Przejdź do głównej zawartości

Gundala (2019). Syn błyskawicy wkracza do akcji

Najprawdopodobniej wszyscy czytelnicy Kinomisji słyszeli o czymś takim, jak Marvel Cinematic Universe zamieszkiwanym przez superbohaterów znanych z kart komiksów wydawanych przez Marvela. MCU nie jest jednak jedynym tego typu uniwersum na świecie i pisząc te słowa nie mam bynajmniej na myśli pokracznego DC Extended Universe, lecz BumiLangit Cinematic Universe, czyli świat superherosów z Indonezji, który zawitał na ekranach kin w 2019 roku.

Komiksowi nadludzie debiutowali w Indonezji już w latach 50., najpierw stając się istotną przeciwwagą dla herosów z DC, a później z Marvel Comics. Indonezyjscy twórcy podczas wymyślania kolejnych zamaskowanych stróżów sprawiedliwości garściami czerpali inspiracje z amerykańskich wzorców, lecz wiedzieli, że zwykłe kopie nie mają szans na długotrwałą rywalizację z ikonami pokroju Supermana czy Kapitana Ameryki. Stąd też w swoich pomysłach uwzględniali mentalność, mitologię i społeczno-polityczny stan własnego państwa. Podobną taktykę obrali także współcześni autorzy kinowej wersji komiksowego wszechświata: ściągnięto liczne pomysły od wiodącego na arenie kinowych uniwersów Marvela, lecz dostosowano je do indonezyjskich realiów, zachowując przy tym uniwersalny wydźwięk dotyczący najważniejszych wartości. Natychmiast też zapowiedziano nie jedną, a osiem produkcji, tworzących swoistą pierwszą fazę uniwersum.

Filmem rozpoczynającym BCU jest zeszłoroczny Gundala, napisany i wyreżyserowany przez Joko Anwara, znanego prymarnie z licznych horrorów, np. Dead Time: Kala (2007) czy Sług diabła (Pengabdi Setan, 2017). Podążając za wzorem MCU, jak też czerpiąc inspiracje z kina superbohaterskiego w ogóle, wykorzystał on szereg rozwiązań, jakie sprawdziły się wcześniej w hollywoodzkich produkcjach. Anwar wprowadza zatem nowego herosa przechodząc przez wszystkie standardowe tropy gatunku: tragiczne dzieciństwo, początkową niechęć do angażowania się w walkę o innych, komediowe scenki podczas tworzenia pierwszego kostiumu, poznanie atrakcyjnej partnerki (której oczywiście zawierzy swoją tożsamość) i wiele więcej. Nie zabraknie także klasycznej dla nurtu finalnej sceny, gdy tytułowy bohater stoi na dachu budynku i patrzy z góry na „swoje” miasto.

Równocześnie z progresją głównych wątków, Anwar buduje w tle całe uniwersum. Nie wyjaśnia w pełni pochodzenia mocy protagonisty; zamiast tego wskazuje, że jest to kwestia, jaką pełniej omówi w przyszłości. Stąd też postanowił zmienić tytuł produkcji z pierwotnego Gundala, Putra Petir, czyli „Gundala, syn błyskawicy”, na sugerujący niedokończoną genezę Gundala. Ten posiadający nadludzkie siłę, wytrzymałość i potrafiący unosić się w powietrzu, strzelać piorunami oraz generować na wielkich obszarach kruszące stal drgania superbohater został stworzony w 1969 roku przez Haryego Suryaminatę i prędko zyskał popularność. Nie dziwi więc, że to on został wybrany na bohatera, który ma być odpowiedzialny za zjednoczenie innych herosów. Jako że rozpoczyna swoją krucjatę będąc samotnym wojownikiem o sprawiedliwość, nie obędzie się bez pomocy większej organizacji. W sukurs przychodzi mu zatem grupa składająca się z polityków, naukowców i reporterów, potajemnie zwalczająca przestępczość i korupcję w kraju. Skojarzenia z S.H.I.E.L.D. są oczywiste, acz indonezyjska wersja instytucji jest znacznie gorzej przygotowana do działania niż amerykańska.

