Przejdź do głównej zawartości

Cutie Honey (2004). Śmierć przez przesłodzenie

 Zobacz! Jak Złoty Szpon strzela rakietami z ręki i robi śmigło z własnego warkocza!

Zobacz! Jak ubrany niczym na sesję BDSM Kobaltowy Szpon wyciąga 6 rąk po System Miłość!
Zobacz! Jak Szkarłatny Szpon otwiera usta, by niszczyć kilka wieżowców naraz!
Zobacz! Jak androgyniczny Czarny Szpon z piosenką na ustach i czarnym jak smoła dymem wokół rusza w bój przy akompaniamencie muzyki klasycznej!

Gdy kino japońskie z lat 60. i 70. łapało w żagle wiatr z erotycznym ładunkiem, w swoich sensualnych przeobrażeniach nie było bynajmniej odosobnione. Erotyczne podteksty nawiedzały też ówczesną mangę, czego przykładem jest popularna w Japonii seria Cutie Honey, rozpoczęta przez Gō Nagaia w 1973 roku. Na jej kanwie stworzono m.in. dwie serie anime, a po wielu latach, w sam raz na uświetnienie obchodów trzydziestolecia, przyszła kolej na kinowy przebój. Wyreżyserowany został on przez samego Hideakiego Anno – kultowego również poza Japonią twórcę anime Neon Genesis Evangelion (1995-1996). Jego film co prawda nie wyrobił się z premierą w 2003 roku, lecz już w roku 2004 nader słodziutka i dość znacząco roznegliżowana superheroina stała się w końcu bohaterką z krwi i kości.

„HONEY FLASH!” – gdy tylko protagonistka o wszystko mówiącym imieniu Honey Kisaragi wyda taki okrzyk (stojąc przy tym w monumentalnej pozie) i dotknie serduszka znajdującego się w opasce na jej szyi, następuje niesłychana i naga transformacja. System AI – który oczywiście nie oznacza „artificial intelligence”, tylko japoński ideogram , czyli miłość – zmienią ją w najróżowszą bohaterkę po tej stronie kinowego ekranu. Uzbrojona w niezawodny honey boomerang i miecz z serduszkami, ta nieustraszona wojowniczka miłości rusza do walki ze złowrogą organizacją radykalnych egoistów o nazwie Szpon Pantery, na czele której zasiada nieśmiertelna Siostra Jill.

Ale Cutie Honey, która może jeść tylko onigiri i pić jedynie zieloną herbatę, nie musi mierzyć się z przeważającymi siłami wroga w ponurym osamotnieniu. Oto bowiem do akcji wkracza tajemniczy dziennikarz z niekończącym się zasobem wystudiowanych gestów – Seiji Hayami! Odkrywanie sekretów to dla niego chleb powszedni – niejeden detektyw spali się z zazdrości na widok jego bezgranicznych zdolności dedukcyjnych. Na plac boju z impetem wkracza również Natsuko Aki! Młoda i twarda jak najtwardsza stal policjantka – skrywa samotność w sercu i pała chęcią zamknięcia Szponu Pantery w więziennych celach. Zawsze działała sama, czy uda się jej więc w tych jakże dramatycznych chwilach osiągnąć porozumienie z pozostałymi wojownikami o wolność, sprawiedliwość i miłość?

Anno najwyraźniej był świadom kuriozalnej fabuły oraz niezgłębionych pokładów kiczu, tkwiących w jego tworze i czerpiąc z nich przyjemność nie próbuje ani się ich wyrzec, ani choć odrobinę wobec nich zdystansować. Wręcz przeciwnie – z premedytacją akcentuje je praktycznie w każdej scenie, wywołując w ten sposób niekończący się strumień najbardziej przesłodzonego eskapizmu, jaki kiedykolwiek kupiłem. Jego bezwstydne lawirowanie między słodką komedią, miałkim kinem akcji, a groteską pełne jest przy tym pretekstów fabularnych, za które inną produkcję niezwłocznie bym zganił. Większość z nich dotyczy oczywiście protagonistki, jako że twórcy czynią wszelkie starania, aby mogła się znaleźć w jak najróżniejszych pozycjach i garderobie. Nie można przy tym reżyserowi zarzucić zbytniej oryginalności, choć nie nazwałbym go również niecnym epigonem – Anno zwyczajnie zdawał sobie sprawę z oczekiwań fanów tego typu postaci, toteż odwołania do anime, mangi, wywołujące skojarzenia ze znanymi w Polsce produkcjami spod znaku Czarodziejki z Księżyca czy Power Rangers są jak najbardziej na miejscu.

