świtu w towarzystwie wściekłej upiorzycy okaże się zaiste piekielnym wyzwaniem… Ten zarys fabuły może wydawać się znajomy, bowiem mamy tutaj do czynienia z kolejną adaptacją Wija Mikołaja Gogola, tym razem z akcją przeniesioną z ukraińskiego chutoru na teren dziewiętnastowiecznej bałkańskiej prowincji, acz wciąż osadzoną w sferze kultury prawosławnej. Jak dotąd najbardziej znana pozostaje klasyczna radziecka ekranizacja z roku 1967, na zachodzie odkryta i doceniona głównie przez miłośników zakurzonych straszaków, ale w gruncie rzeczy wpisana raczej w manierę filmowych skazek, kręconych w ZSRR kostiumowych widowisk na bazie słowiańskiego folkloru, niż w gatunkowy horror sensu stricto. Wersja Đorđe Kadijevića, autora pierwszego w historii jugosłowiańskiego filmu grozy, zanurzonej w lokalnych gusłach Leptiricy (1973), prezentuje zgoła odmienne podejście do tematu. Jest arcy-gotycka, minorowa w tonie oraz ascetyczna w formie (na to drugie zapewne wpłynęły zgrzebne warunki telewizyjnej realizacji), i ewidentnie skierowana do dorosłego odbiorcy. Serbski twórca dość luźno traktuje materiał bazowy. W dużej mierze usuwa z niego baśniową ornamentykę, łącznie z samym Wijem, którego tutaj zwyczajnie nie uświadczymy. Wydobywa za to na wierzch erotyczne podteksty, obecne zresztą w literackim pierwowzorze (choć raczej w rubasznym wydaniu) i dopisując sporo od siebie eksploruje mroczną, podszytą okrucieństwem, stronę seksualnych chuci. Nie pozostawia wątpliwości, że obrzydliwa starucha dobierając się do niewinnego kleryka próbuje go zwyczajnie zgwałcić, dorzuca także rozbudowane retrospekcje prezentujące historię niemoralnych występków wiedźmy i jej zgubnego wpływu na mężczyzn. Zjawiskowa Branka Pujic bezapelacyjnie wygrywa mistrzostwa bloku wschodniego w kategorii „Demon seksu wyrwany z gorsetu społecznych konwenansów”, a sceną, w której dworkowego tresera psów sprowadza do roli upodlonego zwierzęcia, mogłaby zawstydzić nawet kombatantki plugawego trashu ze stajni Eurociné. Po prostu prawdziwa Czarownica Miłości, a nie jakiś podrabianiec!


1995 – Habit (reż. Larry Fessenden) – Arek Szpak 

Habit to wampiryczny horror napisany jakby na wzór popularnych w latach 90. thrillerów erotycznych. Wampirzyca jest tu jednocześnie kobietą fatalną, modliszką i istotą z innego świata, pasożytem żywiącym się sokami swojej męskiej ofiary. Taką ofiarą jest grany przez Larry’ego Fessendena Sam, świeżo osierocony przez ojca, porzucony przez dziewczynę, z wyglądu przypomina Nicholsona w Lśnieniu (1980) i podobnie jak on sprawia wrażenie jakby w miarę akcji pogrążał się w autodestrukcyjnym szaleństwie – przynajmniej w oczach swoich znajomych. Fessenden, niedoceniany u nas, jeden z ojców współczesnego niezależnego amerykańskiego horroru, autor udanych No Telling (1991), Windigo (2001) i Ostatniej zimy (2006), z niemałym polotem, czasem delikatną ironią, wplata w tkankę filmu gatunkowe mity i archetypy. Jest Dracula, jest Lokator (1976), surrealistyczne sny, wilki, czosnek, nawet wampir w przebraniu nietoperza, a wszystko zaczyna się w Halloween. Jest i wiele innych gadżetów, jednak siła Habitu nie tkwi w osadzeniu w konwencji, gatunkowej efektowności, ale stylu. W naturalności, z jaką odmalowuje relacje między zawsze pełnokrwistymi bohaterami pierwszego i drugiego planu, spontaniczność, dialog i obrazy czasu, a przede wszystkim obrazy miasta (Nowego Jorku wyrastającego tu na drugiego najważniejszego bohatera). W swoim obskurnym realizmie obrazy stylowe i anty-stylowe jednocześnie, uchwycone, ma się wrażenie, od niechcenia, w chwili, niepodrasowane, pełne brudnych klatek schodowych, śmieci na ulicach, pulsujące życiem i w jakiś sposób prawdziwie poetyckie w swojej sugestywnej bylejakości.