Nie zabrakło tu także epizodycznego występu innego superbohatera. Debiutująca na kartach komiksów w 1954 roku superheroina Sri Asih potrafi latać, klonować się i jest mistrzynią sztuk walki. W Gundali dokonuje co prawda tylko jednego niezwykłego czynu, lecz w obligatoryjnej scenie w trakcie napisów końcowych zapowiedziany zostaje jej rychły powrót, co ostatecznie potwierdza, że mamy do czynienia z większym uniwersum. Ponadto sąsiadka protagonisty Wulan (Tara Basro) w komiksach posiada zamaskowaną tożsamość Merpati. Z materiałów promocyjnych BCU wiemy, że tylko kwestią czasu jest nim zobaczymy Tarę Basro w pełnym kostiumie. Ostatnim – choć moja nieznajomość indonezyjskich komiksów każe przypuszczać, że wiele przeoczyłem – spoiwem scalającym Gundalę z przyszłymi filmami jest umieszczony w tle wątek potężnego, wprowadzanego na wzór Thanosa antycznego złoczyńcy Ki Wilawuka, który póki co nie robi wiele więcej ponad ogłoszenie, że zbliża się wielka wojna.

Tyle w kwestii podobieństw, przyjrzyjmy się zatem, czym Gundala różni się od amerykańskich herosów. Po pierwsze, cechuje się zupełnie innym podejściem do scen akcji. W tytułowego bohatera wcielił się Abimana Aryasatya, który wcześniej pojawił się choćby w krwawym akcyjniaku Przychodzi po nas noc (The Night Comes For Us, Timo Tjahjanto, 2018). Nie jest więc zaskoczeniem, że produkcja kontynuuje tradycje współczesnej szkoły indonezyjskiego kina akcji, prezentując przede wszystkim szybkie, skomplikowane choreografie sztuk walki, w zdecydowanej większości wykonywane przez samych aktorów. Autorem tychże choreografii jest Cecep Arif Rahman, znamy głównie z pamiętnego pojedynku z Iko Uwaisem w The Raid 2: Infiltracja (2014). Rahman pojawia się też w filmie jako jedna z negatywnych postaci, w tym dwa razy ściera się z protagonistą. Jedynymi mankamentami scen akcji są częsty brak poczucia energii uderzeń oraz okazjonalne utraty dynamiczności niektórych wymian ciosów. Nieco ciekawsze pozycjonowanie kamery i kilka montażowych sztuczek zdecydowanie poprawiłoby walory zaprezentowanych bijatyk. Mimo tego trzeba je pochwalić za spore zróżnicowanie, stworzenie osobnych stylów dla poszczególnych postaci oraz za fakt, że Anwar nie wymachuje kamerą i pozwala widzowi w pełni obejrzeć wszystkie techniki i ataki. Ponadto, w jednym z wywiadów reżyser wyjaśniał, że pierwotnie sekwencje akcji miały być bardziej rozbudowane i filmowane z większej ilości kamer, lecz z powodu ograniczeń budżetowych, czasowych i technicznych nie udało się zrealizować wszystkich zamierzeń. W tym kontekście wypada podkreślić fakt, że większość fizycznych i wcale skomplikowanych starć była kręcona za pomocą ledwie kilku ujęć, zmuszających aktorów do zapamiętania i wykonania sporej gamy ruchów jednorazowo, co nigdy nie jest łatwym zadaniem. Dzięki komercyjnemu sukcesowi Gundali w Indonezji kolejne produkcje BCU mają do dyspozycji większe budżety, stąd można mieć uzasadnione nadzieje, że następne pozycje z serii będą coraz lepsze.

