Przejdź do głównej zawartości

Genocide (1968). Japonia, Ameryka, komuniści i owady

Kazui Nihonmatsu zapisał się na kartach filmowej historii przede wszystkim jako reżyser The X from Outer Space (Uchū daikaijū Girara, 1967) – kuriozalnej próby zaistnienia studia Shochiku w nurcie kaijū eiga. Nurt ten jednak był zdominowany przez Toho, gdzie rezydowały Godzilla, Mothra, Rodan i inne monstra. Jedynie studiu Daiei udało się na dłużej nawiązać rywalizację z Toho, a to dzięki serii o Gamerze. Popularność gigantycznego żółwia wśród dziecięcej widowni wiązała się z postępującą infantylizacją kolejnych starć Gamery z coraz bardziej wymyślnymi potworami, które ściągały przed ekrany niemałą publiczność. Chęć łatwego zarobku na młodym widzu sprawiła, że zdziecinniała również Godzilla, co wynikło najgorszym filmem w serii: Rewanż Godzilli (Gojira, Minira, Gabara: Oru kaijū daishingeki, Ishirō Honda, 1970). The X from Outer Space powstał na fali tej właśnie mody w kinie tokusatsu. Studio Shochiku swoją dziwaczną kreaturą nie miało jednak szans na osiągnięcie sukcesu na arenie gigantycznych potworów, toteż z pomocą pana Nihonmatsu zdecydowało się ruszyć w odwrotnym kierunku. Ta decyzja wynikła m.in. Genocide (Konchū daisensō; japoński tytuł dosłownie znaczy "wielka wojna owadów"), czyli drugą produkcją w karierze Nihonmatsu, duchowo znacznie bliższą zrealizowanemu w tym samym roku Goke, Body Snatcher from Hell (Kyūketsuki gokemidoro, Hajime Satō) niż coraz bardziej zdziecinniałym fantastykom konkurencji.

Genocide rozpoczyna się od scen przedstawiających przelot wojskowego samolotu, który niespodziewanie natrafia na chmarę owadów przemierzających niebo na niezwykłej dla nich wysokości. Już podczas otwierających scen zostaje zaznaczona wyraźnie antywojenna myśl, dominująca w produkcji. Jeden z żołnierzy zaczyna szaleć z powodu dźwięku stukającego w okna insekta. Pod wpływem uderzeń maleńkiego ciała ujawnia się nadzwyczaj silna wojenna trauma mężczyzny. Jest ona akcentowana – w dość groteskowej sekwencji – pojawiającymi się na ekranie scenami z drugiej wojny światowej, pokazywanymi na przemian z ujęciami wrzeszczącego żołnierza i stukającego robaka. Niedługo potem samolot spada na ziemię, a piloci wraz z ładunkiem ratują się za pomocą spadochronów. Świadkiem katastrofy jest Joji, mężczyzna trudniący się zbieraniem rzadkich owadów i wysyłaniem ich do Tokijskiego Instytutu. Joji w momencie wypadku przebywał w okolicy ze swoją zagraniczną kochanką. Mężczyzna prędko rusza na miejsce zdarzenia, lecz nie jest w stanie nikogo znaleźć, zamiast tego natrafia tylko na zegarek jednego z żołnierzy. Niespodziewane znalezisko postanawia zaś czym prędzej sprzedać. Pilotów tymczasem odszukuje amerykańska armia – niestety niemal wszyscy są martwi. Przeżył jedynie znajomy widzom załogant oszalały z powodu koszmarnych przeżyć. Teraz do jego wojennej traumy dołączyła nowa, co nie tylko potwierdza fakt, że widmo wojny wciąż jest dla twórców Genocide aktualne, ale także wzmacnia pozycję owadów w filmie jako symbolu wojny. Armia w atak insektów oczywiście nie wierzy, przez co głównym podejrzanym o dokonanie morderstw staje się Joji, ukrywający prawdziwe powody przebywania na miejscu wypadku z wiadomych względów. Aby pomóc mężowi, żona Jojiego sprowadza z Tokio naukowca, który otrzymywał od pechowego mężczyzny owady. Postanawia on udowodnić niewinność swojego kolegi i wykazać winę insektów. Niestety, nikt nie chce uwierzyć w jego doniesienia. Sprawy dodatkowo się komplikują, gdy wychodzi na jaw, że w okolicy funkcjonuje komunistyczna siatka szpiegowska, próbująca wykraść tajną zawartość zniszczonego samolotu: bombę atomową.

Choć w zamierzeniu jest to produkcja opowiadająca o ataku owadów, to jej twórcy mniej skupiają się na szarżach rozjuszonych insektów, które atakują tu widzów na dziesięć lat przed amerykańskim Rojem (The Swarm, Irwin Allen, 1978), a bardziej na relacjach między USA, Japonią i komunistycznymi terrorystami. Co kilka scen na powierzchnię wyłaniają się niesnaski spowodowane wojennymi zaszłościami. Głównodowodzący amerykańskimi siłami w poszukiwaniu bomby na niemal każde pytanie reaguje wybuchami agresji i podejrzeniami o szpiegostwo. Nawet najszczersze chęci w jego oczach mają antyamerykańskie podłoże, cechuje go przy tym nie tylko paranoja, lecz również zimna kalkulacja, brak poszanowania dla ludzkiego życia i arogancja. Ostatecznie okaże się, że nie zawaha się zabić wszystkich mieszkańców wyspy, na której rozgrywa się akcja filmu, byleby tylko utrzymać tajemnicę militarną i zapewnić przetrwanie wybranym. Jeszcze gorsza okazuje się być szefowa siatki szpiegowskiej, pragnąca wykorzystać rozjuszone owady do masowej eksterminacji ludzi.