2001 – Zaginiony Szkielet Cadavry (reż. Larry Blamire) – Łukasz Karaś 

„Latające spodki, przybysze z innej planety, szaleni naukowcy, krwiożerczy mutanci, żyjące szkielety…”. Nie, to nie opis filmu z lat 50., to Zaginiony Szkielet Cadavry. Na pomysł nakręcenia tego hołdu dla takich klasyków amerykańskiego kina, jak Robot Monster (1953), Plan 9 z Kosmosu (1959) czy Zakazana Planeta (1956) wpadł Larry Blamire – wielki fan „złego” kina. Pan Blamire wyreżyserował swój film, napisał do niego scenariusz i zagrał główną rolę, a aktorzy mu towarzyszący to jego znajomi „z podwórka”. Fabuła tego wybitnego (sic!) dzieła prezentuje się następująco: doktor Paul Armstrong wyjeżdża do domku w lesie wraz ze swoją żoną, by prowadzić badania naukowe nad tajemniczą skałą znaną jako „atmosferium”. W międzyczasie niedaleko rozbija się statek kosmiczny obcych, którzy do powrotu na swoją planetę Marvę potrzebują atmosferium. W okolicy grasuje także szalony naukowiec Dr Roger Fleming, który przy pomocy atmosferium chce ożywić Zaginiony Szkielet Cadavry i razem z nim zapanować nad światem. Tak się składa, że akurat w pobliżu spada meteoryt z… atmosferium! Bohaterowie będą toczyć o niego walkę. Czy wspomniałem, że skutecznie może im w tym przeszkadzać mutant, który zbiegł ze statku obcych? Fabuła to istny przejaw kiczu, ale przecież takie wątki swobodnie przechodziły w filmach science fiction połowy ubiegłego wieku, więc na dobrą sprawę nic tu nie jest przesadzone, a raczej dobrze odwzorowane. Larry Blamire wycisnął z oklepanych tematów ile się da tworząc dzieło o tyle ciekawe, co przezabawne. Już samo wykonanie filmu jest rodem wyjęte z produkcji Eda Wooda: przerysowane aktorstwo, szkielet poruszany dobrze widocznymi linkami, ubogie wnętrze statku kosmicznego, mutant zrobiony z pluszu i krepiny… Każda scena w filmie bawi do łez, każdy dialog czy wypowiedziana kwestia jest kultowa, a postaci wykreowane przez w większości amatorów naprawdę da się polubić (łącznie z mutantem!). Jeśli potrzebujecie dobry film na Halloween do obejrzenia ze znajomymi przy popkornie i wspomagaczach, Zaginiony Szkielet Cadavry jest idealnym rozwiązaniem.


2002 – Dog Soldiers (reż. Neil Marshall) – Oskar Dziki

Zdaję sobie sprawę, że omawiany przeze mnie tytuł nieco odstaje od tych wyżej wymienionych. Nie jest to film w żadnym wypadku niedoceniony – nominowany był do głównej nagrody na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, a na Festiwalu w Luksemburgu zgarnął srebrno. Błędne jest również stwierdzenie, że dokonanie Neila Marshalla nie okazało się przepustką do sukcesu, kiedy twórca ten stoi dziś za sterami najnowszej ekranizacji kultowego komiksu Hellboy. Wspólnym mianownikiem, jaki łączy wydane na świat w 2002 roku Dog Soldiers z propozycjami moich szanownych koleżanek i kolegów jest fakt, że film ten jest dzisiaj zapomniany! Ze skromnym budżetem i bez popularnych wówczas efektów CGI, Marshall stworzył obraz traktujący o wilkołactwie. Przeciwko lykantropom rzucona zostaje odbywająca w pobliżu ich terenów łowieckich jednostka wojskowa. Prosta fabuła, choć niepozbawiona konspiracyjnych wątków, sprowadza się w rzeczywistości do swoistego remiksu uwielbianej Nocy żywych trupów (1968) ze smoliście czarnym humorem i imponującymi dokonaniami w dziedzinie charakteryzacji. Bo jak już wspomniałem, wilcze pyski oraz pazury to wyłącznie efekt animatroniki. Hektolitrom krwi, tonie ołowiu i połaciom wypalonej ziemi towarzyszą kwieciste riposty wypowiadane w koszarowym stylu przez bohaterów. Na czele ekipy chłopaków z początku bawiących się w wojnę stoi Sean Pertwee (Ukryty Wymiar,1997) oraz jego ideologiczny przeciwnik, Liam Cunningham (Więzy Miłości, 1996), co podnosi tylko rangę tego B-klasowego arcydzieła! Wilkołaki w Dog Soldiers nie zakochują się, nie walczą z wampirami, ani nie są częścią wspólnego wszechświata potworów. Po prostu polują, zabijają i jedzą, wyglądając przy tym odpowiednio strasznie, by zjeżyć włos na plecach nie tracąc nic ze swojego majestatycznego uroku.

Halloween Horror Show V

27/10/2019 Kinomisja Pulp Crew Halloween Horror Show, Inne teksty, Wyliczanka 0 

Szanowne zjawy! Miłe ghule! Już niebawem Halloween! Jeśli planujecie świętować w domu (czy to w samotności, czy w kameralnym towarzystwie bliskich wam stworów), to my już tradycyjnie służymy pomocą w postaci tekstu zbiorczego, w którym opisujemy co bardziej niedoceniane i obskurne perełki kina grozy. Tym razem swoje typy poleca Wam jedenaście humanoidów z głębin, w tym trójka gości: Karolina Graczyk (Mors Dicit), Agnieszka Melcer (Opium) oraz Kamil Rogiński (Drugged by Movies). Zapraszamy!