Fabularnie – przypominając wart rekomendacji indyjski film Bhavesh Joshi Superhero (Vikramaditya Motwane, 2018) – Gundala jest głęboko zakorzeniony w prawdziwej sytuacji społecznej kraju. Skorumpowana władza na usługach mafii, gangi i przestępcy żerujący na biednych, bogaci wyzyskujący niższe warstwy społeczne, niedająca sobie rady z utrzymaniem porządku policja, właściciele fabryk niezapewniający godziwych warunków i płacy robotnikom – Gundala mniej lub bardziej pobieżnie przedstawia wszystkie te problemy; problemy całkowicie realne, jakim na co dzień stawiają czoła mieszkańcy kraju. Superbohater nie rusza zatem do walki przeciw wydumanemu złoczyńcy czy motywowany faktem, że przypadkowy przestępca zabił członków jego rodziny, bo choć takowi się pojawiają, to nie oni odpowiadają za prymarną motywację bohatera do walki. Tę stanowi chęć poprawy opłakanej sytuacji kraju, który znajduje się na krawędzi popadnięcia w chaos. Twórcy nie muszą zatem tworzyć fikcyjnego miasta na wzór Gotham City, lecz mogą umieścić akcję w prawdziwej Indonezji. Bowiem choć faktem jest, że poziom przestępczości powoli, acz stabilnie maleje, to wciąż jest to kraj dość wysokiego ryzyka ulicznej przemocy i szeroko rozpowszechnionej korupcji. Gundala jako postać zostaje więc wykreowany jako symbol nadziei na lepsze jutro w kraju, na motywację do zjednoczenia się - szczególnie młodych - obywateli do walki przeciw ogólnie pojętej przestępczości.

Niestety twórcom z pewną trudnością przychodzi przepisanie tych wszystkich ambicji na ekran, czemu winny jest przede wszystkim scenariusz. Choć bowiem Anwar udanie umieszcza genezę bohatera w ramach krajowych problemów, to przeciąga wątek jego dzieciństwa zbyt długo. Zupełnie odwrotnie zaś podchodzi do genezy Pengkora (Bront Palarae) – głównego antagonisty Gundali. Aby dokonać jego introdukcji korzysta z fabularnych pretekstów i nadto ekspozycyjnych dialogów, uzupełnianych krótkimi retrospekcjami. Nie tylko zaburza to tok narracji, lecz także psuje obraz Pangkora jako zniekształconego odbicia Gundali: obaj mieli bohaterskich ojców, zabitych z powodu zdrady przyjaciół, obaj stracili całą rodzinę i obaj zostali pozostawieni na pastwę losu w państwie, które nie przejmuje się ani najmłodszymi, ani biednymi obywatelami. Zamiast wprowadzać niedokończone wątki w dziecięcej części genezy protagonisty i wymyślać pokraczne wymówki do przedstawienia wczesnych lat antagonisty, zdecydowanie lepszym pomysłem byłoby zaprezentowanie dzieciństwa obu postaci równocześnie. Gdybyśmy od początku oglądali ich odmienne sposoby radzenia sobie z podobnymi problemami i ich przeciwstawne ścieżki życiowe, jako widzowie nie tylko bylibyśmy silniej emocjonalnie zaangażowani w ich losy, ale i sam film pozbyłby się powracającego co pewien czas wrażenia przypadkowości zaprezentowanych zdarzeń. Drugim, największym problemem fabularnym jest niesatysfakcjonujący finał. Ostatnia scena akcji to grupowa walka Gundali z zabójcami Pengkora, która choć prezentuje się atrakcyjnie, zostaje zbyt gwałtownie urwana. Co więcej, produkcja jeszcze po niej trwa, gdyż bohater wciąż musi uratować pokaźną liczbę zagrożonych obywateli, a reżyser rozrzucić ostatnie cliffhangery. Sprawia to, że widz zostaje pozostawiony z wrażeniem, że obejrzał po prostu kolejną scenę akcji i gdy na ekranie zaczynają przewijać się napisy końcowe, zamiast katharsis czuje spory niedosyt.