Kisaragi, zgodnie z komiksowym pierwowzorem, posiada kilka tożsamości, co zapewne było pochodną popularności serii o detektywie Tarao Bannei, który pojawił się w 1948 roku z siedmioma różnymi przebraniami. Cutie Honey zatem oprócz bycia superbohaterką jest także uśmiechniętą policjantką, słodką idiotką z biura, ostrą motocyklistką, uliczną gitarzystką etc. Niezależnie jednak, jaką formę przybiera, zachowuje się non stop na granicy autoparodii. Toteż Eriko Sato, wcielająca się w Cutie Honey, niemal wszystkie swoje kwestie wykrzykuje, przesadnie gestykuluje niezależnie od poruszanego przez nią tematu, jak również częstokroć zamiera w (nie)dwuznacznych pozach.

„To film, który spodoba się dzieciom” powiedziała aktorka na konferencji prasowej, związanej z premierą produkcji. Sato zdobyła szczególną popularność w kraju jako modelka pozująca w strojach bikini. Jej fizjonomia na pewno nie była problemem także w rozwoju kariery aktorskiej. Stąd wiele z przebrań Honey zostało wprowadzonych do filmu tylko w jednym celu: pokazać Sato w kolejnej kreacji. Tak też niektóre z tożsamości protagonistki, jak Western Honey, West Coast Honey, Festival Honey i kilka innych Honey pojawiają się na krótkie chwile i wszystkie nie mają najmniejszego związku z fabułą. Obecne są w scenach, w których Kisaragi spaceruje, stoi lub siedzi zamyślona, a w tle pogrywa sobie radosna j-popowa muzyczka. Urocze.

Muzyka w innych scenach znajduje się zaś na poziomie tła z centrum handlowego. Trudno jednak uznać ten fakt za wadę, ostatecznie jest przecież tak samo kiczowata, jak reszta filmu i tylko potwierdza kierunek obrany przez twórców. Postarano się za to w kwestii promocji Cutie Honey, więc główny utwór, jak i promujący film teledysk, wykonuje Koda Kumi – bardzo popularna w Japonii wokalistka, którą spostrzegawczy widz niechybnie dostrzeże w jednej ze scen. Cameo ma także sam Gō Nagai, twórca Cutie Honey, który niczym legendarny Stan Lee, pojawia się w humorystycznie nacechowanej scence. Na tym aktorskie wizyty się nie kończą. W małej roli wypatrzeć też można Ryuheiego Matsudę, aktora znanego choćby z Blue Spring (Aoi haru, Toshiaki Toyoda, 2001) czy Big Bang Love, Juvenile A (46okunen no koi, Takashi Miike, 2006). W głównych rolach zaś, oprócz Sato, naszą uwagę zajmować będą przesadni Mikako Ichikawa, Jun Murakami oraz Mitsuhiro Oikawa i Shie Kohinata. Gdybyśmy nie znali ich z innych produkcji, można niemal uwierzyć, że ich zdolności aktorskie zatrzymały się na poziomie znanym z infantylnych seriali tokusatsu.