PS. Obrazek zdobiący dzisiejszy tekst to, rzecz jasna, fragment plakatu do The Beyond (1981) w reżyserii maestro Fulciego.


Oskar Dziki

Kristy reż. Olly Blackburn, 2014

Choć może nakręcony przez Blackburna film nie dotyczy bezpośrednio Halloween (historia rozgrywa się podczas Święta Dziękczynienia), to jego miejsce na liście obrazów wartych obejrzenia tego szczególnego dnia jest zasadna. Kristy wykorzystuje motyw „przypadku” i ubiera go w mrożącą krew w żyłach horrorową otoczkę, która ze skutecznością Lorda Vadera trzyma nas za gardło przez praktycznie cały seans! Justine (Haley Bennett) zmuszona zostaje spędzić czwarty czwartek listopada samotnie na terenie kampusu swojej uczelni. Przyjaciele wrócili do domów, personel ograniczył się do minimum, a okolica stała się placem zabaw dla czwórki zamaskowanych zwyrodnialców, którzy dla zabawy wybierają przypadkowego osoby i wciągają je w przerażającą zabawę w kotka i myszkę. Blackburn nie odkrywa tutaj przysłowiowego koła na nowo, to raczej maglowanie tych samych, sprawdzonych motywów. Poboczne postacie są marginalizowane, fabuła jest prosta i nie mówi nam zbyt wiele, a niektóre ruchy naszej bohaterki wydają się w kontekście całej sytuacji wielce absurdalne. Pomimo tego Kristy emanuje niesamowitą atmosferą czystego, pierwotnego terroru utrzymanego w idealnie wyważonym tempie. Do tego obraz ten, jak na swoje proste założenie, jest wręcz przepięknie nakręcony! Scena, w której bohaterka ukrywa się w uczelnianym basenie po równo zachwyca swoim pięknem, jak i jeży włos na plecach odpowiednią grą na naszych nerwach. Twórcy dość mocno kłaniają się również slasherom z lat 80. i 90. (przez co wybaczyć można wyżej wymienione wady i łyknąć je jako obraną konwencję) dając nam stereotypową bohaterkę w stylu cichej myszki pokazującą prawdziwą wolę przetrwania. Również fakt, że trzon zagrożenia stanowi inna kobieta, jest mile odświeżający. Warto więc sięgnąć po Kristy wtedy, kiedy halloweenowy maraton potrzebować będzie solidnej dawki energii. Bo w końcu to film opowiadający o rozrywce, samemu dostarczając niezliczone jej pokłady!


Karolina Graczyk

The Queen of Black Magic reż. Lilik Sudjio, 1981

Murni nie ma szczęścia w miłości: Kohar, jej niedoszły narzeczony, zmywa się po szybkim numerku w krzakach, a na ślubnym kobiercu staje z inną kobietą. Wesele obfituje w nadprzyrodzone wydarzenia, co wywołuje panikę wśród biesiadników. Pozbawiona godności dziewczyna pada ofiarą sprowokowanego przez pana młodego linczu: jej dom staje w płomieniach, zaś ona sama, oskarżona o uprawianie czarnej magii, zostaje zrzucona z klifu. Cudem przeżywa i trafia do chaty wygnanego z wioski czarownika, który postanawia wytrenować ją w sztukach magicznych, by później wykorzystać do zrealizowania własnego bezlitosnego odwetu. Tak w skrócie przedstawia się fabuła pewnego uroczo nieporadnego, ale unikatowego horroru z Indonezji. Najmocniejszą stroną Królowej czarnej magii są fantastycznie pomysłowe, podlane wysoką dawką gore sceny pomsty. Aż żal zdradzać patenty, którymi Murni wykańcza kolejno swoich wrogów; dość powiedzieć, że jeden z najbardziej efektownych momentów obejmuje wybitnie żywotną głowę oraz fruwające jajko! Jak więc można się domyślić, to film, który do katalogu uniwersalnej grotechy garściami dokłada dziwactwa z lokalnych wierzeń – a efekt jest trudny do zapomnienia. W roli porzuconej dziewczyny, która z kozła ofiarnego przekształca się w mściwą wiedźmę, wystąpiła Suzzanna, twarz indonezyjskiego horroru, w latach 70. wywołująca wiele kontrowersji coraz to odważniejszymi rolami. Szczyptę erotyki można znaleźć i tu, pod postacią zmysłowych fikołków w świetle księżyca czy rozkoszy doznawanej podczas karmienia niemowlęcia. Murni to jednak przede wszystkim dziewczę o dobrym sercu (które wprawdzie nie przeszkadza jej w delektowaniu się krwawą zemstą), zmanipulowane najpierw przez kochanka, a później przez pozornie pomocnego czarownika. Zabawy przy śledzeniu jej drogi co nie miara, a końcowy plot twist rodem z Mody na sukces tylko utwierdza w tym przekonaniu.