Ostatecznie więc Gundala jest filmem, którego serce znajduje się w odpowiednim miejscu, ale który nie potrafi w pełni wykorzystać posiadanego potencjału. Jako start nowego uniwersum jest nieco rozczarowujący, lecz równocześnie wystarczająco intrygujący bym chciał obejrzeć jak potoczą się dalsze losy bohaterów BCU. Ponadto jako punkt pośredni między współczesnym indonezyjskim kinem sztuk walki a kinem superbohaterskim rodem z Hollywood prezentuje się co najmniej intrygująco, a jeśli obietnice twórców co do zwyżkowej jakości kolejnych pozycji w serii się sprawdzą, to Gundalę będzie można postrzegać jako początek nowego rozdziału w historii ichniego kina, nie tylko akcji. W komiksowym świecie BumiLangit żyje ponad 1100 zamaskowanych postaci, więc na brak materiału twórcy jego kinowej wersji narzekać nie mogą. Liczę, że dadzą one odpór dominacji amerykańskich wersji herosów, jeśli nie na świecie, to przynajmniej w rodzimej Indonezji.

PS Przyszłe pozycje BCU zapowiadają się dość interesująco. Timo Tjahjanto ma reżyserować Si Uta Dari Gua Hantu (Niewidomy wojownik z jaskini duchów/widmowej jaskini), gdzie tytułowa postać będzie nosiła twarz Iko Uwaisa. Ekipa Uwaisa zajmuje się obecnie treningiem Pevity Pearce, która wciela się w superbohaterkę Sri Asih. Odgrywający główną rolę w Przychodzi po nas noc Joe Taslim został obsadzony jako tytułowa postać w Mandali, zaś Hannah Al Rashid - także mająca za sobą udany występ w Przychodzi po nas noc - założy maskę Camary. Dodam też, że w tworzenie kinowego uniwersum oprócz Joko Anwara są zaangażowani producenci Przychodzi po nas noc, obu Raidów (Gareth Evans, 2011 i 2014) czy Headshota (Timo Tjahjanto, 2016).

PPS Warto również wspomnieć, iż nie jest to jedyne superbohaterskie uniwersum kinowe, jakie obecnie powstaje w tym kraju. Na grudzień zaplanowana jest premiera Satria Dewa: Gatotkata w reżyserii Hanunga Bramatyo, pierwszego filmu osadzonego w uniwersum Satria Dewa, w ramach którego już zapowiedziano listę produkcji sięgającą 2027 roku. W przeciwieństwie jednak do BumiLangit, Satria Dewa nie bazuje na komiksach; zaczyna życie na kinowych ekranach, a dopiero później ma być rozwijana na kartach komiksów i w innych mediach. Nie zmienia to faktu, że również w dużej mierze będzie skupiać się na sztukach walki, o czym świadczy nie tylko opublikowany teaser, ale również obecność Cecepa Arifa Rahmana wśród ekipy odpowiadającej za sceny akcji.

Autor: Mateusz R. Orzech.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi. Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōk...

Kamikaze (2013). Wieczne zero

 Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato ( Uchū senkan Yamato , 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu ( Ritana , 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze ( Eien no Zero [ Wieczne Zero ]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za...

Na celowniku

  Na celowniku: John Carpenter 13/08/2017 Kinomisja Pulp Crew Na celowniku , Wyliczanka 1   Fan art autorstwa Tylera Championa.  Szanowni pulpożercy! Dziś rozpoczynamy nowy kinomisyjny cykl tekstów zbiorowych, w którym przyglądać się będziemy wybranym reżyserom kina gatunków. Nie zamierzamy tu przerabiać całych filmografii, lecz skupiać się na naszym zdaniem najlepszych, najciekawszych czy po prostu z jakichś powodów najbardziej przez nas lubianych tytułach. Zaczynamy od znanego, a jednak często pechowego i niedocenianego Johna Carpentera, ponieważ wielbić go trzeba i basta! Łącznie tekst napisało trzynaście osób, w tym, tradycyjnie, trochę gości, a są to tym razem: Jakub Górecki ( Pulp Punk ), Kuba Haczek ( The Blog That Screamed ), Patryk Karwowski ( Po napisach ), Michał Mazgaj , Sara Nowicka ( Kino w zwolnionym tempie ), Piotr Pluciński ( Pop Glitch ) oraz Kamil Rogiński ( Drugged by Movies ). Każdy wybrał sobie po jednym filmie do publicznej podjarki, co oznacza, ...