Genocide prezentuje tym samym mocno negatywny wizerunek osób spoza Japonii, szczególnie zaś z Ameryki. Ta japońsko-amerykańska niekompatybilność widoczna już była w The X from Outer Space, jednak w omawianej produkcji zajmuje ona zdecydowanie wiele więcej miejsca. Stany Zjednoczone są tu ukazane jako skrajnie egoistyczne państwo, co zostaje podkreślone ponowną obecnością amerykańskiej bomby nuklearnej na terenie Japonii. Komuniści są tu zaś zredukowani do destruktywnych szaleńców, pragnących jedynie siać śmierć i zniszczenie. Twórcy starają się jednak odrobinę osłabić to jednostronne obrazowanie narodów. Czynią to poprzez umieszczenie amerykańskiego żołnierza, wolącego popełnić samobójstwo, niż zdetonować bombę, oraz poprzez przedstawienie Japończyków szpiegujących dla komunistów. Te zabiegi nie są w stanie jednak ukryć, po czyjej stronie opowiadają się twórcy filmu.

Głównym tematem produkcji jest jednakże strach przed nawrotem zbrojnego konfliktu, a przede wszystkim strach przed ponownym użyciem broni nuklearnej wobec Japonii. Genocide jest wyraźnie filmem swoich czasów, powstałym w cieniu lęku przed atomowymi grzybami, który nastał w Japonii za sprawą drugiej wojny światowej oraz – przede wszystkim – w cieniu zwiększającego się napięcia na arenie międzynarodowej. Film w nieco naiwny, lecz równocześnie bardzo wyrazisty sposób wyraża swoje obawy. Ponadto dotyka również bardziej ogólnych tematów. Genocide przedstawia bowiem nie tylko dwa narody, które nie mogą dojść do porozumienia, opisuje także ludzkość, która nie potrafi szanować świata, w którym żyje. W tej kwestii produkcja nie oszczędza nikogo, nieistotne więc czy są to Amerykanie, Japończycy czy komuniści – wszyscy każdego dnia niszczą własną planetę. Owady szalejące w filmie nie są ostatecznie złym potworem, chcącym zagłady ludzkości, tylko zemstą natury, jej zabezpieczeniem przed dalszym postępem zniszczeń oraz kontratakiem na ludzkiego agresora. W nieco kuriozalnej scenie naukowiec, który umysłem połączył się z kolektywną świadomością insektów, wprost wyraża ich obawy przed człowiekiem, jego czynami i – przede wszystkim – niemal paniczny strach przed bombą atomową.

Nihonmatsu mimo skręcania w stronę kiczowatej groteski i żonglowania zdecydowanie zbyt wieloma wątkami, prezentowanymi często w psychodelicznych sekwencjach, w rzeczywistości kreśli tu obraz pełen mrocznych barw i pesymistycznych odcieni. Choć nie brak tu chaosu i okazjonalnego popadania w naiwności, to produkcja dość sprawnie utrzymuje wszystko w gatunkowych ryzach monster movies. Tak jak we wspomnianym Goke, Body Snatcher from Hell, tak i tutaj ludzkość schodzi na samo dno, a niemal wszystkie wydarzenia mają charakter alegoryczny. Może więc obserwujemy w Genocide życie małej wysepki, lecz nie mamy wątpliwości, że to właśnie tutaj zaczyna się początek końca całej ludzkości. Dzięki temu Nihonmatsu mimo wszystko nie zaprasza widza na infantylną zabawę kartonowymi miastami i wielkimi potworami z kosmosu, tylko stara się zaprezentować grozę jak najbardziej nam bliską i znajdująca się w naszym bezpośrednim otoczeniu. Katastroficzny wydźwięk filmu rozbrzmiewa już w pierwszych sekundach i pozostaje niezmącony aż do ostatnich chwil. Czy jest to upadek wiary w człowieczeństwo czy fantasmagoryczny scenariusz ostrzegający nas przed tym, co może się z nami stać? Miejmy nadzieję, że prawdą jest druga opcja.

Autor: Mateusz R. Orzech.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi. Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōk...

Kamikaze (2013). Wieczne zero

 Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato ( Uchū senkan Yamato , 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu ( Ritana , 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze ( Eien no Zero [ Wieczne Zero ]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za...

Na celowniku

  Na celowniku: John Carpenter 13/08/2017 Kinomisja Pulp Crew Na celowniku , Wyliczanka 1   Fan art autorstwa Tylera Championa.  Szanowni pulpożercy! Dziś rozpoczynamy nowy kinomisyjny cykl tekstów zbiorowych, w którym przyglądać się będziemy wybranym reżyserom kina gatunków. Nie zamierzamy tu przerabiać całych filmografii, lecz skupiać się na naszym zdaniem najlepszych, najciekawszych czy po prostu z jakichś powodów najbardziej przez nas lubianych tytułach. Zaczynamy od znanego, a jednak często pechowego i niedocenianego Johna Carpentera, ponieważ wielbić go trzeba i basta! Łącznie tekst napisało trzynaście osób, w tym, tradycyjnie, trochę gości, a są to tym razem: Jakub Górecki ( Pulp Punk ), Kuba Haczek ( The Blog That Screamed ), Patryk Karwowski ( Po napisach ), Michał Mazgaj , Sara Nowicka ( Kino w zwolnionym tempie ), Piotr Pluciński ( Pop Glitch ) oraz Kamil Rogiński ( Drugged by Movies ). Każdy wybrał sobie po jednym filmie do publicznej podjarki, co oznacza, ...