Piotr Kuszyński

The Last Man on Earth reż. Sidney Salkow, Ubaldo B. Ragona, 1964

Vincent Price jako ostatni człowiek na Ziemi w pierwszej adaptacji słynnej powieści Richarda Mathesona pod tytułem Jestem legendą. Tajemnicza choroba atakuje Europę, a następnie Stany Zjednoczone zamieniając większość populacji w “wampiry”. Dlaczego w cudzysłowie? A to dlaczego, że stwory te – choć boją się światła, generalnie nie przepadają za czosnkiem i mordowane są za pomocą starego, dobrego osinowego kołka wbitego prosto w zimne serducha – mają wiele wspólnego z późniejszymi żywymi trupami z przełomowego debiutu George’a Romero. Są wolne, w pojedynkę dość słabowite i nieszczególnie inteligentne. Grany przez Price’a dr Robert Morgan to naukowiec, który najprawdopodobniej jest jedyną osobą odporną na zarazę i który całe swoje życie (a raczej pozostałe mu skrawki) poświęca na mordowanie nieprzyjaznych mu umarlaków. Jego codzienność jest wypełniona rutyną: codziennie rano ostrzy nowe kołki, wymienia rozbite lustra na nowe („wampiry” nie znoszą swoich odbić) oraz dba o nowe porcje czosnku. Podróżuje też po mieście w poszukiwaniu kryjówek nieumarłych kreatur, by w korzystnym dla siebie momencie odesłać je na tamten świat.  The Last Man on Earth początkowo jawi się jako niezbyt wyróżniająca się i dość tania ramotka, która jednak z każdą kolejną minutą coraz bardziej porywa widza. Czym? Przede wszystkim wypełnioną pustką i rozpaczą atmosferą, a także tym, jak wspaniale obrazuje stan psychiczny człowieka, który stracił już wszystko.  To film o niezwykle dużych pokładach grozy, która jednak nie pochodzi z elementów nadnaturalnych, a z lęku przed utratą bliskich i brakiem sensu życia. Niezwykle mocna i emocjonująca pozycja w filmografii Vincenta Price’a.


Caligula von Kömuda

Halloween: XXX Porn Parody reż. Jim Powers, 2011

Achtung! Poniższy tekst zawierać może spoilery!

Młody Michael Myers podgląda przez okno, jak jego siostra obściskuje się ze swoim chłopakiem. Po krótkich pieszczotach, para przechodzi do ostrej akcji. Dobrze wychowany chłopiec nie przerywa im, więc młodzi zakochani mają możliwość przerobić połowę pozycji z Kamasutry. Po wszystkim, uszczęśliwiony chłopak zwija manatki, a do akcji wkracza mały Mickey, który bezlitośnie szlachtuje siostrę… Zaraz, zaraz! Wróć! Przecież to nie tak leciało. Czy istnieje jakaś poszerzona wersja uncut Halloween (1978) Johna Carpentera o której wiedzą tylko nieliczni? Nie, ale jest porno przeróbka tego kultowego klasyka, w której gżą się dosłownie wszyscy, wliczając w to doktora Loomisa (Marcus London), który wyznaje słuszną zasadę: najpierw przyjemności z cycatą pielęgniarką (Britney Amber), potem obowiązki. Ba! Tutaj nawet Laurie (Lily LaBeau) ma małe  tête-à-tête (wybaczcie eufemizm…) z Michaelem (skubaniec też musiał zaliczyć). Poza tym jednak twórcy wiernie trzymają się oryginalnej fabuły, a nawet chętnie powtarzają co bardziej pamiętne linie dialogowe (“the blackest eyes…”). Dłuuugaśne (pardon ponownie) interludia kopulacyjne to już zupełnie inna kwestia. Hojnie obdarzone przez chirurga dziewczęta i ich dobrze wyposażeni partnerzy nie należą do pruderyjnych i doskonale wiedzą, co z czym i co do czego. Niewiasty jęczą, sperma tryska, dynia się śmieje. Zakładając, że śmierć nastolatka w slasherze z reguły powiązana jest z seksem/inicjacją, to w tym świecie zamaskowany morderca miałby ręce pełne roboty. Oczywiście, kto widział choćby jedną porno parodię znanego hitu kinowego, ten w zasadzie widział je wszystkie. Żadnej oryginalności tu nie uświadczymy, a od gore twórcy trzymają się w bezpiecznej odległości. Oddać jednak trzeba, że jest to rzecz zrobiona z – nazwijmy to – szacunkiem, przez fanów dla fanów. Nie każdy łyknie (pardon trois!) taką konwencję, a niewprawionego widza tzw. sceny erotyczne szybko zaczną nużyć. Jeśli jednak Drogi Czytelniku jesteś ciekaw, jak wyglądać mogłoby Halloween w wersji hard albo po prostu Święto Duchów poplątało Ci  się z Walentynkami, to śmiało wbijaj na imprezę i wybieraj: landrynka albo psikus.