Film nie omieszka też przemycić pozytywnego przesłania, jakże charakterystycznego dla bezczelnie popkulturowych wytworów. Znajdziemy tu poszanowanie życia, szacunek dla świata, bezinteresowność i nieśmiertelną miłość – chyba bardziej stereotypowo się nie dało. Oczywiście poziom treści doskonale współgra z ogólną formalną sztucznością produkcji. Wystarczy spojrzeć na scenografię czy fantazyjne bronie, które wręcz krzyczą z ekranu, że nie są prawdziwe. Ale czyż nie pasują do ekstrawaganckich kostiumów, nieprzekonującego CGI czy scen akcji pełnych montażowych cięć, nienaturalnie zasłaniających fizyczne braki aktorów, raz po raz zamierających w ekscentrycznych pozach?

Przejdźmy do podsumowania. Nie wiem czy mogę ten film komukolwiek polecać. Nie chciałbym, żeby ktoś miał mi później za złe katowanie go takim infantylnym, słodkim kiczem. To przecież produkcja, która nie tylko nie zmusiła moich szarych komórek do wysiłku, ale i – jestem w stanie przysiąc – kilka z nich mi wypaliła. Z drugiej strony, jak mógłbym żałować, że umieściłem DVD z filmem na półce? Przecież w końcu zawsze nadchodzi chwila, w której trzeba przyjąć odpowiedzialność i pomóc wojowniczce miłości przegnać egoistyczne siły zła.

Autor: Mateusz R. Orzech.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Blood Sword of the 99th Virgin (1959). Krwawe rytuały

Kiedy w drugiej połowie lat 40. w Toho rozgorzały kłótnie związane m.in. z kwestią zawartości tematycznej filmów realizowanych w tym słynnym japońskim studiu, wiele osób – w tym reżyserzy i aktorzy – zaczęło opuszczać jego mury. W poszukiwaniu artystycznej swobody Denjirō Ōkōchi i Kazuo Hasegawa z pomocą różnych producentów, scenarzystów i innych osób związanych ze światem przemysłu filmowego stworzyli w 1947 roku nowe studio, które nazwali Shintoho, czyli „Nowe Toho”. Obecna w Shintoho większa swoboda twórcza wydawała się idealnym środowiskiem dla wielu twórców, stąd przyciągała takich reżyserów, jak Akira Kurosawa, Kon Ichikawa czy Kenji Mizoguchi. Niestety, kłopoty w Shintoho zaczęły się dość prędko, jako że wiele osób związanych z początkowym okresem działalności studia zaczęło z niego odchodzić dając się skusić korzystniejszymi warunkami finansowymi w Daiei i Shochiku. Zmiana na lepsze nastąpiła dopiero w 1956 roku, gdy na stanowisku producenta wykonawczego pojawił się Mitsugu Ōk...

Kamikaze (2013). Wieczne zero

 Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato ( Uchū senkan Yamato , 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu ( Ritana , 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze ( Eien no Zero [ Wieczne Zero ]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za...

Na celowniku

  Na celowniku: John Carpenter 13/08/2017 Kinomisja Pulp Crew Na celowniku , Wyliczanka 1   Fan art autorstwa Tylera Championa.  Szanowni pulpożercy! Dziś rozpoczynamy nowy kinomisyjny cykl tekstów zbiorowych, w którym przyglądać się będziemy wybranym reżyserom kina gatunków. Nie zamierzamy tu przerabiać całych filmografii, lecz skupiać się na naszym zdaniem najlepszych, najciekawszych czy po prostu z jakichś powodów najbardziej przez nas lubianych tytułach. Zaczynamy od znanego, a jednak często pechowego i niedocenianego Johna Carpentera, ponieważ wielbić go trzeba i basta! Łącznie tekst napisało trzynaście osób, w tym, tradycyjnie, trochę gości, a są to tym razem: Jakub Górecki ( Pulp Punk ), Kuba Haczek ( The Blog That Screamed ), Patryk Karwowski ( Po napisach ), Michał Mazgaj , Sara Nowicka ( Kino w zwolnionym tempie ), Piotr Pluciński ( Pop Glitch ) oraz Kamil Rogiński ( Drugged by Movies ). Każdy wybrał sobie po jednym filmie do publicznej podjarki, co oznacza, ...