Michał Mazgaj

Władca życzeń reż. Robert Kurtzman, 1997

Choć jest on jednym z najbardziej ikonicznych twórców kina grozy, Wesa Cravena można określić raczej jako reżysera nierównego. Był on także producentem i produkcje, które reklamował swoim nazwiskiem, również potrafiły prezentować sobą dość wątpliwy poziom. W tym potoku przeciętności jednak znalazło się miejsce dla kultowej perełki, o której sukcesie powinien świadczyć chociażby fakt posiadania aż trzech kontynuacji (niestety każda kolejna coraz gorsza). Władca życzeń opowiada o Dżinie (Andrew Divoff), który przez długi czas był uwięziony w opalowym kamieniu; teraz jednak zostaje wypuszczony na wolność, by spełniać życzenia każdej osoby, którą zdoła skusić. Czyni to, ponieważ dzięki duszom ludzi, które zdoła posiąść i spełnieniu trzech życzeń osoby, która go wypuściła, będzie mógł sprowadzić swoją rasę na Ziemię. Koncept nie wydaje się zbyt odkrywczy, służy jednak autorom to stworzenia prawdziwego mariażu nawiązań do mniej lub bardziej kultowych filmów grozy lat 80. i 90. Dżin, podobnie jak tytułowy bohater filmu Czarnoksiężnik: Armageddon (1993), wykorzystywać będzie swoje magiczne moce, aby uśmiercać kolejne osoby na różne wyszukane sposoby i jedynym, co go ogranicza, jest to, że ktoś musi sobie czegoś zażyczyć. Scenarzystą Władcy życzeń jest Peter Atkins, najbardziej znany ze swojej pracy nad sequelami Hellraisera (1987) i jeżeli ktoś pamięta scenę masakry w nocnym klubie z trzeciej części tego cyklu, to ta pojawia się także tutaj. I to dwa razy! Gratką dla fanów będą też liczne cameo takich aktorów, jak Kane Hodder (odtwórca roli Jasona Vorheesa od 1988 roku), Tony Todd (Candyman (1992)), czy Reggie Bannister (Phantasm (1979)). Co więcej, narratorem w napisach początkowym jest Angus Scrimm (odtwórca roli Tall Mana również z Phantasm), a drugoplanową postać odgrywa sam Freddy Krueger, czyli Robert Englund – a to tylko te najbardziej oczywiste. Władca życzeń ma w zanadrzu także całkiem sporą dawkę brutalnych scen, prezentując chociażby szkielet rozrywający ciało, a także demonicznego złoczyńcę. Wszystko to jednak samo w sobie nie wykracza poza zwykłą rzemieślniczą solidność. I choć całość nie ma w sobie nic komediowego, z powodu tak licznych mrugnięć okiem do fanów gatunku trudno też traktować ją zupełnie poważnie. Film Roberta Kurtzmana będzie gratką dla widzów obytych w gatunku, którzy mogą podczas seansu bawić się w wyłapywanie kolejnych nawiązań  i aktorskich cameo; postrzegać go także można jako swego rodzaju list miłosny do wszystkich wymienionych wyżej filmów. To kombinacja znajomych elementów, która daje radę wytworzyć swoją własną tożsamość, a nawet zaskoczyć widza kilkoma całkiem pomysłowymi rozwiązaniami.


Agnieszka Melcer

W mroku pod schodami reż. Wes Craven, 1991

Na długo przed horrorami Jordana Peele’a, Wes Craven postanowił opowiedzieć historię, w której satyra i ostry komentarz dotyczący klas i ras były równie ważne, co groza i napięcie. Pomysł na W mroku pod schodami narodził się w jego głowie po artykule w gazecie opisującym szanowaną rodzinę trzymającą w piwnicy swoje dzieci. Koszmar wyszedł na jaw po tym, jak sąsiedzi donieśli o parze czarnoskórych włamywaczy widzianych na terenie posesji. Cravenowi spodobała się ironia tej historii: największe zewnętrzne zagrożenie dla sielskiej klasy średniej okazało się kluczem do odkrycia tego o wiele gorszego, tkwiącego w środku zła. Reżyser sprytnie połączył ten wątek ze swoim snem, którego bohaterem był pozornie zwyczajny dom, będący w środku labiryntem sprytnie poukrywanych komnat i przejść. W mroku pod schodami to mocny gatunkowy miszmasz. Mamy tutaj zarówno horror, jak i humor. Jest też nieco gotyckiej melodramy niczym z Kwiatów na poddaszu, ciut zombie klimatów prawie jak u Romero, szaloną rodzinkę jak u Hoopera (aczkolwiek w wersji bardziej light) oraz kino z ciekawym kulturowo-społecznym przesłaniem. W mroku pod schodami to horror gentryfikacyjny – główni złoczyńcy (kazirodcze rodzeństwo, w tej roli znani z Twin Peaks Nadine i Ed czyli Everett McGill i Wendy Robie) to para bezwzględnych właścicieli nieruchomości eksmitujących ubogie społeczności, by potem odsprzedawać kamienice pod grunty przemysłowcom. Ważnym bohaterem tej opowieści jest i sam dom. Film rozgrywa się głównie w jednym miejscu – rezydencji pułapce niczym z fantazji H.H Holmesa. To szalona i energiczna groteska (gwoździem programu jest uzbrojony po zęby McGill, biegający po domu w stroju gimpa) zaserwowana z mnóstwem frajdy, lekkim kampem i obowiązkowo jaskrawo czerwoną jak na tamte czasy krwią.


Marta Płaza

The Tingler reż. William Castle, 1959

Głównym bohaterem filmu jest Dr Warren Chapin (Vincent Price), naukowiec bezgranicznie poświęcony badaniom nad naturą strachu. Pewnego dnia odkrywa, że w momencie największego przerażenia wewnątrz ludzkiego ciała zalęga niebezpieczny pasożyt – tytułowy „mrowiec”. Doktor Warren będzie musiał dociec, w jaki sposób pozbyć się go z organizmu ofiar zanim będzie za późno. Czy można znaleźć lepszy film na Halloween od tego, który opowiada o sile i mocy sprawczej ludzkiego lęku? The Tingler, mimo kuriozalnego pomysłu, jest wyjątkowo pomysłową rozrywką, która przetrwała próbę czasu. Przede wszystkim dzięki świetnie wykreowanemu tytułowemu stworowi, zdjęciowym trikom (sześćdziesiąt lat temu scena z wanną pełną czerwonej krwi (i to w czarno białym filmie!) pewnie niejednemu śniła się po nocach), a nawet burzeniu czwartej ściany, w scenie początkowej, gdzie pierwsze skrzypce gra sam reżyser i w finale, z wyjątkowym ostrzeżeniem Vincenta Price’a. Ciekawą woltą okazało się również przerobienie wątku szalonego naukowca na wątek naukowca, który musi uważać na knujących przeciwko niemu bliskich. William Castle oprócz zadbania o odpowiednią atmosferę we wprowadzeniu  filmu wiedział też, jak właściwie go „sprzedać”. Premierze Tinglera towarzyszyło użycie sztuczki zwanej „Percepto!”. Chodziło o zamontowanie w niektórych fotelach kinowych wibrujących urządzeń które aktywowały się podczas określonych momentów filmu. Brzęczyki te były właściwie niewielkimi silnikami używanymi do odladzania skrzydeł samolotów w czasie II wojny światowej. Koszt użycia takiego sprzętu ostatecznie zwiększył budżet filmu aż o 250 000 dolarów. Dla Castle’a to jednak nadal było mało! Postanowił więc zatrudnić podstawionych widzów, którzy mieli krzyczeć i mdleć na salach kinowych. W holu kina miały znajdować się fałszywe pielęgniarki, a na zewnątrz stała nawet karetka! „Zemdlały” delikwent miał zostać wyniesiony na noszach i zabrany w karetce po to, aby wrócić na następny pokaz. Całe to oszustwo wpisywało się idealnie w myśl przewodnią filmu:  pamiętajcie, krzyk w odpowiednim momencie może uratować Wam życie!


Kamil Rogiński

Howling 2: Your Sister is a Werewolf reż. Philippe Mora, 1985

The Howling (1981) w reżyserii Joego Dante to  jeden z lepszych filmów o wilkołakach i horrorów w ogóle. Czym jest zatem powstałe cztery lata później Howling 2 (znane z takimi podtytułami jak Your Sister is a Werewolf oraz Stirba – Werewolf Bitch)? Dla wielu – fatalnym sequelem plującym na wszystko, czym był pierwowzór. Powodem do zażenowania dla Christophera Lee (grającego tutaj u boku… Reba Browna; takie połączenia zdarzają się raz na milenium), który później przepraszał Dantego za ten wybryk na planie Gremlins 2 (1990). Większość natomiast zdaje się nie zauważać, że to przede wszystkim doskonała rozrywka. Trudno się nie zakochać w filmie o wilkołakach, gdzie stroje monstrów to przerobione kostiumy z Planety małp (ku pierwotnemu przerażeniu reżysera, gdy otrzymał je od studia), akcja rozgrywa się w udającej Transylwanię Czechosłowacji, a  przez cały czas przygrywa powtarzający się i wwieracający w uszy new-wave’owy utwór stworzonego na potrzeby produkcji zespołu Steve Parsons & Babel. Mieszanka wybuchowa, która pomimo licznych niedociągnięć, dziwactw i śmiesznostek wręcz ocieka niepowtarzalnym klimatem (w tym, przez miejsce akcji, dziwnie nostalgicznym i swojskim). Po latach sam Philippe Mora przyznał, że film w założeniu miał mieć nieco absurdalny ton. Ile w tym prawdy, a ile poddania się opinii publiki – ciężko odpowiedzieć. Tak jak ciężko odpowiedzieć na zadane powyżej pytanie: Czym jest Howling 2? Dziełem szaleńca, zamierzonym kiczem etc.? Tego nigdy się nie dowiemy. Wiadomo natomiast, że to kupa dobrej zabawy, idealnej na halloweenowy wieczór i nie tylko.


Antoni Urbanowicz

Nocne zjawy reż. Peter Graham Scott, 1962

Oto przed wami miasteczko Dymchurch. Żywot tutaj wydaje się być całkiem przyjemny jak na realia XVIII-wiecznej Anglii. Jednakże pojawiają się złowrogie pogłoski o nielegalnym przemycie dużej ilości alkoholu z miasteczka do Francji, a na okolicznych bagnach zalęgła się właśnie nieczysta moc, która objawia się pod postacią jeżdżących konno szkieletów. W dodatku lokalny wielebny posiada twarz Petera Cushinga, co zwykle nie oznacza niczego dobrego. Nocne zjawy to stosunkowo mało znany hammerek, którego raczej nie odnajdziemy w rankingach najbardziej znanych czy najlepszych produkcji owej wytwórni. Zupełnie niesłusznie, choć z góry uprzedzam, że nie jest to stricte horror w standardowym rozumieniu tego słowa, ale na święto dyni będzie się jak najbardziej nadawać. Otóż film stanowi niecodzienny mariaż thrillera z gotyckim kinem grozy i… filmem awanturniczym o piratach! Taka niecodzienna mieszanka ukazuje, jak cudownym zjawiskiem potrafił być Hammer w swoim złotym okresie twórczości, oraz to, że to brytyjskie studio to nie tylko wampiry czy mumie, ale także spora liczba produkcji wybijających się z klasycznego schematu. Nocne zjawy dobrze wykonują swoją robotę. Film wciąga nas w swoją przemytniczą intrygę, mimo iż jej rozwiązanie wydaje się być nad wyraz oczywiste i szczerze wątpię, żeby jakikolwiek współczesny widz mógł zareagować autentycznym zdziwieniem na końcowy twist fabularny. Ale kto by się przejmował takimi niuansami, skoro dostajemy tak gęstą gotycką atmosferę, posępne bagniska i szkieletory! No i Petera Cushinga, który wydaje się tak bardzo radować swoją rolą, że nie sposób się nie uśmiechnąć na jego widok do ekranu.


Wongo

The Masked Thief reż. Mario Bianchi, 1971

Unikatowy spaghetti-western z motywem celebracji Święta Duchów oraz kluczową dla fabuły postacią mordercy w halloweenowej masce. Gwoli ścisłości mamy tu do czynienia z osadzonym na Dzikim Zachodzie mariażem giallo i westernu, ze wskazaniem raczej na to pierwsze. Typowych dla spag-westu widowiskowych atrakcji nie uświadczymy zbyt wiele. Sceny strzelanin, o ile się pojawiają, są pozbawione inscenizacyjnego polotu, dominuje natomiast intryga kryminalna. Rzecz rozpoczyna się charakterystycznym dla twórcy mocnym, ekscentrycznym akcentem – oto grupa przebranych w damskie fatałaszki oprychów dokonuje napadu na pasażerów dyliżansu, zaś ukoronowanie przestępstwa stanowi akt gwałtu na pewnej hożej blondynce, którego dopuszcza się herszt owej bandy, Cassidy (Craig Hill we wcieleniu demonicznym). Następnie fabuła przeskakuje o parę lat, do zakurzonej mieściny, w której funkcję szeryfa sprawuje brat-bliźniak wspominanego złoczyńcy, Bill Nolan (Craig Hill w wydaniu szlachetnym). Pojawienie się w miasteczku przygotowującego napad na bank złego brata wpędzi szeryfa w srogie kłopoty, do akcji wkroczy również tajemniczy osobnik skrywający tożsamość pod kapturem oraz skórzaną maską. Modus operandi posługującego się nożem mordercy jest tutaj typowy dla włoskiego kina spod znaku czarnych rękawiczek, natomiast scena zdobycia maski i związanego z tym zabójstwa wygląda jak żywcem wyrwana z późniejszych amerykańskich teen slasherów. Podobnie prekognicyjne skojarzenia może nasuwać należycie zagęszczony finał – rozegrany na tle kostiumowego balu w noc Halloween, z mordercą przemykającym wśród tłumu przebierańców… The Masked Thief, znany także pod mniej lakonicznym, ale jakże uroczym tytułem In the Name of the Father, of the Son and of the Colt to reżyserski debiut Maria Bianchiego. Wprawdzie trudno zaliczyć tego twórcę w poczet najważniejszych – i najzdolniejszych – autorów włoskiego kina gatunkowego, niemniej rozsmakowany w grindhouse’owych delicjach widz znajdzie w jego filmografii sowitą porcję łakoci. Bianchi to prawdziwy stachanowiec śmiecio-pulpy, który niedobory budżetowe oraz własne braki warsztatowe rekompensował pomysłowością i niekonwencjonalnymi połączeniami gatunkowymi. Czego najlepszym przykładem będzie jego kolejny giallo-western Kill the Poker Player (1972), tym razem dodatkowo okraszony elementami animal attack, z udziałem zarówno żywych, jak i chałupniczo spreparowanych węży (polecam jako double feature). Pozostając jeszcze na Dzikim Zachodzie nakręcił również ultra-brutalny (może wręcz TEN najbrutalniejszy?) spag-west Fast Hand Is Still My Name (1973), istny festiwal tortur i poniżenia z próbującym prześcignąć Klausa Kinskiego Williamem Bergerem jako mistrzem ceremonii (polecam jak jasna cholera!).


Marcin Zembrzuski

The Erotic Rites of Frankenstein reż. Jesus Franco,1973

Erotyczne obrzędy Frankensteina to film, który potrafi zadziwić bynajmniej nie tylko swoim tytułem. Rzecz obskurna, upiorna i solidnie przegięta, stanowi nietuzinkową wariację na temat tworu Mary Shelley. Dość powiedzieć, że podobieństwa do słynnej powieści kończą się właściwie wraz z pierwszą sceną, kiedy to tuż po ożywieniu swojego monstrum doktor Frankenstein zostaje zamordowany przez demonicznego Cagliostro – (bazującego na autentycznym włoskim alchemiku) hipnotyzera, który kilkaset lat po swojej śmierci wraca na Ziemię z zamiarem stworzenia armii nadludzi. Mając ze sobą grupę wyznawców, w tym potężną Melissę – pół-kobietę, pół-ptaka (!!!) żywiącego się mięsem przedstawicieli płci brzydkiej – Cagliostro porywa monstrum do swoich niecnych planów. Na miejscu zbrodni wkrótce zjawia się jednak Vera Frankenstein, córka naukowca, która ożywia na chwilę swojego ojca (nic prostszego, można odnieść wrażenie). Dowiedziawszy się, kto stoi za jego zgonem, obiecuje pomścić go, odzyskać dzieło jego życia oraz kontynuować eksperymenty na kolejnych truposzach. Wbrew pozorom, film nie zamienia się wtedy w horrorowe kino zemsty czy cokolwiek podobnego, gdyż jego cokolwiek chaotyczna narracja oraz surrealne rysy fabuły nigdy na to nie pozwalają. Zamiast tego kontrowersyjny reżyser stawia na kreowanie atmosfery koszmaru sennego oraz erotyzowanie opowieści ujęciami, w których podziwia kobiece piersi oraz łona (Franco nie byłby też sobą, gdyby nie zaprezentował sceny biczowania, oczywiście jak żywcem wyjętej z BDSM-owej fantazji). Szkoda, że w niejednej scenie w oczy rzuca się niski budżet, za sprawą którego film jest nie tylko popisem szalonej wyobraźni hiszpańskiego twórcy (który monstrum zdaje się stylizować na golema,  a po fabularne inspiracje sięga również do kultowej Narzeczonej Frankensteina (1935)), ale też swoistym pokazem tandety bądź tanizny (uboga charakteryzacja Melissy, regularne dublowanie ujęć w scenach prezentujących zamaskowanych wyznawców Cagliostro). Niemniej, to ciągle dobra propozycja na halloweenowy wieczorek. Ekscentryczna i po brzegi wypełniona psychodeliczną muzyką, każdemu zjadaczowi śmiecio-pulpy powinna przynieść przyjemny celuloidowy odlot.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi. Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōk...

Kamikaze (2013). Wieczne zero

 Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato ( Uchū senkan Yamato , 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu ( Ritana , 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze ( Eien no Zero [ Wieczne Zero ]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za...

Na celowniku

  Na celowniku: John Carpenter 13/08/2017 Kinomisja Pulp Crew Na celowniku , Wyliczanka 1   Fan art autorstwa Tylera Championa.  Szanowni pulpożercy! Dziś rozpoczynamy nowy kinomisyjny cykl tekstów zbiorowych, w którym przyglądać się będziemy wybranym reżyserom kina gatunków. Nie zamierzamy tu przerabiać całych filmografii, lecz skupiać się na naszym zdaniem najlepszych, najciekawszych czy po prostu z jakichś powodów najbardziej przez nas lubianych tytułach. Zaczynamy od znanego, a jednak często pechowego i niedocenianego Johna Carpentera, ponieważ wielbić go trzeba i basta! Łącznie tekst napisało trzynaście osób, w tym, tradycyjnie, trochę gości, a są to tym razem: Jakub Górecki ( Pulp Punk ), Kuba Haczek ( The Blog That Screamed ), Patryk Karwowski ( Po napisach ), Michał Mazgaj , Sara Nowicka ( Kino w zwolnionym tempie ), Piotr Pluciński ( Pop Glitch ) oraz Kamil Rogiński ( Drugged by Movies ). Każdy wybrał sobie po jednym filmie do publicznej podjarki, co oznacza, ...